Coraz więcej ludzi zajmuje się projektowaniem sprawiedliwej organizacji społeczeństwa. Politycy, uczeni i niedouczeni rozpisują się i rozgadują na ten fundamentalny temat. Leje się taka lawina słów, że gdyby to były pieniądze, starczyłoby dla wszystkich. Charakterystyczne, że te wszystkie rozważania nad społeczeństwem idealnej równości materialnej obracają się w kręgu szukania odpowiedzi na dwa pytania. Komu i ile. Nikt natomiast nie pyta, za co i z czego. A gdy kto pyta, to uważany jest za wyrzutka pozbawionego sumienia.

To właśnie ja. Nie mam sumienia. Nie chcę utrzymywać i górników, i hutników. Matek samotnych i bezdomnych. Rolników i stoczniowców. Alkoholików i narkomanów. Chorych i kalekich. Nie chcę utrzymywać nikogo pod przymusem. Jestem egoistą i chcę móc przeznaczać moje, zarobione pracą, wysiłkiem i rozumem pieniądze na to, na co mam ochotę.

Jeśli zechcę dać chorym, to dam, jeśli będę miał kaprys kogoś wesprzeć, to go wesprę. Ale nie bardzo widzę powód, a także interes w tym, aby jakiś polityk rozdawał na prawo i lewo moje pieniądze i potem chełpił się jeszcze, że rozdał tak wiele. Gdyby rozdał swoje, proszę bardzo. Niech się chwali. Ale jakaż, na Boga, jest zasługa w rozdawaniu cudzych, konkretnie moich?

Niestety, u nas nikt już prawie nie jest świadomy, jak funkcjonuje, na czyj koszt i dlaczego tak drogo państwo opiekuńcze.

To wszystko, co napisałem, nie jest ani odkrywcze, ani nowe. Zirytowała mnie świadomość, że po raz kolejny już u progu kampanii wyborczej mamy licytację na wrażliwość społeczną. No to pozmieniajcie sobie nazwy waszych partii. Niech Socjalizm Lewicy Demokratycznej rywalizuje z Polskim Socjalizmem Ludowym. Niech Populizm i Socjalizm walczy o lepsze z Populizmem Dochodowym. Niech Urządzenie się bez Pracy spiera się z Unią Wałkoni. Niech Ludowy Rabunek Patriotyczny modli się przez radio o zrzut manny z nieba.