Ojciec Konrad Hejmo jest dziś najbardziej znanym polskim duchownym. Może nawet najbardziej popularnym Polakiem. Wszędzie go pełno. W telewizji, w radiu, w gazetach. Opowiada o sobie rzeczy wstrząsające.

W wieku 47 lat był biednym studentem, że współpracował z wywiadem zachodnioniemieckim, który nazywał się „Kirche in Not”, że dawał materiały, które miał, bo skoro miał, dlaczego miał nie dać, że brał tylko 50 dolarów i upominki, bo czemu miał nie brać, skoro dawali. Opowiada, że ujawnienie jego współpracy przez IPN jest rezultatem spisku, któryma uniemożliwić beatyfikację Jana Pawła II. Wynikiem sprzysiężenia przeciw polskim duchownym w Watykanie, polskiemu Kościołowi, a może nawet przeciw Panu Bogu.

Ojciec Hejmo opowiada. Lustruje się sam i wychodzi z tej lustracji jak kryształ. Moraliści zarzucają kierownictwu IPN i komentatorom, że wypowiadają się o Dominiku Hejnale bez należytej rozwagi, ale jemu samemu nie mają nic do zarzucenia. A jednak dobrze by było, żeby dominikanin trochę pomilczał. Sekretariat episkopatu zna zawartość teczek ojca Hejmy. Zna je prowincjał dominikanów, który był nimi wstrząśnięty. Hierarchia kościelna ma chyba możliwość powstrzymania gadulstwa zakonnika, skoro potrafiła swego czasu nakazać milczenie nawet arcybiskupowi Paetzowi. Być może na barki ojca Hejmy los nałożył ciężki krzyż. Niech go niesie w pokorze i milczeniu, za grzechy. Za grzech gadulstwa.