Przyjemnie poczytać, jak jest gdzie indziej. Zwłaszcza w krajach starej Unii Europejskiej, które powinny być dla nas wzorem, na razie niedościgłym. I które, w przypadku odrzucenia przez oszalałych Polaków traktatu konstytucyjnego, zrobią sobie jądro i będą się integrować i rozwijać bez nas.

5 maja odbędą się wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii. Z tej okazji można się dowiedzieć, że za rządów Tony’ego Blaira, to znaczy od roku 1997, podatki podnoszono 66 razy. Obciążenie podatkowe statystycznego gospodarstwa domowego wzrosło o 5 tysięcy funtów rocznie. Podwojono wydatki na NHS, tamtejszy Narodowy Fundusz Zdrowia, ale cała podwyżka poszła na płace i administrację. Dziś w Wielkiej Brytanii więcej jest biurokratów od zdrowia niż łóżek w szpitalach. Zlikwidowano ponad milion miejsc pracy w produkcji, za to stworzono milion w administracji. Zadłużenie budżetu jest poza kontrolą. Splądrowano fundusze emerytalne. Obywatele też są rekordowo zadłużeni i masowo ogłaszają osobiste bankructwa. Niebotycznie podrożały kredyty mieszkaniowe. Ale za to w ostatnich 8 latach rząd wydawał nowy przepis prawny co 96 minut.

To wszystko można przeczytać w brytyjskiej prasie, ale i obejrzeć na plakatach konserwatystów, ozdobionych zdjęciem autora tych sukcesów, kanclerza skarbu Gordona Browna. Oczywiście, Partia Pracy określiła ten plakat jako brudną kampanię, prowadzoną bez skrupułów. Nie prostując równocześnie danych z plakatu. Za to labourzyści wypuścili własny plakat, przedstawiający kandydata konserwatystów Michaela Howarda, który jest z pochodzenia Żydem, w towarzystwie Fagina, odrażającego nikczemnika z powieści Dickensa „Oliver Twist”. A potem wydali oświadczenie, że nie mieli intencji antysemickich.

Tak, że my, Polacy, nie musimy się niczego wstydzić. Mamy też sukcesy rządowe, nowe podatki, nowe przepisy, NFZ, deficyt, rozdętą administrację, Żydów i antysemitów. Też możemy prowadzić kampanię wyborczą na europejskim poziomie, dorównującą najstarszej na świecie, brytyjskiej demokracji. Może poza jednym wyjątkiem. Konserwatyści chcą zniesienia zapisu w Karcie Praw z roku 1689, który stanowi, że „każdy, kto wyznaje papistowską religię albo poślubia papistkę, jest na zawsze wykluczony i nigdy nie będzie godny, aby nosić koronę”. Konserwatyści chcą, żeby monarchowie mogli poślubiać papistki i sami też przechodzić na katolicyzm.

U nas to niemożliwe. Przynajmniej na razie. Wciąż nie mamy monarchii dziedzicznej.