Historycy Instytutu Pamięci Narodowej odmówili pracy przy zapowiedzianej przez kierownictwo IPN publikacji na temat inwigilacji przez służby specjalne PRL Jana Pawła II bądź nie godzą się na sygnowanie jej swymi nazwiskami. Powodem konfliktu jest niemożność opublikowania żadnych materiałów dotyczących okresu po roku 1983.

Ma to uniemożliwiać przyjęta w stanie wojennym ustawa o SB, tak zwana kiszczakowska, gwarantująca funkcjonariuszom, konfidentom i ich działalności objęcie tajemnicą państwową. Po wieczne czasy. O rozstrzygnięcie konfliktu w łonie IPN Kolegium Instytutu zwróciło się do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w nadziei na zniesienie klauzuli tajności. Jest w tym coś nieprzyzwoitego. Czy jako obywatele III Rzeczypospolitej mamy rozumieć, że PRL istnieje nadal, że ABW jest prostą kontynuacją SB, że ma na żołdzie tajnych współpracowników, którzy rozpracowywali Kościół za czasów Kiszczaka i robią to w dalszym ciągu? Być może tak jest, skoro Jaruzelski reprezentuje w Moskwie państwo polskie. To trzeba to otwarcie powiedzieć. PRL załamała się w roku 1989 całkowicie. Politycznie, społecznie i gospodarczo. Ale jej eksponenci i dyspozytorzy przetrwali bezpiecznie i zasobnie, wyniesieni do rangi współbudowniczych III Rzeczypospolitej między innymi przez tych, którzy dziś najenergiczniej przeciwstawiają się jakiejkolwiek lustracji.

Ustawa o IPN robi jeden wyjątek od tajemnicy państwowej. Osoby pokrzywdzone mają prawo publikować to, co znalazły w swoich teczkach. Ale przecież pokrzywdzeni byliśmy wszyscy. Cały naród. Wedle wielu publicystów najbardziej pokrzywdzeni byli konfidenci, którym połamano charaktery. Szkoda, że tyle lat po upadku komunizmu, by poznać prawdę musiałbym namawiać historyków IPN do nieposłuszeństwa obywatelskiego. Musiałbym powiedzieć: Publikujcie wszystko, co dotyczy naszej wspólnej historii, zanim tajemnice państwowe PRL zatrują nasze życie społeczne do reszty.