Minister zdrowia Marek Balicki ma taką koncepcję, żeby przed wyborami zafundować Polakom z ich własnych pieniędzy ulgową antykoncepcję. Wpisanie środków antykoncepcyjnych na listę leków refundowanych sugeruje, że ciąża jest chorobą, której profilaktyka jest ważniejsza od leczenia cukrzycy, raka i innych schorzeń, wymagających leczenia, na które pieniędzy nie ma.

Oczywiście, można się dopatrzeć w takim traktowaniu ciąży pewnej logiki. Jeśli się popatrzy na naszych polityków ze świadomością, że oni też kiedyś byli ciążą, nawet ideowi przeciwnicy antykoncepcji gotowi są przyznać, że ciąża to choroba i do tego społeczna. Zwłaszcza że na tym przykładzie dokładnie widać, na czym polega polityka w ich wykonaniu. Na zabieraniu obywatelom za pomocą instrumentów podatkowych pieniędzy umożliwiających refundowanie antykoncepcji, na którą każdymógłby sobie pozwolić prywatnie, gdyby go nie ograbiano. Polityka polega na pośrednictwie, kiedyś dawano obywatelowi za jego własne pieniądze kiełbasę wyborczą, dziś ma to być pigułka wyborcza. Gdyby rząd Belki ogłosił, że ma w programie doprowadzenie Polaków do takiego dobrobytu, żeby nawet emeryci i renciści mogli sobie pozwolić na pigułkę, efekt byłby żaden. Nikt by nie uwierzył. Ludzie wolą, żeby do nich dopłacić, niż żeby im dać zarobić.

Ale skoro ciąża, co przyznają nie tylko lekarze, ale nawet działaczki feministyczne, nie jest chorobą zakaźną, to dlaczego refundacja środków zapobiegających ciąży ma następować z funduszy na zdrowie? Przecież to nielogiczne. Refundujcie z budżetu na sport i kulturę fizyczną, skoro czynności prowadzące do ciąży są formą ćwiczeń gimnastycznych, niekiedy bardzo wyczerpujących.

Albo z budżetu na kulturę masową. Można odebrać dotacje operom, bo znacznie mniej ludzi zachodzi do opery niż w ciążę. Ale najlepiej byłoby powołać Instytut Sztuki Antykoncepcyjnej i wprowadzić na jego rzecz akcyzę od łóżek, mebli biurowych i wszystkich urządzeń mogących służyć prokreacji. Każdy pomysł będzie lepszy od tego, który poronił Balicki.