rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

Rzecznik praw obywatelskich prof. Andrzej Zoll stwierdził, że ujawnienie przez IPN akt ojca Konrada Hejmy było ujawnieniem tajemnicy państwowej. Być może Andrzej Zoll ma rację. Niewykluczone, że obowiązujące dziś prawo da się zinterpretować przy pewnym wysiłku tak, że fakt, iż ojciec Hejmo informował przez całe lata Służbę Bezpieczeństwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, uzyskując z tego tytułu przywileje i apanaże, stanowi tajemnicę państwową III Rzeczypospolitej. Jeśli tak jest istotnie, to jest to złe prawo i chora interpretacja. Obecna Polska, wolna, suwerenna i demokratyczna nie ma i nie może mieć żadnego interesu w ochranianiu zasłoną tajemnicy państwowej nazwisk i czynów ludzi, których wspólna działalność, wspólny wysiłek składały się na to, że opresyjny reżim PRL mógł trwać aż do roku 1989, a jego zarządcy mieli komfort sprawowania kontroli nad czynami, myślami i sumieniami większości Polaków.

Ponieważ nie sądzę, aby prawo, na które powołuje się najwyraźniej prof. Zoll, dotyczyło tylko ojca Hejmy, tyko dominikanów albo nawet tylko kleru, stanowisko rzecznika praw obywatelskich oznacza po prostu, że Instytut Pamięci Narodowej ujawniający konfidentów SB jest nielegalny. Nielegalna jest sama pamięć narodowa niepoddana cenzurze. W konsekwencji jesteśmy nielegalni jako naród, chyba że pod kierunkiem prof. Zolla ograniczymy się do pamięci o dobrych stronach PRL.

Za ujawnianie, czyli wypełnianie statutowych obowiązków, zaatakował IPN najpierw inspektor ochrony danych osobowych, teraz rzecznik praw obywatelskich. Trochę za dużo już tej obrony PRL, jej funkcjonariuszy i kapusiów. Zbyt już wiele elegijnych biadań nad łamaniem charakterów za pomocą odmowy paszportu albo banknotu 50-markowego. Może by tak III Rzeczpospolita pomyślała o ochronie pamięci tych, którzy złamać się nie dali.

Jak było do przewidzenia, kiedy tylko okazało się, że Sejm wytrwa jednak na wysuniętej placówce odpowiedzialności za Polskę, rozpoczęła się akcja podcinania Belki. SLD rozważa wysunięcie wotum nieufności, ale oczywiście konstruktywnego. W żadnym wypadku destruktywnego, bo destrukcja jest w głębokiej sprzeczności z tradycją postępowej lewicy. PSL zaproponowało natomiast powołanie rządu technicznego.

Jest to bardzo niebezpieczny pomysł. Rząd techniczny, wbrew mylącej nazwie, to jest taka rada ministrów, która nic nie kombinuje, przy niczym nie dłubie, niczego nie poprawia i nie naprawia, tylko administruje tym, co jest. Co zastała. Wykonuje budżet, ale go nie nowelizuje. Nie uprawia propagandy własnych sukcesów, bo ich nie ma i z definicji mieć nie może. Niczego nie obiecuje, bo nie ma możliwości dotrzymania obietnic. Nie daje sobie premii, bo nie ma za co. Nie zwołuje konferencji prasowych, nie podejmuje rezolucji inie wydaje oświadczeń. Nie podwyższa podatków. Urzęduje od 8. do 16. z przerwą na obiad, a potem idzie do domu, zamiast do telewizji. I tyle.

Polakom to się może spodobać. Mogą polubić rządy techniczne do tego stopnia, że zechcą wybrać też jesienią parlament techniczny. Skromnych fachowców bez ambicji, cichych specjalistów stanowiących dyskretnie mądre i niekłócące się ze zdrowym rozsądkiem prawo. I co wtedy? Cały nasz krajobraz polityczny runie w gruzach. Zniknie rewolucyjny zapał, zostanie tyko biurokratyczna mordęga. Kto jeszcze będzie się tym interesował? Kto będzie wielbił i kto protestował. Dlatego, jeśli chcemy, żeby konwulsje obecnej kadencji sejmowej wyszły Polsce na zdrowie, powołajmy rząd ideologicznych laików i zwykłych idiotów o złodziejskich skłonnościach. Niech bredzą o najwyższych wartościach, niech bełkocą o patriotyzmie i niech w błyskawicznym tempie – czasu jest mało – rozkradną wszystko, co jeszcze się da, a czego się nie da, niech popsują.

Wtedy jest nadzieja, że następny rząd, wyłoniony przez następny Sejm, nie będzie ani polityczny, ani techniczny, tylko po prostu dobry. Normalny. Czego wszystkim, z politykami na czele, życzę.

Dotychczas było zawsze tak, że partie polityczne mające reprezentacje w parlamencie tworzyły rząd. W Polsce wytyczono nowe ścieżki. Rząd wziął udział w tworzeniu dwóch partii, których nie ma w parlamencie. Partii Demokratycznej i Unii Lewicy. A przecież to jeszcze nie wszystko. Można się spodziewać dalszej inicjatywy partyjnotwórczej członków rządu, bo są w nim jednostki ambitne.

Konwencja Partii Demokratycznej była bardzo wzniosła, podniosła i wzruszająca. Wygłaszano na niej przede wszystkim homilie, napominające obywateli, żeby byli dobrzy i poczciwi. Nawet premier Marek Belka powściągnął brutalny temperament i wygłosił Kazanie na Górze, w którym – zamiast naganiać obywateli, a także nową partię do roboty – okadził wszystkich pochwałami i oblał lukrem. Sala przyjęła to wystąpienie z zadowoleniem, bo było na niej mnóstwo ludzi kulturalnych, miłych w obejściu i umiarkowanych w poglądach, którzy na co dzień zajmują się omawianiem we własnym gronie szkodliwości sporów, łagodzeniem kontrowersji, krytyką destruktywnej roli radykalizmu i poszukiwaniem świętego spokoju. Nic dziwnego, że w tym towarzystwie, w którym opublikowanie listu otwartego jest Anno Domini 2005 uważane za akt niezwykłej desperacji, z aplauzem spotkało się stwierdzenie premiera, iż samoprzystąpienie do PD wymaga odwagi. Tak to znów odwaga staniała. Natomiast rozum jest na dal na wagę złota. Reorganizacja UW w PD, przeprowadzana po to, by dać towarzyską legitymację części przynajmniej układu postkomunistycznego i postawić mu do dyspozycji tratwę ratunkową, jest uporczywym powtarzaniem błędów popełnianych już parokrotnie, poczynając od Okrągłego Stołu. Te błędy, razem z nieczytel nymi pełnym frazesów programem politycznym wypchnęły UW najpierw z rządu, potem z parlamentu, a w końcu na margines społecznego zainteresowania. Przez te lata działacze UW mogli się już nauczyć, jaka jest różnica między partią dążącą do władzy a drużyną skautów dążących do własnej doskonałości moralnej. I przynajmniej nie dawać się wykorzystywać przez prawdziwych polityków do niemoralnych celów.

Czekałem w piątek w napięciu na dwie decyzje. Czy prezydent przyjmie dymisję rządu Belki? Czy sąd wreszcie, mimo spisków i nacisków, uzna, że Józef Oleksy jest niewinny współpracy? Oba rozstrzygnięcia się opóźniały, więc z nudów zacząłem studiować ogłoszenia drobne.

I znalazłem kilka bardzo interesujących. Między „CD Oasis, Kowalska, Elektryczne Gitary” i „Długopisy reklamówki kolekcja” ktoś zaoferował „Cegiełki na budowę Domu Partii”. Dwanaście sztuk za sto złotych. Tanio.

Można by pójść z tymi cegiełkami na warszawską giełdę i spróbować wymienić je na akcje Orlenu. Jeszcze tańsza jest książka Bolesława Bieruta „O partii” – tylko czterdzieści złotych. W sam raz na prezent dla Krzysztofa Janika. Bo kalendarz z Papierzem (z dużej litery, ale przez rz) jest chyba jak na Janika za drogi. Dwieście złotych.

Są do kupienia medale i odznaczenia z okresu PRL plus pudełko Federacji Socjalistycznych Związków Młodzieży Polskiej za jedyne osiemdziesiąt złotych. Polecam członkom Stowarzyszenia Ordynacka. Zwłaszcza że kosztują w komplecie i jeszcze z pudełkiem taniej niż balia cynowa ze szpuntem za sto złotych.

Można jeszcze nabyć radio z okresu PRL (późny Gierek) tylko za dziesięć złotych. Ciekawe, czy jeszcze odbiera Wolną Europę i czy nadal zagłuszają.

Kupić można też telewizor czarno-biały z okresu wczesnego Gierka, jedyny już chyba, w którym jest słuszny program. I tanio. Zaledwie dwadzieścia złotych.

To tyle, co kilka egzemplarzy „Trybuny”, w której jest nadal ten sam program co w radiu Pionier z roku 1948, które też można nabyć drogą kupna za dziesięć złotych.

Tak się wzruszyłem tymi nostalgicznymi ogłoszeniami, że sam chciałem dać ofertę sprzedaży koksownika (wczesny Jaruzelski), ale zrezygnowałem.

Wystawię go na aukcję internetową. Jeśli samochód kardynała Ratzingera miał takie przebicie, to na koksowniku Jaruzelskiego zbiję fortunę. Będę mógł sobie kupić złoty zegarek Poljot z bransoletką za 3500.

Skóra na niedźwiedziu została podzielona. Już wiadomo, albo niektórym wydaje się, że już wiadomo, iż wybory wygrają PO i PiS. Wiadomo już także, że między obu partiami musi dojść do konfliktu w sprawie prywatyzacji. Platforma chce sprzedać wszystkie spółki, będące jeszcze własnością skarbu państwa, a PiS zamierza zablokować dokończenie prywatyzacji między innymi Orlenu i PKO BP, a nawet rewizję prywatyzacji już dokonanych. Owszem, na skutek afer klimat społeczny dla prywatyzacji nie jest korzystny. Ale jeśli wyciągać z tych afer jakieś wnioski, to chyba tylko polityczne – takie mianowicie, że nie należy powierzać prywatyzacji socjalistom, którzy znają się na ekonomii tylko własnego portfela.

Prywatyzacja powinna być doprowadzona konsekwentnie do końca, jeśli oczywiście patrzeć na sprawę z punktu widzenia gospodarki, a nie zapewnienia dobrze płatnych posad przyjaciołom, kolegom i rodzinie. Wielkie, państwowe spółki są obecnie zarządzane wbrew zasadom ekonomii, lecz zgodnie z logiką biurokracji. A to są dwa całkiem odmienne światy. Celem działania firm prywatnych jest osiąganie zysku. Celem działania przedsiębiorstw państwowych jest zadośćuczynienie regułom, przepisom, a także oczekiwaniom politycznych dysponentów, bez względu na wyniki finansowe.

Przedsiębiorstwo państwowe nie może się kierować prawami rynku i obniżać kosztów, na przykład redukując zatrudnienie, ponieważ jego pracownicy są równocześnie wyborcami. Partia rządząca nie może sobie pozwolić, dla ekonomicznego zdrowia przedsiębiorstwa, na rezygnację z głosów tych ludzi.

Ale wyborcami, fragmentem suwerena, są także kierownicy tego przedsiębiorstwa. Są jednocześnie pracownikami i – jako część aparatu państwowego – własnymi pracodawcami. I oczywiście jako pracodawcy mają skłonność do podwyższania sobie, jako pracobiorcom, poborów. Jest to model, opisany przez Ludwiga von Misesa w roku 1944 i sprawdzony. Niestety, także w Polsce.

Trzeba wreszcie rozdzielić te dwa, tak potrzebne społeczeństwu dla normalnego funkcjonowania, byty – aparat państwowej administracji oraz działalność gospodarczą. Ktokolwiek wygra wybory.

Ostatnie trzy dni bardzo były podniosłe. Święto pracy, święto płacy i święto zasiłku społecznego. Europeizacja i grillizacja. Oflagowanie bez strajku. Wspominki historyczne. Dzięki „Solidarności” nie tylko runął mur berliński i porządek pojałtański, ale flag wywieszonych na 1 Maja nie trzeba zdejmować przed 3 Maja.

Władze Rzeczypospolitej z SLD składają trzeciego wieńce na Grobie Nieznanego Żołnierza,Obrońcy Lwowa i policja nie interweniują. Nawet marszałek Piłsudski nie spada z cokołu z wrażenia, gdy grają „Pierwszą Brygadę”. Przyzwyczaił się, jak my wszyscy.

Dwieście czternaście lat temu, w roku pańskim 1791, Polska była w awangardzie. Miała pierwszą, demokratyczną konstytucję w Europie, co się skończyło rozbiorami. Vivat król, vivat naród, vivat wszystkie stany. Teraz inni nas wyprzedzili. Musimy gonić. Musimy się spieszyć, żeby nadążyć za postępem. Hiszpanie mają małżeństwa homoseksualne. W Holandii jest aborcja na życzenie, a dyskutuje się też nad zabijaniem nieudanych albo niepotrzebnych noworodków do 6. tygodnia życia. A jak się dyskutuje, to się też wprowadzi. W Belgii będzie można kupić w aptecepodręczny zestaw do eutanazji wraz z instrukcją obsługi. Stanisławowi Augustowi taki postęp się nawet nie śnił. Niewykluczone, że już wkrótce każdy Belg będzie musiał obowiązkowo mieć taki zestaw, jak kierowcy apteczkę na wypadek, gdyby spotkał kogoś potrzebującego pomocy. A u nas? Zacofanie, siekiera albo zupka grzybowa.

Stanowczo musimy przyjąć wszystkie światłe rozwiązania problemów postępu, zwłaszcza moralnego, jakimi świecą przykładnie europejskie kraje współczesnej awangardy. Inaczej zostaniemy w tyle na następne 214 lat. Do 3 Maja 2219 roku, jeśli przedtem nie spadnie planetoida i nie wymrzemy jak dinozaury. Ale nawet umierając, będziemy mogli być dumni, że umieramy w awangardzie.

Z tegorocznych obchodów 1 Maja najbardziej podobała mi się manifestacja Agencji Ochrony Zubrzycki, która odbywała się razem z wiecem SLD i OPZZ. Agenci ochrony wyróżniali się strojami organizacyjnymi i dyscypliną. Już myślałem, że obok Święta Pracy mamy też Święto Pracy Chronionej, kiedy wytłumaczono mi, że ochroniarze nie demonstrowali, tylko pracowali, chroniąc lewicę przed prawicą.

Za chwilę jednak okazało się, że lewica wymaga ochrony przed lewicą jeszcze bardziej lewicową, która ją chciała wysłać na Powązki. Zważywszy na to, że podobno w agencjach ochroniarskich pracują głównie dawni milicjanci, od strony prawa i porządku było prawie tak, jak za Gierka. To znaczy dobrze.

Swoją drogą, gdyby agencje ochrony powstały odpowiednio wcześnie, a „Solidarność” mogłaby je wynajmować na 1 Maja, 3Maja, a także w sierpniu, październiku, grudniu i z różnych innych okazji do ochrony swoich manifestacji, historia Polski potoczyłaby się inaczej i nie byłby potrzebny Okrągły Stół ani Sejm kontraktowy. Z czego widać, że także wolny rynek usług policyjnych jest korzystny dla wszystkich.

W majowe święto dały się zauważyć również objawy synkretyzmu, zjawiska znanego dotychczas tylko religioznawcom, a polegającego na stapianiu się różnych kultów religijnych. Otóż w Kielcach uczestnicy pochodu pierwszomajowego złożyli kwiaty pod tablicami upamiętniającymi Józefa Piłsudskiego i Różę Luksemburg. Trzeba teraz w Kielcach wmurować więcej tablic, od Dmowskiego do Jaruzelskiego, a dojdzie tam do pojednania narodowego, wyglądanego tak tęsknie przez wielu.

Jutro kolejne święto, a 5 maja ma się rozwiązać Sejm. Jeśli się rozwiąże, proponuję ogłosić kolejne święto, Dzień Mądrości Narodowej. Jeśli zaś nie – Dzień Narodowej Hańby. Tak czy tak, dzień wolny od pracy. Będziemy mieli wtedy najdłuższy długi weekend w świecie i zostaniemy, jako pierwszy naród, wpisani do Księgi Guinnessa. Będzie z czego być dumnym.


  • RSS