rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

Dzięki sprawnej kampanii promocyjnej Cimoszewicz schodzi jak proszek z wybielaczem bez chloru. Już ma prawie 40 procent poparcia i jak tak dalej pójdzie, może ono dojść do 120. Nie wiadomo, jaki ma program, poza tym, że Polska potrzebuje zgody i jedności wobec jedynie słusznej linii, czyli nowej edycji jedności moralno-politycznej narodu. Ale niewykluczone, że programem Cimoszewicza są ludzie, którzy go otaczają i wspierają.

Piękna to lista zasłużonych. Są na niej między innymi M. F. Rakowski (członek PPR od 1946), Janusz Reykowski (PZPR od 1949), Władysław Markiewicz (PPR 1946), Longin Pastusiak (PZPR 1957), Antoni Rajkiewicz (PZPR 1948), K. T. Toeplitz (PZPR 1954). Są zasłużeni artyści: Kazimierz Kutz (ZMP od 1949), Mariusz Chwedczuk (autor plakatu VI Zjazd PZPR), Zofia Wolska (odznaczona Złotym Medalem Leninowskim ZSRR i Ojczyźnianym Orderem Zasługi NRD) czy Marek Wawrzkiewicz, szef Neozlepu (członek PZPR 1972).

Są młodsi, ale też zasłużeni. Jolanta Kwaśniewska, małżonka Aleksandra, i Adam Gierek, syn Edwarda. Są Ryszard Kalisz, JerzySzmajdziński, Jacek Piechota, Marek Siwiec, którzy przenieśli tradycje PZPR przez SdRP do SLD i niosą je dalej. Są dziennikarze mediów niezależnych i pluralistycznych: Wiesław S. Dębski i Joanna Rawik („Trybuna”) oraz Jerzy Domański („Przegląd”). Są wybitni fachowcy, jak prof. Zdzisław Sadowski, ekonomista antykryzysowy. Jest nawet dwóch piłkarzy, Grzegorz Lato i Jerzy Dudek. Dzięki temu drugiemu popularność Cimoszewicza wśród kibiców Liverpoolu jest większa niż królowej brytyjskiej.

Ci wszyscy zasłużeni Polacy to jest program Włodzimierza Cimoszewicza. Chociaż oczywiście nie sposób wykluczyć, że jest odwrotnie. Że to Cimoszewicz jest programem tych ludzi. Programem dla Polski.

Jak dowiedzieliśmy się z tych samych źródeł co zwykle, w kuluarach sejmowych i okolicznych zawiązała się szeroka koalicja sił społecznych, która wystąpi z projektem nowelizacji ustawy lustracyjnej. Zgodnie z projektem lustracji mają podlegać nie tylko kandydaci na kandydatów w wyborach prezydenckich, ale także osoby zamierzające głosować w wyborach. Autorzy projektu różnie motywują ten pomysł. Osoby związane z ugrupowaniami prawicowymi uważają, że to niedopuszczalne, aby prezydenta III Rzeczypospolitej wybierali ludzie splamieni w przeszłości współpracą i kontaktami z SB. Natomiast lewica i liberałowie są zdania, że lustrowanie tylko kandydatów, z pominięciem tych, którzy wezmą udział w wyborach jako głosujący, jest łamaniem zasady równości wobec prawa.

Na mocy znowelizowanej ustawy każdy, kto ma zamiar pójść do urny, musi złożyć w trybie pilnym oświadczenie lustracyjne, deklarując, że współpracował (bądź w wyjątkowych wypadkach nie współpracował) z organami bezpieczeństwa PRL. Kto złoży fałszywe oświadczenie, zostanie uznany za kłamcę lustracyjnego i utraci czynne prawa wyborcze na lat 10.

Mąż zaufania grupy inicjatywnej, który powiadomił nas niezwłocznie o poufnych ustaleniach, zwrócił też uwagę na poszerzenie pojęcia kłamstwa lustracyjnego – za kłamcę uznany będzie nie tylko ten, kto zadeklaruje, iż nie współpracował, mimo że IPN ma na niego kwity, ale także ten, kto oświadczy, że współpracował, choć w archiwach nie ma na niego żadnego haka.

Kłamstwo jest kłamstwem – stwierdził jeden z polityków.

Obywatelu, teraz wszystko w Twoich rękach. Jeśli zamiast tłoczyć się do urny, planujesz spokojny wyjazd na łono natury, złóż odpowiednie oświadczenie. Sam wiesz, jakie. Zgodne z prawdą. Spełnisz obywatelski obowiązek, zyskasz spokój sumienia, nie będziesz odpowiedzialny za wynik wyborów, osobę ani dokonania następnego prezydenta i będziesz mógł umyć ręce.

Z satysfakcją informuję, że w rankingu popularności wszystkich Polaków, którzy nie zamierzają ubiegać się o stanowisko prezydenta RP, prześcignąłem Włodzimierza Cimoszewicza i miałbym szansę wygrać w pierwszej turze nie tylko z nim, ale nawet z Joanną Kontrabas, bezrobotną matką samotnie wychowującą sześcioro dzieci, która także nie ma zamiaru kandydować.

Badanie opinii publicznej przeprowadził na zlecenie mojej żony niezależny od wszystkiego Instytut Pankreator na reprezentatywnej próbie trzeźwych Polaków poniżej 1 promila.

Poproszona o komentarz do tego rankingu znana profesor socjologii, której nazwiska nie możemy ujawnić ze względu na przepisy ustawy o ochronie danych osobowych, stwierdziła, że wyniki są niezwykle interesujące i gdybyśmy z marszałkiem Cimoszewiczem w najbliższych dniach podtrzymali naszą decyzję o niekandydowaniu, obaj nie weszlibyśmy nawet do pierwszej rundy wyborów prezydenckich. Wtedy nasza popularność wzrosłaby jeszcze bardziej i badanie miałoby walor samosprawdzającej się przepowiedni.

Niekandydowanie Cimoszewicza mimo nacisków politycznych i żądań opinii społecznej jest, razem z ankietą telefoniczną Pentora, przepięknym elementem naszego życia publicznego. Można się ześmiać ze śmiechu. Podobno Włodzimierz Czarzasty razem z „Ordynacką” zebrał 50 tysięcy podpisów pod apelem do Cimoszewicza, żeby jednak kandydował. Mało. Marnie się postarali. Gdyby „Ordynacka” wzięła sobie na doradczynię od zbierania podpisów Renatę Beger, miałaby już dziś pół miliona podpisów górką.

Ale na mieście mówią, że i 50 tysięcy wystarczy, bo liczy się jakość podpisów, a nie ilość, więc Cimoszewicz ugnie się dziś przed powszechnym wołaniem najlepszej części narodu i zgłosi kandydaturę. W takim przypadku zwracam uwagę wyborcom, że jeśli Cimoszewicz zostanie prezydentem, Wachowskim Cimoszewicza będzie Czarzasty. Taka jest logika sytuacji.

Niestety, mam też złą wiadomość. W rankingu popularności Polaków, którzy nigdy nie byli w kosmosie, zostałem przez Cimoszewicza zdystansowany. Razem z Kaczyńskim, Tuskiem i Religą.

Wszyscy są niezadowoleni z salonowego przesłuchania Jolanty Kwaśniewskiej przed orlenowską komisją. Podobno niczego nie przyniosło. A to nieprawda. Przyniosło. Wzbogaciło język polski o pojęcie samowykluczenia. Dotąd tylko marszałek Nałęcz i jego komisja odnieśli taki sukces, wprowadzając do polszczyzny procedowanie. Od minionej soboty ludzie z towarzystwa zamiast informować, że idą do toalety, będą przepraszać, że muszą się na chwilę samowykluczyć. Najbardziej elegancko będzie mówić: samowykluczam się, bo idę procedować. Toż to jest sukces, jak zawsze, kiedy słowo lotne trafia pod strzechy.

Samowykluczył się poseł Andrzej Celiński, a za nim poszli Bogdan Bujak i Andrzej Różański. Cała lewica się samowykluczyła, nie czekając, aż z następnego Sejmu i z kolejnych komisji śledczych wykluczą ją wyborcy. Oczywiście, Celiński z towarzyszami samowykluczył się tylko po to, żeby zaistnieć.

Gdyby przed komisją zeznawał prymas Józef Glemp, co miałoby zresztą podobne skutkidla rozwikłania afery Orlenu, samowykluczyliby się Giertych z Macierewiczem. Po linii partyjnej. Szkoda, że samowykluczenie lewicy nie było konsekwentne i posłowie samowykluczeni samoaktywizowali się często i gęsto. A trzeba było brać przykład z posła Witaszka, który się wprawdzie nie samowykluczył, ale za to milczał konsekwentnie, zdobywając sobie sympatię wszystkich, od telewidzów po panią prezydentową.

Większość procedowania z udziałem samowykluczonych poświęcona była dyskusji o prawach obywatelskich sponsorów fundacji Porozumienie bez Barier. O ile dobrze zrozumiałem, bo nie było to zadanie proste, lista darczyńców musi pozostać tajna, ponieważ znalezienie się na niej jest równie hańbiące jak wpisanie na listę Wildsteina, może narazić na poniżenie w opinii publicznej i odebrać potrzebne do czegoś tam zaufanie. Gdyby prezydentowa Kwaśniewska ujawniła nazwiska tych, co złożyli datek na leczenie chorych dzieci, postąpiłaby równie niegodnie i wbrew prawu, jak profesor Kieres, ujawniając nazwisko ojca Hejmy. Hejmo co prawda nie dawał, tylko brał, ale podobieństwo sytuacji jest uderzające.

Mimo budujących wzorów nie zamierzam się samowykluczyć z pisania felietonów ani namawiać redaktora Gaudena, aby ukrywał, że nazywam się Rybiński, mimo że może mnie to narazić na utratę zaufania.

Po moim felietonie o 19-procentowym podatku liniowym profesora Hausnera, korzystniejszym dla biednych od 15-procentowego, dostałem sporo listów wskazujących, że pobłądziłem. Napisałem mianowicie, że różnica między 19 procentami a 15 procentami wynosi 4 procent. Tymczasem ta różnica wyrażona w procentach to 26,67 proc. Cztery to różnica w punktach procentowych. Biję się w piersi.

Natomiast przed Janem Lityńskim, którego list opublikowała wczorajsza „Rz”, nie biję się w piersi i nie padam na kolana, mimo że jego wywód o odejmowaniu rozmaitych kwot od 200 złotych brzmi tak zabawnie, że aż przekonująco. Owszem, prof. Hausner obiecał kwoty wolne od podatku, a także ulgi prorodzinne, inwestycyjne aktywizacyjne i być może, jeśli skończyło się jak Lityński piątą klasę, a nie tylko czwartą, jak ja, da się to wszystko ładnie wyliczyć i w sumie 19 procent okaże się mniej niż 15 procent. Wszystko to jest możliwe, tylko dlaczego wobec tego prof. Hausner nazywa swój podatek liniowym? Liniowy podatek, tak mnie uczyli w czwartej klasie, jest wówczas, kiedy każdy, żonaty, dzieciaty, rozwodnik i wdowiec, bankier, dziennikarz, hydraulik i polityk demokratyczny płaci taki sam procent od swoich dochodów jako podatek. Jeśli każdy, w rezultacie rozmaitych sztuczek ustawowo-księgowych, płaci różnie, to nie jest to podatek liniowy, tylko normalny podatek socjalistyczny wedle zasad sprawiedliwości społecznej. Podatek wymagający kwitów, PIT, zaświadczeń, urzędników kontroli skarbowej, bo przecież skłania do oszustw.

Oczywiście, i tego uczą kandydatów na polityków od razu w pierwszej klasie, zwykły podatek liniowy bez ulg, odpisów, kwot jest politycznie mało skuteczny. Pozbawia polityka możliwości okazania troski, dobroci i dbałości o biednych i uzyskania od nich wdzięczności wyborczej.

W szkole, do której chodziłem, problemy podatkowe wykładali von Mieses, Pareto, Ramsey, von Hayek. Dla liberalnej partii demokraci.pl to żadne autorytety. Ich wrażliwy społecznie liberalizm kończy się na obyczajach, gejach i zakopywaniu teczek. W ich szkole, w piątej klasie wykładano dialektykę języka, dzięki której podatek progresywny – choć w tym wypadku lepsza jest nazwa podatek regresywny – może być reklamowany jako liniowy. A może jakieś kursy? Na naukę nigdy nie jest za późno.

Od dawna ludzie światli domagają się uznania przez ludzi rządzących za prawdziwą tezy, że dla przyszłości Polski najważniejsza jest nauka.

Otóż mam dobrą nowinę – dwie dyscypliny naukowe rozwijają się nam ostatnio wspaniale, a nawet trafiły pod strzechy i przed wieprze. Myślę tu o językoznawstwie i logice. Obie te dziedziny nauki przeżywają wspaniały rozkwit w związku z teczkami w ogóle, a teczką Marka Belki w szczególności.

Neofilologowie wywodzący się z kręgów politycznych i publicystycznych poddają dogłębnej analizie znaczeniowej słowo „współpraca”. Dowodzą, że określenie „współpracował” determinuje długotrwałe i rozciągnięte w czasie działania, podczas gdy jednorazowy, krótkotrwały, a na dodatek błahy incydent nie wyczerpuje znamion współpracy w znaczeniu słownikowym i taka jego interpretacja stanowiłaby gwałt na języku.

Logicy, raczej specjaliści logiki dialektycznej, a nawet stosowanej, a nie formalnej, wskazują, że skoro nie współpracował, co zostało dowiedzione badaniami językowymi neofilologów, to tym samym nie mógł być współpracownikiemWskazują także, że skoro premier Marek Belka nie został uznany za kłamcę lustracyjnego, to nie mógł kłamać przed komisją. Dopiero gdyby był uznany za kłamcę, to mógłby kłamać.

Oczywiście, ładnie jest, że zamiast wprzęgać naukę do polityki, politycy posługują się zdobyczami nauki.

Ale to chyba niepotrzebne. W opublikowanym dokumencie SB Marek Belka zobowiązał się przecież do zachowania w ścisłej tajemnicy faktu utrzymywania kontaktów z SB MSW. Także przed najbliższymi osobami. Jasne jest, że człowiek honoru nie mógł w takiej sytuacji wyjawić niczego Romanowi Giertychowi. Nawet gdyby Giertych był Belce bardzo bliski. Takie deklaracje zobowiązują na zawsze.

Po fiasku konstytucji i unijnego szczytu słyszę zewsząd, że Europa potrzebuje przywództwa. A mnie się wydaje, że przywództwo to ostatnia rzecz, jakiej Europa potrzebuje. Dorośli ludzie nie potrzebują przywódcy – powiedział Herbert George Wells w czasach, gdy Niemcy mieli silnego przywódcę i Sowieci także. Wells był wizjonerem i niewykluczone, że Europie potrzebna jest nowa generacja wizjonerów. Potrzebni są politycy, którzy potrafiliby przekonywać dorosłych obywateli do swoich wizji. Przywództwo potrzebne jest w stadzie baranów, a nie w społeczeństwie obywatelskim. Wiodące tryki europejskie, osobniki alfa według nomenklatury psychologii zwierzęcej, przygotowały konstytucję dla stada, którą Francuzi i Holendrzy odrzucili jako nieodpowiednią dla obywateli.

Przywódców niczego to nie nauczyło, nadal chcą przewodzić. Manipulacje, jakich dokonuje się tym martwym już tekstem, budzą mój podziw. Najpierw premier Luksemburga Juncker dokonał przed szczytem misternych zabiegów, aby doprowadzić do wstrzymania i zamrożenia procesu ratyfikacyjnego. A to dlatego, że badania opinii publicznej w Luksemburgu wykazały, że i tam traktat zostanie odrzucony, a Juncker dał słowo honoru, że w takim przypadku poda się do dymisji. Teraz jednak przeciwnicy Junckera przegłosowali przeprowadzenie referendum w terminie.Dla konstytucji nie ma to żadnego znaczenia, ale Juncker będzie musiał odejść.

W Polsce prezydent i rząd forsują ratyfikację, bo – jak mówią – przyjęcie traktatu poprawi naszą pozycję i pozwoli objąć przywództwo w UE. Mogłoby się wydawać, że Kwaśniewski z Belką o niczym innym nie marzą, tylko o przewodzeniu Europie przez Tuska, Rokitę i braci Kaczyńskich. Śmierć frajerom.

Chodzi o przywództwo, o rząd dusz na miejscu, w Polsce. Chodzi o mandat na trykanie. Równie dobrze można by jednocześnie przeprowadzić ratyfikację konstytucji amerykańskiej, dowodząc, że zostaniemy dzięki temu mocarstwem światowym.

Politycy, wierzący, że są przywódcami, traktują nas jak głupków, jak owce w stadzie, które można strzyc, doić i prowadzić bez protestu do rzeźni. Niestety, często mają rację.

Apeluję do Ministerstwa Edukacji Narodowej o wpisanie na listę lektur zakazanych dla dzieci szkolnych i młodzieży poniżej lat 18 dokumentów programowych Partii Demokratycznej demokraci.pl ze szczególnym uwzględnieniem strategii podatkowej tego ugrupowania. Jednocześnie ministerstwo powinno wezwać rodziców do chronienia pociech przed telewizyjnymi i radiowymi wystąpieniami Jerzego Hausnera.

Audycje z udziałem Hausnera muszą być oznaczane przez stacje telewizyjne czerwonym kółkiem. Można zresztą przylepiać takie kółko na czole byłego wicepremiera i ministra gospodarki, aby dzieci wiedziały w każdej sytuacji, że jest niebezpieczny dla ich rozwoju intelektualnego i moralnego.

Apel motywuję tym, że arytmetyka, jaką prezentuje Hausner, jest całkowicie odmienna od arytmetyki, której dzieci i młodzież uczą się w szkołach. Mało – odmienna. Wroga. Lider demokratów oświadczył publicznie, że skutkiem wprowadzenia proponowanego przez PO podatku liniowego w wysokości 15 procent 95 procent podatników zapłaci większe podatki niż dotychczas, a skorzysta na tym tylko 1 procent najbogatszych. Natomiast jego partia ma zamiar wprowadzić podatek liniowy w wysokości 19 procent, co oczywiście będzie z korzyścią dla najuboższych, którzy zapłacą mniej, a obciążenia zwiększą się pewnie tylko dla 1 procentu najlepiej zarabiających. Tymczasem biedne dzieci uczą w szkołach, że 19 procent to więcej niż 15 procent, dokładnie o 4 procent. Wynika to z faktu, że dzieci uczone są arytmetyki zwykłej, a Hausner wykłada dorosłemu społeczeństwu arytmetykę polityczną.

Różnica jest dokładnie taka sama jak między ekonomią zwykłą a ekonomią polityczną, w której specjalizował się zawsze profesor Hausner.

Demokraci mogą robić sobie, co chcą, ale my powinniśmy chronić dzieci przed matematyczną deprawacją. Niech się dalej uczą liczyć na jabłuszkach i niech im nigdy nie wychodzi przy rozwiązywaniu zadań, że Władek ma mniej jabłuszek niż Janek i Marysia, bo tylko 19, a tamci aż 15. Jak dorosną, to i tak zdążą się nauczyć, jak kombinować przy podatkach.

Dobra nowina

1 komentarz

Płacz jest powszechny, nawet słychać zgrzytanie zębów, ale tak naprawdę Europa dawno nie miała takich powodów do optymizmu jak klęska traktatu konstytucyjnego i ściśle z nią związane fiasko szczytu w Brukseli. Nie jest prawdą, że na szczycie starły się egoizmy brytyjski z francuskim. Był to tylko odprysk generalnego konfliktu, którego u nas z perspektywy dopłat do rolnictwa i 10 euro na mieszkańca województw wschodnich (10 euro to 10 butelek bełta) jakoś nikt nie dostrzega. Jest to konflikt o fundament, na jakim ma być zbudowana Europa, przesądzający na zawsze o jej losach.

Francuzi, którzy chcą zbawiać świat na swój obraz i podobieństwo, zarazili Unię skrajnym etatyzmem. Niemcy, producenci trzech czwartych ustawodawstwa światowego (wybudowanie domu jednorodzinnego wymaga w RFN uwzględnienia 164 ustaw z 5 tysiącami paragrafów), zainfekowali Europę biurokracją. Efektem jest między innymi armia 400 tysięcy urzędników Komisji Europejskiej i jej delegatur oraz poroniony projekt traktatu konstytucyjnego, pęknięty na pół. Pierwsza część to wolności, których nikt nie może ustawowo ofiarować jednostce, bo przysługują jej z urodzenia, oraz wątpliwe, bo zbędne prawa, a druga to odbieranie i ograniczanie tych praw i wolności przepisami szczegółowymi i delegowanie decyzji do urzędów. Na drugim biegunie są Brytyjczycy, z tradycją prawa naturalnego, praw negatywnych, indywidualizmu i liberalizmu. To jestjądro konfliktu, a nie brytyjski rabat, dopłaty do rolnictwa czy fundusze strukturalne. One to tylko skutek różnic światopoglądowych. To nie społeczeństwa budują dziś UE, to Unia chce kształtować społeczeństwa.

Tradycja polska, tej wyklinanej po wielekroć demokracji i złotej wolności szlacheckiej, indywidualizmu, oporu przed wszechmogącą władzą, jest bliższa anglosaskiej. Niemcy mogą się dobrze czuć w zbiurokratyzowanej Europie, bo nawet Max Weber nie znał pojęcia porządku spontanicznego. My byśmy się dobrze nie czuli. My jesteśmy przyzwyczajeni, że to ludzie tworzą idee, a nie akceptujemy idei tylko posługujących się ludźmi.

Polscy politycy dostali szansę współtworzenia Europy narodów i jednostek przeciw Europie urzędów, biurokratów i drobiazgowych przepisów. Oby z niej skorzystali.

Po wielu latach pobytu na Zachodzie mam w Polsce ciągłe poczucie deja vu. Ja już to wszystko przerabiałem, tylko 20 lat wcześniej. Walkę o słuszne prawa homoseksualistów, o aborcję, eutanazję, legalizację narkotyków miękkich. Nawet o feminizację języka, która w Polsce będzie szczególnie trudna, skoro głupota jest rodzaju żeńskiego, a rozum męskiego. Ale jako jednostka wrażliwa bardzo się przejąłem wywodami minister Magdaleny Środy, że trzeba zmienić w Polsce podręczniki, a może nawet poprawić na poprawny kanon literatury, aby uzyskać pożądany wizerunek poszczególnych płci. Wziąłem się do tego od razu i zacząłem od Mickiewicza. Oto fragmenty poprawionej wersji ballady o małżeństwie Twardowskich.

Twardowska siadła

w końcu stoła
Wsparła się w boki jak baba
Hulaj dusza, hulaj woła,
Śmieszy, tumani, rozrabia. (…)
Jeszcze jedno, będzie placet,
Zaraz pęknie duch czartowski.
Patrzaj, oto jest facet,
Mój mąż, pan Twardowski.
Ja na rok przy Belzebubie
Przyjmę za ciebie mieszkanie,
Niech przez ten rok, kogo lubię,
Z tobą, jak z żoną zostanie.
Przysiąż mu miłość, szacunek
I posłuszeństwo bez granic,
Złamiesz choć jeden warunek,
Już cała ugoda na nic.
Diabeł do niej pół ucha,
Pół oka zwrócił do samca,
Niby patrzy, niby słucha,
Tymczasem już czmycha,

kłamca.

Z punktu widzenia równości płci ballada jest teraz poprawna, bo pani Twardowska jest sprytna, a jej mąż to bezwolna fujara. Niestety, kłóci się z wizją równouprawnienia orientacji seksualnych, bo nie wiadomo, dlaczego diabeł zwiewa przed perspektywą życia z Twardowskim. Trudno, nie można jednocześnie dogodzić każdemu – i kobiecie, i gejowi.


  • RSS