Po wielu latach pobytu na Zachodzie mam w Polsce ciągłe poczucie deja vu. Ja już to wszystko przerabiałem, tylko 20 lat wcześniej. Walkę o słuszne prawa homoseksualistów, o aborcję, eutanazję, legalizację narkotyków miękkich. Nawet o feminizację języka, która w Polsce będzie szczególnie trudna, skoro głupota jest rodzaju żeńskiego, a rozum męskiego. Ale jako jednostka wrażliwa bardzo się przejąłem wywodami minister Magdaleny Środy, że trzeba zmienić w Polsce podręczniki, a może nawet poprawić na poprawny kanon literatury, aby uzyskać pożądany wizerunek poszczególnych płci. Wziąłem się do tego od razu i zacząłem od Mickiewicza. Oto fragmenty poprawionej wersji ballady o małżeństwie Twardowskich.

Twardowska siadła

w końcu stoła
Wsparła się w boki jak baba
Hulaj dusza, hulaj woła,
Śmieszy, tumani, rozrabia. (…)
Jeszcze jedno, będzie placet,
Zaraz pęknie duch czartowski.
Patrzaj, oto jest facet,
Mój mąż, pan Twardowski.
Ja na rok przy Belzebubie
Przyjmę za ciebie mieszkanie,
Niech przez ten rok, kogo lubię,
Z tobą, jak z żoną zostanie.
Przysiąż mu miłość, szacunek
I posłuszeństwo bez granic,
Złamiesz choć jeden warunek,
Już cała ugoda na nic.
Diabeł do niej pół ucha,
Pół oka zwrócił do samca,
Niby patrzy, niby słucha,
Tymczasem już czmycha,

kłamca.

Z punktu widzenia równości płci ballada jest teraz poprawna, bo pani Twardowska jest sprytna, a jej mąż to bezwolna fujara. Niestety, kłóci się z wizją równouprawnienia orientacji seksualnych, bo nie wiadomo, dlaczego diabeł zwiewa przed perspektywą życia z Twardowskim. Trudno, nie można jednocześnie dogodzić każdemu – i kobiecie, i gejowi.