Od dawna ludzie światli domagają się uznania przez ludzi rządzących za prawdziwą tezy, że dla przyszłości Polski najważniejsza jest nauka.

Otóż mam dobrą nowinę – dwie dyscypliny naukowe rozwijają się nam ostatnio wspaniale, a nawet trafiły pod strzechy i przed wieprze. Myślę tu o językoznawstwie i logice. Obie te dziedziny nauki przeżywają wspaniały rozkwit w związku z teczkami w ogóle, a teczką Marka Belki w szczególności.

Neofilologowie wywodzący się z kręgów politycznych i publicystycznych poddają dogłębnej analizie znaczeniowej słowo „współpraca”. Dowodzą, że określenie „współpracował” determinuje długotrwałe i rozciągnięte w czasie działania, podczas gdy jednorazowy, krótkotrwały, a na dodatek błahy incydent nie wyczerpuje znamion współpracy w znaczeniu słownikowym i taka jego interpretacja stanowiłaby gwałt na języku.

Logicy, raczej specjaliści logiki dialektycznej, a nawet stosowanej, a nie formalnej, wskazują, że skoro nie współpracował, co zostało dowiedzione badaniami językowymi neofilologów, to tym samym nie mógł być współpracownikiemWskazują także, że skoro premier Marek Belka nie został uznany za kłamcę lustracyjnego, to nie mógł kłamać przed komisją. Dopiero gdyby był uznany za kłamcę, to mógłby kłamać.

Oczywiście, ładnie jest, że zamiast wprzęgać naukę do polityki, politycy posługują się zdobyczami nauki.

Ale to chyba niepotrzebne. W opublikowanym dokumencie SB Marek Belka zobowiązał się przecież do zachowania w ścisłej tajemnicy faktu utrzymywania kontaktów z SB MSW. Także przed najbliższymi osobami. Jasne jest, że człowiek honoru nie mógł w takiej sytuacji wyjawić niczego Romanowi Giertychowi. Nawet gdyby Giertych był Belce bardzo bliski. Takie deklaracje zobowiązują na zawsze.