Wszyscy są niezadowoleni z salonowego przesłuchania Jolanty Kwaśniewskiej przed orlenowską komisją. Podobno niczego nie przyniosło. A to nieprawda. Przyniosło. Wzbogaciło język polski o pojęcie samowykluczenia. Dotąd tylko marszałek Nałęcz i jego komisja odnieśli taki sukces, wprowadzając do polszczyzny procedowanie. Od minionej soboty ludzie z towarzystwa zamiast informować, że idą do toalety, będą przepraszać, że muszą się na chwilę samowykluczyć. Najbardziej elegancko będzie mówić: samowykluczam się, bo idę procedować. Toż to jest sukces, jak zawsze, kiedy słowo lotne trafia pod strzechy.

Samowykluczył się poseł Andrzej Celiński, a za nim poszli Bogdan Bujak i Andrzej Różański. Cała lewica się samowykluczyła, nie czekając, aż z następnego Sejmu i z kolejnych komisji śledczych wykluczą ją wyborcy. Oczywiście, Celiński z towarzyszami samowykluczył się tylko po to, żeby zaistnieć.

Gdyby przed komisją zeznawał prymas Józef Glemp, co miałoby zresztą podobne skutkidla rozwikłania afery Orlenu, samowykluczyliby się Giertych z Macierewiczem. Po linii partyjnej. Szkoda, że samowykluczenie lewicy nie było konsekwentne i posłowie samowykluczeni samoaktywizowali się często i gęsto. A trzeba było brać przykład z posła Witaszka, który się wprawdzie nie samowykluczył, ale za to milczał konsekwentnie, zdobywając sobie sympatię wszystkich, od telewidzów po panią prezydentową.

Większość procedowania z udziałem samowykluczonych poświęcona była dyskusji o prawach obywatelskich sponsorów fundacji Porozumienie bez Barier. O ile dobrze zrozumiałem, bo nie było to zadanie proste, lista darczyńców musi pozostać tajna, ponieważ znalezienie się na niej jest równie hańbiące jak wpisanie na listę Wildsteina, może narazić na poniżenie w opinii publicznej i odebrać potrzebne do czegoś tam zaufanie. Gdyby prezydentowa Kwaśniewska ujawniła nazwiska tych, co złożyli datek na leczenie chorych dzieci, postąpiłaby równie niegodnie i wbrew prawu, jak profesor Kieres, ujawniając nazwisko ojca Hejmy. Hejmo co prawda nie dawał, tylko brał, ale podobieństwo sytuacji jest uderzające.

Mimo budujących wzorów nie zamierzam się samowykluczyć z pisania felietonów ani namawiać redaktora Gaudena, aby ukrywał, że nazywam się Rybiński, mimo że może mnie to narazić na utratę zaufania.