rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2005

Strasznie się ostatnio czuję nieswojo. Wstydzę się wychodzić z domu, nie odbieram telefonu, bo a nuż zadzwoni ktoś, zapyta mnie o gejów, lustrację albo referendum konstytucyjne i co ja odpowiem?

Przecież to hańba posługiwać się dziś tak skompromitowanymi i przestarzałymi sposobami oceny rzeczywistości jak rozsądek, racjonalizm, poczucie sprawiedliwości i przyzwoitości oraz zwykły interes. Dzisiaj trzeba sięgać, gdzie wzrok nie sięga. A ja nie dosięgam.

Wyznaję, że nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mamy zrezygnować ze zlustrowania historycznego PRL, wraz z ludźmi, którzy podtrzymywali ten system. Zwłaszcza nie rozumiem argumentu, że trzeba dać sobie spokój z przeszłością, tylko skupić się na przyszłości.

W moim prymitywnym myśleniu jest to apel o likwidację historii w ogóle, a nauki historii w szkołach szczególnie. To trzeba zacząć od średniowiecza, renesansu i oświecenia. Po co komu wiedzieć, kto zamordował Stanisława ze Szczepanowa albo kto otruł ostatnich książąt mazowieckich? To równie nieważne, jak kto zabił Bartoszcze i na czyje polecenie. Ruch antylustracyjny jako sprzeciw wobec całej historii miałby większe poparcie, zwłaszcza wśród dziatwy szkolnej.

Mój prymitywny umysł nie dosięga też wyżyn, z których widzi się konieczność przeprowadzenia w Polsce, mimo wszystko, referendum nad Konstytucją UE. Dla mnie jest to jak kupowanie biletu na pociąg, który został skreślony z rozkładu.

Zwykły prymityw, kiedy mu mówią, że już nie ma pociągu, idzie piechotą albo rozgląda się za autobusem. Pięknoduch europejski znad Wisły upiera się przy bilecie, bo mówi, że w ten sposób wzbudzi szacunek wśród innych podróżnych. Dla mnie, jaskiniowca, wyjdzie na idiotę, któremu można też sprzedać wieżę Eiffla.

Nikogo do niczego nie namawiam, a zwłaszcza do prymitywizmu, ale o sprawach teraz dyskutowanych najobficiej można też myśleć samodzielnie. Wstydzić się powinny pozytywki, gdyby oczywiście miały poczucie wstydu.

Rawicz zawsze dobrze się kojarzył Polakom. Prawie tak dobrze, jak Wronki. Teraz będzie się kojarzył jeszcze lepiej.

Bractwo Kurkowe w tym mieście urządziło sobie strzelanie do portretu Jana Pawła II. Zapewne, zgodnie z tradycjami bractw organizowanych w celu obrony miast jeszcze w średniowieczu, ten rawiczanin, który trafił papieża najwięcej razy i najdokładniej, to znaczy wykazał najwyższą sprawność bojową, został kurkowym królem. Umarł papież, niech żyje król kurkowy Rawicza!

Bractwo tłumaczy teraz, że strzelanie do Jana Pawła II odbyło się dla upamiętnienia sylwetki zmarłego Ojca Świętego. Pewnie, nic tak nie służy dobrej pamięci, jak tarcza poszarpana kulami. Jak rozstrzelany wizerunek. Ciekawe,czy w samym Rawiczu znajdzie się choć jeden idiota, który w to tłumaczenie uwierzy. Jeśli tak, to stolicę polskiej głupoty, którą tradycja lokowała dotąd w Wąchocku, trzeba będzie uroczyście przenieść do Rawicza.

Trzeba mieć nadzieję, że rawiczańskie Bractwo Kurkowe, zachęcone sukcesem w oddawaniu czci zmarłemu papieżowi, nie zechce uczcić w ten sam sposób ludzi wciąż jeszcze żywych, a darzonych przez elitę mieszczańską Rawicza równie dużym szacunkiem i sympatią.

Byłoby to w każdym razie wyzwaniem i okazją do doskonalenia umiejętności, bo trafić w nieruchomego Jana Pawła II jest jednak łatwiej niż w kogoś, kto się wyrywa i ucieka.

Bractwu Kurkowemu w Rawiczu należy się honorowy patronat Alego Agcy i trzeba mu go przydzielić na zawsze, choćby nawet nie chciało. Ale pewnie oponentów nie będzie, w końcu hasło: odwiedź Rawicz, miasto, gdzie strzela się do papieża, jest bardzo chwytliwe i może przyciągnąć turystów nie tylko z Bliskiego Wschodu.

Problem rehabilitacji posła Józefa Gruszki jest w naszej rzeczywistości medycznej i społecznej nierozwiązywalny. W warunkach wolnego rynku usług medycznych rodzina i przyjaciele wykupiliby po prostu miejsce dla posła na oddziale rehabilitacji, a gdyby tych łóżek – mimo funkcjonowania wymuszającego równowagę podaży i popytu rynku – było za mało, dołożyliby za usługę ekspresową.

Gdyby im nie starczyło pieniędzy, mogliby wziąć kredyt na posła, choć Gruszka to nie samochód. Być może funkcjonowałybyna taką okoliczność prywatne ubezpieczenia albo kasy wzajemnej pomocy, o co nawołuje od dawna Stefan Bratkowski. Gdyby poseł Gruszka w naszej, realnie istniejącej rzeczywistości społecznej służby zdrowia nie był posłem tylko osobą całkowicie prywatną, bliscy z tym samym skutkiem mogliby skorzystać z szarej strefy rynkowej w medycynie, czyli uprzejmości i spolegliwości w zamian za odpowiednio udokumentowaną wdzięczność.

Poseł Gruszka ma pecha, bo jest posłem, politykiem i członkiem elity władzy, konstytuującej się między innymi wokół głoszenia haseł egalitaryzmu, sprawiedliwości społecznej i równego dostępu wszystkich do wszystkiego. Jest też współodpowiedzialny za stan służby zdrowia, za niskie płace, za złą organizację i za niedostatek łóżek rehabilitacyjnych. Skupia na sobie niechęć poddawanych konwulsjom reform lekarzy i podejrzliwość egalitarystycznie wychowanego społeczeństwa, czy aby chory poseł nie skorzystał z jakiegoś sprzecznego z obowiązującą ideologią przywileju.

Nie ma z tej sytuacji dobrego wyjścia. Dobrego dla wszystkich. Posła Gruszki i jego rodziny, służb medycznych i społeczeństwa. Każde jest dla jednego z tych bytów złe. Dla Gruszki może się okazać tragiczne. Będzie to tragedia, jaka każdego dnia zdarza się tysiącom anonimowych płatników składek ubezpieczenia zdrowotnego.

Natomiast atakowanie członków komisji śledczej za troskę o zdrowie Gruszki i za próbę pomocy uważam za demagogię czystej wody. Jest to normalny odruch każdego, kto ma w swoim otoczeniu osobę cierpiącą, wydaną na pastwę systemu. Odruch szlachetny. Wypada się cieszyć, że jest grupa posłów ze skłóconych ze sobą ugrupowań, których stać na takie odruchy. Może w przyszłości zainteresują się resztą rodaków.

Z festiwali telewizyjnych ostatnich dni najbardziej podobał mi się festiwal Biura Ochrony Rządu.

Grupie ludzi, których najważniejszym zadaniem, obok wyprowadzania psów pana prezydenta na siusiu, jest izolowanie polityków sprawujących najwyższe funkcje w państwie przed kontaktem z obywatelami, urządzono wielką fetę z przemówieniami, pokazami, odznaczeniami, awansami i bankietami. Można było odnieść wrażenie, że gdyby nie BOR, nasi dygnitarze musieliby być trzymani w betonowych bunkrach, bo inaczej nie przeżyliby nawet doby.

Nigdy jeszcze tak nieliczni nie zawdzięczali tak wiele tak wspaniałym – takie było przesłanie festiwalowych obchodów. Naród otworzył gęby z podziwu i runął na kolana.

Takie służby są wszędzie na świecie. Należą, razem z wywiadem i kontrwywiadem, do służb dyskretnych. Im są sprawniejsze, tym mniej je widać i mniej o nich słychać.

Ale nie u nas. U nas o wszystkich służbach jest bardzo głośno, a raczej służby są głośne. No i u nas jest bliski wschód, bliżej Bizancjum. Widziałem w różnych krajach zachodnich konwoje wiozące prezydentów, premierów i kanclerzy przez miasto, z dozwoloną szybkością, potulnie stające na czerwonym świetle. U nas kolumna BOR pędzi przez Warszawę z wyciem syren, miganiem reflektorami, łamiąc wszelkie przepisy, jakby u pani prezydentowej stygła zupa albo pani marszałkowej przypalał się boczek. Kiedyś pod Poznaniem nie zjechałem w porę do rowu i dzielny oficer pogroził mi pięścią. Jakoś nie strzelił.

Oczywiście, dzięki takiej niezłomnej postawie żaden dygnitarz nie padł jeszcze ofiarą zamachu. Z okazji festiwalu usłyszałem, że o ochronę BOR ubiega się cała plejada polityków, bo to daje prestiż. Ochranianie polityków też daje prestiż, ale dopiero wtedy, kiedy hołota czuje respekt. Ja czuję, jeszcze w PRL czułem, a BOR to jedyna służba, która od tamtej epoki ani razu nie zmieniła nazwy. Chyba słusznie.

Szykuje się nam kolejna sensacja i zarazem zagadka historyczna. Podobno znaleziono w archiwach dokumenty, z których może wynikać, iż niewykluczone jest, że generał Wojciech Jaruzelski podpisał deklarację członkostwa w PZPR.

Możliwe jednak, że te dokumenty zostały sfałszowane. Wyjaśnieniem sprawy zajmie się komisja historyków.

Na razie dorośli i poważni ludzie, którzy dużą cześć życia spędzili w PRL i wydawałoby się, że dość dobrze poznali realia tamtej epoki, demonstrują szok, zaskoczenie i zdziwienie możliwością współpracy najmłodszego generała w historii LWP, późniejszego szefa Głównego Zarządu Politycznego z Informacją Wojskową.

Będzie się badać, jako ewenement, zdarzenia normalne, naturalne, które były banalną kwintesencją tamtego ustroju, wpisaną w samą strukturę życia zbiorowego.

Odnoszę wrażenie, że częśćnaszej elity intelektualno-politycznej ogarnęło jakieś opętanie. Mamy z jednej strony naturalne i niezbywalne prawo do prawdy o sobie samych i własnej historii, mamy Instytut Pamięci Narodowej i ustawowe regulacje, a z drugiej mamy gromadę samozwańczych cenzorów pamięci zbiorowej.

Służbę Bezpieczeństwa Historycznego, która z użyciem wszystkich metod swojej poprzedniczki dąży do kastrowania prawdy, przykrawania jej do własnych potrzeb i przekształcenia Instytutu w Instytut Niepamięci Narodowej.

Chęć poznania przeszłości jest w oczach aktywistów tej służby równie niemoralna, jak obalanie przemocą w komunistycznej propagandzie. Etykę społeczną postawiono na głowie. Nieprzyzwoite jest ogłaszanie, że ktoś donosił na bliźnich. Sprawcy stają się ofiarami.

No to skończcie wreszcie z tą partyzantką moralną. Powołajcie państwowy Urząd Bezpieczeństwa Historycznego, który będzie decydował, o czym Polacy mogą się dowiedzieć, a o czym nie. Zbierał donosy na szerzących pogłoski dziejowe.

Nakłaniał do zapomnienia. Kontrolował i karał. Może wtedy nawet ja zrozumiem, że historia nie jest po to, aby ją znać, tylko po to, aby jej używać do celów praktycznych.

Parę lat temu była w niemieckiej telewizji taka reklama funduszu emerytalnego: gromadka dzieci z tornistrami rozmawia o tym, kim kto chciałby być w przyszłości. Jeden chciałby być lotnikiem, drugi maszynistą, a rezolutny chłopiec w okularkach powiedział: ja chciałbym być dziadkiem, bo dziadek nic nie robi i ma pieniądze. To jest dokładnie ten sam cel, który mają nasi posłowie.

Chcieliby być dziadkami. Nic nie robić i mieć pieniądze.

Ja ten pomysł emerytur dla posłów popieram z całego serca. Już za samą ustawę 203, która może doprowadzić do zasekwestrowania całego Sejmu i zlicytowania laski marszałkowskiej należy się posłom emerytura, i to dla zasłużonych. A przecież nauchwalali tych ustaw tyle, że całe pokolenia będą miały zajęcie przy ich odwoływaniu. Za biopaliwa należy się dodatek ekologiczny, a za ustawę o ochronie zwierząt – bonus humanitarny.

Jest tylko jedno zastrzeżenie. Każdy poseł, który będzie się ubiegał o emeryturę, powinienzłożyć deklarację, że rezygnuje z uprawiania polityki i nie będzie więcej kandydował. Nie tylko do Sejmu, ale nawet do gminy. Normalnym emerytom odbiera się świadczenia, kiedy podejmują pracę zarobkową, więc sprawiedliwe będzie wstrzymywanie pieniędzy emerytom politycznym, którzy mimo wszystko będą dłubać przy polityce i w jej okolicach. Jest to jedyny, dość w sumie tani i opłacalny, sposób na pozbycie się z życia publicznego całej konstelacji naszych gwiazd politycznych czy raczej czarnych dziur, i to na zawsze. Tylko przy takich warunkach udzielenia emerytury cała operacja jest dla podatników opłacalna, i to bardzo.

Napisałem w ciągu ostatnich trzech lat sporo tekstów szydzących z polskiej manii pisania listów otwartych i apeli. To daje mi prawo do wystosowania wreszcie własnego apelu do współziomków. Nie przyjmujcie bezkrytycznie tego, co wam mówią politycy. Domagajcie się wyjaśnień. Przede wszystkim pytajcie – dlaczego?

Wszystkie nasze afery, komisje śledcze, odbieranie immunitetów, procesy polityków umocniły w narodzie przekonanie, że politykom należy uważnie patrzeć na ręce. Tymczasem równie ważne, może nawet ważniejsze, jest opukiwanie ze wszystkich stron tego, co politycy mówią, co przekazują nam do przyjmowania na wiarę.

Mamy teraz festiwal przekonywania Polaków, że mimo wszystko polskie referendum konstytucyjne powinno się odbyć i powinniśmy konstytucję przyjąć. Wypowiadali się na ten temat prezydent, premier, minister spraw zagranicznych i Róża Thun. Najwyższe autorytety. Argument usłyszeliśmy jeden: konstytucję trzeba przyjąć, bo to wzmocni pozycję Polski w Europie. A ja pytam i wzywam do pytania Rodaków – a dlaczego? Jak się to będzie objawiać? Co to znaczy? Czy wzrośnie polski PKB, czy tylko protokolarnie prezydent RP będzie pierwszyprzechodził przez drzwi przed prezydentem Francji.

A może jest coś, o czym nie wiemy? Może brukselski plan B, który zakładał wyrzucenie z Unii każdego kraju, który odrzuci konstytucję, zarzucony po referendum we Francji, bo trudno relegować Francuzów, wobec Polski obowiązuje nadal? To powiedzcie nam to otwarcie.

O samej konstytucji słyszymy od dawna też tylko jedno – że porządkuje. Pytajcie, Polacy, czy aby porządkuje tak, jak byście chcieli, jak by chcieli obywatele innych państw europejskich, czy te porządki są jedynie na miarę oczekiwań wąskiej grupki polityków i biurokratów, którym ułatwią manipulowanie milczącą masą. Nie milczcie, pytajcie i nie dajcie się zbyć frazesami.

Zbigniew Słojewski-Hamilton postawił w czasach Gierka diagnozę: by zdobyć władzę w PRL, wystarczy opanować centralę rybną i monopol spirytusowy, bowiem kto ma wódkę i zakąskę, ten ma władzę. Mamy III Rzeczpospolitą, demokrację zwykłą, a nie socjalistyczną, wódkę ma dziś każdy, a zakąskę prawie każdy, oprócz tych 22 milionów Polaków, którzy – jak ubolewał na niedawnej konwencji SLD Krzysztof Janik – żyją w nędzy. W tej nowej sytuacji lewica postkartkowa, tak jak Hamilton w wódkę i zakąskę, wierzy, że dla zdobycia i utrzymania władzy w Polsce wystarczy mieć telewizję.

Ładne rozumowanie, jak wszystko, co proste, a nawet prostackie. Gdyby było prawdziwe, Walter byłby prezydentem, a Solorz premierem. Jeśli nie rządzą oni Polską, to nie dlatego, że nie chcą albo nie mają do tego głowy, bo kto z tych, co rządzą ma głowę. Nie rządzą dlatego, że telewizja prywatna, bez podpórki abonamentowej, rynkowa – nie nadaje się na instrument władzy. Instrumentem władzy może być tylko telewizja tak zwana publiczna, zależna od polityków, a niezależna od prawdy i opinii publicznej.

Z wiarą w sprawczą moc propagandy i nadzieją na utrzymanie się SLD przy władzy dzięki odpowiedniemu programowi nie partyjnemu, tylko telewizyjnemu Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji manipuluje, stanowi własne prawo i łamie lub nagina prawo państwowe, przyznaje sobie kompetencje i odbiera je organom statutowym spółki, jaką jest TVP. To dalszy ciąg wysyłania Rywina do Michnika, skreślania passusu „lub czasopism” w ustawie medialnej oraz wszystkich krętactw.

Jeśli SLD chce mieć własną telewizję na poziomie ideowym „Trybuny”, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie. Niech się zrzucą zainteresowani: Dyduch, Janik, Oleksy, Szmajdziński i cała reszta, niech się dorzuci Czarzasty, niech wezmą kredyt od Kulczyka i niech powierzą Pacławskiemu utworzenie i prezesurę Lewa TV. Przy takim składzie KRRiT i obietnicy, że Waniek będzie zapowiadać pogodę, dostaną przecież bez trudu koncesję. Wprawdzie w takiej telewizji nic nie można zarobić na boku, bo to przecież własne pieniądze, ale zawsze program będzie słuszny.

Jak się to już dokona, KRRiT będzie można zlikwidować. Wszyscy odetchniemy z ulgą.

Wracają słowa, których bardzo dawno nie słyszałem. Na przykład słowo sabotażysta. Wróciło do mnie dwa razy w ciągu tygodnia. Najpierw w filmie „Kariera” z roku 1954, który pokazała telewizja Ale Kino.

Myślisz, że to sabotażysta? – pyta jeden z jego bohaterów. Jan Świderski okazuje się za chwilę jak najbardziej sabotażystą, szpiegiem i renegatem, który sabotuje na zlecenie odwetowców niemieckich – oczywiście bezskutecznie, bo go w porę demaskują – marszku socjalizmowi. Drugi raz słowa sabotażyści użył premier Marek Belka pod adresem posłów, którzy nie tylko sprzeciwiają się podniesieniu akcyzy na olej opałowy, ale jeszcze domagają się dymisji pomysłodawcy podwyżki ministra Gronickiego. Jakoś tak się zrobiło swojsko, napłynęły wspomnienia z dzieciństwa, tony Międzynarodówki, obrazy szturmówek i transparentów. Sabotażystom mówimy – nie!

Swoją drogą, ważny problem ukrócenia oszustw paliwowych, wywołanych różnicą wysokości akcyzy paliwa dieslowskiego i oleju opałowego, można rozwiązać instrumentami podatkowymi bez pokrzykiwania na sabotażystów. Zamiast podwyższać akcyzę na olej opałowy, wystarczy obniżyć akcyzę na diesla.

Obniżka nie wywoła żadnych protestów, nikt nie będzie chciał dymisjonować Gronickiego i nikt nie będzie sabotował rządu. Przeciwnie, rząd zyska sobie wielką popularność. Wydawałoby się proste, ale jednak rządy nigdy nie są skłonne do regulowania problemów przez obniżanie podatków. Zawsze rządzą, podwyższając. Tak, że jeśli nawet teraz uda się sabotażystom powstrzymać tę podwyżkę, to będzie tylko odroczenie. Istota współczesnego państwa społecznej gospodarki rynkowej polega na stopniowym, ale nieubłaganym zmniejszaniu udziału obywatela w jego własnych zarobkach i systematycznym zwiększaniu w tych zarobkach udziału państwa. I tak będzie do czasu, aż w ogóle nie będziemy zarabiać. Będziemy tylko dostawać zasiłki z łaski rządzących. Albo bony na zupę. Wszystko w ramach sprawiedliwości społecznej, dobra powszechnego i zwalczania patologii. Tak będzie, chyba że się ockniemy i zostaniemy w porę sabotażystami.

Za najgroźniejsze zjawisko w Polsce dzisiejszej, bo dotykające narodowej opoki, to znaczy najszerzej pojętej kultury, uważam panoszący się kult, ba, tyranię przeciętności. Instytuty badania opinii publicznej szukają pilnie, jakie też są przeciętne opcje i oczekiwania średnich ludzi. Marketing objaśnia średnie preferencje zredukowanej do wielkości statystycznej jednostki ludzkiej. Coraz więcej opisów polskiejrzeczywistości określić można angielską formułą „compendium of platitude” (zbiór truizmów). Osobisty stosunek do świata, a jeszcze namiętny, jest sprzeczny z epoką kolektywnego ducha, określonego metodą statystycznej średniej. Za obowiązek intelektualisty i artysty uważa się dziś zadośćuczynienie gustom amorficznej masy, uznanej a priori za masę oświeconą.

Jeśli weźmiemy przeciętnego kretyna, który śmieje się z czegokolwiek, i nieprzeciętnego durnia, który w ogóle się nie śmieje, bo uważa, że mu nie wypada, jaką uzyskamy średnią dla skonstruowania dowcipu? Piszę akurat o dowcipach, bo to moja profesja, ale dotyczy to wielu innych dziedzin twórczości. Kiedyś satyra była reakcją na rzeczywistość. Dziś, jak ilość guzików przy marynarce, ma być odpowiedzią na przeciętne gusta.

Tyrania przeciętności zagraża też demokratycznemu społeczeństwu. Oznacza bowiem wytworzenie się kolektywistycznej dyscypliny. Ludzie będą stawali się coraz bardziej do siebie podobni duchowo, zacznie ich irytować każde odstępstwo od normy. Zamiast chronić swoją jednostkową wyjątkowość, będą starali się jej pozbyć albo przynajmniej ukryć, rozpłynąć się w masie, jedynej reprezentantce słuszności. W rezultacie znikną elity, zabraknie zbawiennego oddziaływania sprzeczności. Fantazja i przedsiębiorczość zostaną zamordowane, a porządek społeczny zacznie się osuwać w stronę zniewolenia, nazywanego wprawdzie nadal demokracją, ale będącego po prostu nowym rodzajem absolutyzmu. Absolutyzmu nijakości.


  • RSS