rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

Sejm kończy kadencję i z tej wzniosłej okazji każdy, kto może, a i kto nie może też, rzucił się recenzować odchodzący parlament.

Chciałem się i ja przyłączyć, ale po pierwsze nie lubię śpiewać w chórze, a po drugie po co się męczyć samemu, skoro mamy piękną, historyczną ocenę Sejmu, nadal aktualną, więc dowodzącą ciągłości dziejowej najważniejszej instytucji państwa i w dodatku tak trafną i barwną, że trudno o lepszą.

Marszałek Józef Piłsudski pisał o Sejmie RP 7 kwietnia 1929 roku:

„I gdy pomyślę, co może prowadzić ludzi do tego rodzaju znikczemnienia, to nie mogę nie powiedzieć, że usprawiedliwić i wyjaśnić to znikczemnienie może jedynie przyzwyczajenie do w ogóle nikczemności zwyczajów i obyczajów sejmu w Polsce. W tych zwyczajach i obyczajach leży wychowanie posła w sposób najbardziej nieprzyzwoity, najbardziej hultajski, jaki sobie wyobrazić można, gdyż główna myśl i główne staranie tych panów jest zawsze o utrzymanie zupełnej bezkarności posła za wszystkie jego czynności, chociażby najbardziej nieprzyzwoite i najbardziej sprzeczne z najelementarniejszym poczuciem honoru. (…) Posłowie wychowywali się w korupcji, tak dalece sięgającej i tak często uprawianej, że głos posła kosztował niekiedy nie więcej, jak 50 złotych. (…) W sposobie zachowania się wychowywanych w „moral insanity” panach jest coś tak bezczelnego i tak ściemniałego pod względem umysłu, gdyż nawet idiotyzm jest bezkarny – a nieszczęsna Polska i to szanować musi – że każdy cokolwiek rozumny człowiek z trudem wytrzymuje to towarzystwo, gdy wymagają od niego, żeby szanował głupstwa, chociażby pluł sobie potem w oczy, żeby milczał, gdy go obrażają i lizał ich zafajdane ubranie. Do tego doprowadziło to gwałtowne staranie o bezkarność za wszelką zbrodnię, do tego prowadziło czynienie z sejmu związku zawodowego ludzi chorych na fajdanitis poslinis”.

Nic dodać, nic ująć. Mamy to wszystko, o czym pisał marszałek Piłsudski, tylko Piłsudskiego nie mamy. Owszem, marszałków ci u nas dostatek, jest Cimoszewicz, jest Nałęcz, jest Pastusiak, nawet Lepper był przez jakiś czas marszałkiem, ale to jednak nie to samo. Fajdanitis jest, poslinis też, ale nie ma nikogo, kto by to powiedział głośno.

Ładna była dyskusja w Sejmie na temat sytuacji na Białorusi. Podobała mi się zwłaszcza dlatego, że słyszałem w niej znajome tony. Dokładnie takie same argumenty za niejątrzeniem, niedrażnieniem, niewtrącaniem się w wewnętrzne sprawy, nieszkodzeniem, za łagodzeniem i ustępstwami, jakie przedstawiali niektórzy nasi posłowie, słyszałem od polityków niemieckich podczas trwania stanu wojennego i powojennego w Polsce.

Na szczęście gołąbki łagodności wobec reżimu nie zostały wtedy wysłuchane i mam nadzieję, że nie będą wysłuchane i teraz. Z historii wiadomo, że pobłażliwość wobec satrapów tylko ich rozbestwia, bo traktują ją jako przejaw słabości.

Po PRL zostały nam zastępy wybitnych specjalistów od prowokacji, prześladowań, kłamstw propagandowych i manipulacji, którzy się teraz marnują bezużytecznie, chyba że pracują w sztabach wyborczych. Trzeba ich wykorzystać w walce z Łukaszenką. Przecież ci ludzie znają wszystkie chwyty wypracowane przez wspólnotę czekistów w walce z opozycją. Są w stanie przewidzieć, co będzie dalej, jaką kolejną represję zastosuje białoruska KGB i znają też najlepsze sposoby unikania pułapek i prowokacji.

No to niech popracują teraz po właściwej stronie i w dobrej sprawie, niech użyją swojej wiedzy i doświadczenia, aby przechytrzyć dawnych towarzyszy broni. Niech pokażą, że są lepsi.

Z przykrością, ale powinniśmy sobie też uświadomić, że bez Polaków służących reżimowi Łukaszenki całej tej awantury białoruskiej by nie było. Mamy na Białorusi odszczepieńców polskiej sprawy i to wcale niemało. Trzeba ich odciąć od polskiego cycka, od finansowanych z polskiego budżetu apanaży. Jak Łukaszenko chce mieć swoich Polaków na posyłki, niech im sam płaci, po te 7 dolarów miesięcznie, jak kołchoźnikom.

To nie białoruskich sportowców czy artystów trzeba obciążyć sankcjami Polski i UE, ale usłużnych Polaków, polskimi rękami likwidujących niezależność ZPB.

Polskie szkoły, chóry, zespoły można finansować bez ich pośrednictwa. Polska powinna wspomagać Polaków, a nie funkcjonariuszy służb oddelegowanych na polskość.

Pod takim hasłem członkowie niemieckiej organizacji ekologicznej BUND protestowali przeciwko planom odprawienia przez papieża Benedykta XVI podczas sierpniowej wizyty w Niemczech z okazji Dni Młodzieży mszy świętej na nadreńskiej łące w podbońskim Hangelar.

Zdaniem ekologów msza zakłóciłaby normalny tryb życia tamtejszych ropuch i zdegradowała ich siedliska. BUND manifestował w obronie ropuch i przeciwko papieżowi. Politycy chadeccy protestowali przeciwko ekologom i zrobiła się z tego wielka, polityczna awantura. Dwaj politycy CDU określili obrońców natury jako wojowniczych i zostali zaskarżeni w sądzie. W pierwszej instancji przegrali, ale najwyższy sąd krajowy w Kolonii rozprawę odwoławczą zakończył wyrokiem uniewinniającym, orzekając, że ekologów można jak najbardziej nazywać wojowniczymi, skoro wojują. W międzyczasie niemiecki Kościół katolicki, chcąc zapewneuniknąć demonstracji i rozruchów, przeniósł miejsce odprawienia mszy na teren dawnej kopalni odkrywkowej węgla kamiennego, gdzie nic nie rośnie i nic nie żyje.

Nie wiadomo, co na to wszystko ropuchy z Hangelar, ale można przypuszczać, że przyjęły i obronę swoich praw, i ostateczną decyzję aprobującym rechotem. Swoją drogą, powinniśmy się uczyć od postępowej, wyprzedzającej nas Europy. Idzie kampania wyborcza, a z nią wiece, spotkania z szerokimi rzeszami ludności i manifestacje poparcia, odbywające się w parkach, na błoniach, łąkach i polanach leśnych. Wszędzie tam mieszkają z pewnością jakieś stworzenia, którym zakłóca się spokój i których praw można i należy bronić. Jakieś koniki polne, żaby, jaszczurki, świerszcze. Przy sprytnym i dobrze zaplanowanym działaniu można popsuć kampanię każdej partii, a nawet wszystkich naraz.

Ja osobiście, jako jeleń polityczny, którego wszyscy usiłują ustrzelić – a jestem w podobnej sytuacji, jak wszyscy wyborcy – protestuję w ogóle przeciwko wszystkim przejawom kampanii, zwłaszcza bezpartyjnego fachowca Cimoszewicza i jego dziewiczego SLD, bo upośledzają jakość mego życia, odbierają apetyt i ograniczają funkcje rozrodcze. Proszę ekologów o ratunek.

W świetlanych czasach PRL, do których tak wielu tęskni, brałem udział w zakładowej wycieczce na grzyby pewnego przedsiębiorstwa. Pierwsze butelki otwarto, zanim jeszcze autokary ruszyły w drogę. Po przybyciu na miejsce, do puszczy, biesiada była kontynuowana. Rano żaden z uczestników tej wyprawy nie był w stanie zapuchniętymi oczyma odróżnić prawdziwka od muchomora, a większość grzyba od drzewa. Zresztą, grzybów nikt nie szukał, wszyscy rozglądali się za piwem.

Tę wspaniałą zdobycz socjalizmu, zlikwidowaną przez krwiożerczy kapitalizm, zastąpiły słuszne protesty i manifestacje wyjazdowe klasy robotniczej. Zamiast na grzyby, jeździ się pod Sejm. Z tym samym skutkiem. Nie wiem, czy którykolwiek z posłów, tak lirycznie wypowiadających się w Sejmie o słusznych postulatach krzywdzonych górników, widział, jak to wszystko wyglądało. Już bladym świtem wszystkie sklepy w okolicach Wiejskiej były oblężone przez spragnionych po długiej podróży, żądnych sprawiedliwości górników. Na ulicach żłopano piwsko i nie tylko. Także na ulicach zwracano trunki, kto dołem, kto górą.

Zbezczeszczony został pomnik Armii Krajowej. Skwery zadeptano, zaśmiecono i zbryzgano, jakby przeszedł tamtędy huragan. Wszystko to pod firmą związków zawodowych, zupełnie jak kiedyś wycieczka na grzyby. Pod firmą również „Solidarności”, która z komuną potrafiła jeszcze walczyć na trzeźwo.

To, że pijana tłuszcza, dla podkreślenia swoich racji, wdała się potem w brutalną bijatykę z policją, raniąc ciężko kilku funkcjonariuszy drągami, to już tylko konsekwencja. Wiejskie wesela nie kończą się u nas inaczej niż robotnicze protesty.

Nie wdaję się w rozważania, czy górnicze postulaty są słuszne, ale państwo nie może stwarzać wrażenia, że kapituluje przed pijanym, rozsierdzonym tłumem. Albo jesteśmy krajem cywilizowanym, albo machnijmy na wszystko ręką, chodźmy też na wódkę, a potem rozejrzyjmy się za jakimś funkcjonariuszem państwowym, żeby mu dać w zęby. Racja będzie po naszej stronie. Sejm także, zwłaszcza przed wyborami.

Prokuratura postawiła pułkownikowi Janowi Bieszyńskiemu, szefowi pionu śledczego najpierw UOP, a potem ABW, zarzut podżegania do bezprawnego pozbawienia wolności prezesa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego. Bieszyński nie przyznał się do winy, ale podał się do dymisji. Jednocześnie pojawiły się podejrzenia, że to Bieszyński zabiegał o uwolnienie podejrzanego o zlecenie zabójstwa generała Marka Papały biznesmena polonijnego Edwarda Mazura. Jak wiadomo, zabiegał nader skutecznie.

Nie jestem specjalnie sceptycznie nastawiony do świata, ale obraz, jaki wyłania się z zarzutów wysuwanych wobec Bieszyńskiego, wydaje mi się co najmniej dziwny. Mamy państwo prawa, wyposażone we wszystkie możliwe instytucje wymuszania przestrzegania tegoż prawa, kontroli, nadzoru, mamy ministra sprawiedliwości, który jest równocześnie prokuratorem generalnym, sądy powszechne łącznie z Trybunałem Konstytucyjnym, ustabilizowaną demokrację parlamentarną z jej procedurami, premiera z rządem, i płacimy, żeby to wszystko funkcjonowało, podatki. Tymczasem w kontrwywiadzie, trybiku tej machiny, siedzi sobie za biurkiem jakiś pułkownik Bieszyński, który okazuje się bardziej władny i mocarny od całego systemu. Najpierw zmusza państwo, bo kogóż w końcu innego, do wypuszczenia Mazura w siną dal,a potem, może z nudów, każe aresztować prezesa największego koncernu przemysłowego w Polsce. I wszyscy potulnie wykonują jego polecenia.

To jakiś demon, ten Bieszyński. Magnetyzer i hypnopeda. Mamy jeszcze sporo niewyjaśnionych afer i warto się zastanowić, czy za nimi też nie stoi Bieszyński. Chyba, żeby się zastanawiać, kto stoi za Bieszyńskim. Ludzie mówią, że odziedziczyliśmy po PRL nienormalną pozycję służb specjalnych w państwie. Tak dobrze to nie ma. Bezprawia służb się nie dziedziczy. Jeśli już, to odziedziczyliśmy, elita władzy odziedziczyła, mentalność traktowania państwa jak łupu i własnego folwarku. Warto po nitce Bieszyńskiego dojść do kłębka. Kto jest prawdziwym karbowym tego folwarku. Pewnie się okaże, że jakiś autorytet moralny, składający właśnie na ołtarzu opinii publicznej ofiarę z Bieszyńskiego.

Mamy w III Rzeczpospolitej tradycyjne rytuały przedwyborcze. Jednym z nich jest eksponowanie przez partie polityczne artystów i sportowców.

Krzysztof Cugowski będzie kandydował do Senatu z upoważnienia PiS. Jan Pietrzak być może również. Partię Demokratyczną wspierają Kora i Marek Kondrat. PSL chce, by jego kandydatem był trener Apoloniusz Tajner.

Drugim rytuałem jest wybrzydzanie na udział artystów w wyborach, szydzenie, traktowanie aktywizujących się politycznie ludzi sztuki jako protezy, na których chcą się wspierać utykające w badaniach opinii partie, albo przeciwnie, przypisywanie artystom podpierania się polityką dla odzyskania słabnącej popularności. Oto w radiu redaktor naczelny „Przeglądu” Jerzy Domański dowodzi, że udział w wyborach artystów jest przejawem lekceważenia wyborców. Mówi to eksponent partii, która w poprzednich wyborach wprowadziła do Sejmu nie tylko osławionego Florka, ale także kilku kryminalistów.

Proponuję trochę się opanować. Cugowski czy Kora, czy ktokolwiek inny z branży najpierw jest obywatelem RP, a dopiero potem piosenkarzem, aktorem, artystą. Nie ma na razie przepisów odbierających artystom, ze względu na wykonywany zawód, biernych i czynnych praw wyborczych. Nie ma zakazu posiadania przez nich poglądów politycznych i opinii na sprawy publiczne. Nie ma też zakazu ich prezentowania. Jeśli kogoś nie razi kandydowanie analfabetów albo ewidentnych idiotów, nie powinien się odzywać w sprawie artystów, nawet jeśli kandydują dla partii, której on nie popiera.

Zresztą, nie ma pewniaków. Jerzy Kryszak, złapany na radar, usiłował odwieść policjantów od mandatu na małpę, licząc na swoją popularność. Policjant popatrzył na niego ponuro i rzekł: panie Kryszak, nic z tego nie będzie. A wie pan, dlaczego? Bo ja pana nie lubię.

Z wyborcami jest dokładnie tak samo. Jednych lubią, innych nie i nikt dokładnie nie wie, dlaczego.

Nie jest to wydarzenie, które mogłoby wstrząsnąć fundamentami państwa albo zmienić bieg dziejów.

Złotówka z tego powodu nie osłabnie ani nie nastąpi krach na giełdzie. Rzecz jest interesująca, jak coraz więcej zdarzeń z naszego zwierzyńca politycznego, raczej od strony estetycznej. Mowa oczywiście o porzuceniu przez marszałka Tomasza Nałęcza komitetu wyborczego Marka Borowskiego i przejściu do obozu Włodzimierza Cimoszewicza. Piękny gest. Urodziwy.

Nie pierwszy to tak elegancki pasaż w długiej, politycznej karierze Nałęcza. Nie będę przypominał Ruchu 7 Lipca, a potem Unii Pracy i wykorzeniania z niej, na spółkę z Markiem Polem, Ryszarda Bugaja. To prehistoria. Ale niedawno Nałęcz zakładał z Borowskim SdPl, partię ludzi prawych na lewicy. Teraz widocznie Borowski nie jest dla Nałęcza dostatecznie prawy. Ma za niskie notowania w badaniach przedwyborczych.

Nie to co Cimoszewicz. Za Cimoszewiczem przemawia cnota szansy na zwycięstwo wyborcze i rozdawnictwo stanowisk. W kolejce do kancelaryjnych apanaży warto być w awangardzie.

W ten sposób esteta użytkowy Nałęcz stał się kolegą ludzi „Ordynackiej” promującej Cimoszewicza, takich jak Czarzasty i Kwiatkowski, o których do niedawna nie był najlepszego zdania. Ale jak wiadomo, tylko krowa nie zmienia poglądów. Teraz logika sytuacji sprawi zapewne, że pan marszałek Tomasz Nałęcz przeniesie się też z SdPl do SLD, gdzie będzie kolegą Nikolskiego i paru innych osób, o których wypowiadał się dość krytycznie i wzgardliwie. I może być w SLD niezwykle potrzebny, bo po pozbyciu się Oleksego ta partia będzie potrzebowała kogoś, kto gotów będzie dniem i nocą, we wszystkich programach radiowych i telewizyjnych gawędzić na okrągło na każdy temat. I zawsze słusznie. Nałęcz do tej roli nadaje się jak ulał.

Wypada tylko przestrzec wyborcę. Sprawy tak się ułożyły, że głosując na Cimoszewicza, będzie wybierać również Nałęcza. Lepiej się zastanówcie, czy nie ma ładniejszych rozwiązań.

Dziś 22 lipca, dawniej E. Wedel. Dzień rocznic. Przede wszystkim rocznica ogłoszenia w Chełmie Lubelskim napisanego i wydrukowanego w Moskwie Manifestu PKWN. Z tej okazji „Trybuna” publikuje historyczną egzegezę Zbigniewa Marcina Kowalewskiego, niegdyś działacza „Solidarności”, dziś członka Czwartej Międzynarodówki i redaktora czasopisma „Rewolucja”: „Po wojnie wystarczyło obalenie kapitalizmu, szeroka nacjonalizacja środków produkcji i wprowadzenie elementów planowania centralnego, by odbudować strasznie zniszczony kraj”. Mniej szczęśliwe kraje, w których nie ogłoszono manifestu i nie obalono kapitalizmu, pozostały zniszczone do dziś.

Jubileusz 50-lecia obchodzi też warszawski Pałac Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Z tej okazji Krzysztof Pilawski, także w „Trybunie” pisze o PKiN, że „za jego monumentalną fasadą kryła się socjalistyczna treść. W kapitalistycznej II RP i kapitalistycznej III RP nie wybudowano ani jednego gmachu, w którym działałyby przeznaczone dla obywateli, bez względu na zasób ich kieszeni, dotowane przez państwo teatry, kina i muzea. (…) Egalitarne socjalistyczne pałace kształtujące świadomość, że lepiej być niż mieć w III RP zastąpiły (…) świątynie konsumpcji, które utrwalają pogląd, że liczy się tylko mieć”. Wprawdzie w II RP większość teatrów i muzeów w Polsce była dotowana, w III RP minister Dąbrowski też dotuje z moich podatków kulturę, ale co racja, to racja.

Dziś też rocznica pamiętnej wizyty Rywina u Michnika. Historycznie byłoby piękne, gdyby obaj spotkali się wtedy w Pałacu Kultury. Ta rozmowa miałaby rangę symbolu, bo coś mi się tak wydaje, że bez manifestu lipcowego, obalenia kapitalizmu, bez PRL i jej moralnych skutków Rywin nie handlowałby ustawą, a Jakubowska by przy niej nie dłubała. Afera Rywina była socjalistyczna w formie, choć kapitalistyczna w treści. Dlatego dobrze, że obchodzimy jej rocznicę razem z manifestem.

Z przerażeniem obserwuję okrucieństwo, z jakim nowe kierownictwo SLD obchodzi się ze swoimi starcami plemiennymi, usiłując ich zesłać do Senatu.

Z podziwem patrzę, jak starcy się bronią, szczerząc zęby zjedzone na dwóch ustrojach. Obywatelom obserwującym tę samoobronę niszczonej Senatem godności musi się wydawać, że izba wyższa naszego parlamentu to coś w rodzaju IzbyHańby i Poniżenia. Ciemnica, lochy, z których słychać tylko płacz i zgrzytanie zębów. I jak tu głosować na Millera albo Oleksego czy Jaskiernię w wyborach do Senatu? Któryż wyborca będzie na tyle bezwzględny, aby skazywać ludzi, którzy położyli różne rzeczy, między innymi zasługi, na potępienie i szyderstwo.

Po tym festiwalu wzgardy wobec instytucji Senatu i mandatu senatora do języka polskiego powinno wejść nowe wyzwisko. Ty senatorze! Albo nawet senatorska twoja mać! Za nazwanie senatorem dorośli będą bili w mordę, a dzieci będą wołać z piaskownicy – mamo, on się przezywa. Jak cię nazwał? Senatorem? To kubełkiem go, nie daj sobie dmuchać w godność.

Swoją drogą, SLD wykazał się dalekowzrocznością i przenikliwością nie starając się, mimo zapowiedzi programowych i obietnic wyborczych, zlikwidować Senatu. Bo gdyby Senatu nie było, dopieroż byłby kłopot z tymi wszystkimi ekskarmazynami i byłymi baronami.

Nie byłoby ich dokąd odesłać. Musieliby zostać albo, co gorsza, wziąć się do jakiejś pracy zarobkowej. Pierwszy raz w życiu. Do klejenia torebek albo wyplatania koszyków. Podobno sprzedawanie „Wyborczej” na skrzyżowaniach to jest też niezła fucha. Adam Michnik, który namawiał Millera do Senatu, mógłby mu to załatwić.

Dla wszystkich tych mężów stanu, jak Dziewulski czy Jaskiernia, których SLD chce odesłać do Senatu jak do hospicjum, mam pocieszenie. Nie martwcie się. Nie traćcie nadziei. Macie szanse. Mogą was przecież nie wybrać. I to jest bardzo duża szansa, granicząca z pewnością.

Przyśniła mi się Polska Anno Domini 2030. Piękny sen. Właśnie miało się ku wyborom parlamentarnym i prezydenckim. Prawica zapowiadała utworzenie VI Rzeczypospolitej i zdecydowaną walkę z korupcją. Lewica się konsolidowała i odnawiała pod hasłem zgody narodowej i sprzeciwu wobec dzielenia Polaków na lepszych i gorszych. Sąd odroczył proces lustracyjny Józefa Oleksego wobec stwierdzenia postępującej sklerozy u członków składu sędziowskiego, którzy nie pamiętali już, o co chodzi. Trwała ogólnonarodowa dyskusja w sprawie lustracji i dostępu do teczek, w której wnuki konfidentów spierały się z wnukami ich ofiar. Na bazarach teczki, po latach boomu, można już było kupić za bezcen.

Trzy parlamentarne komisje śledcze w pośpiechu kończyły swoje prace. W orlenowskiej doszło do konfrontacji Wiesława Kaczmarka na wózku z Janem Kulczykiem na noszach. Pełnomocnik Kulczyka, sędziwy Jan Widacki, podtrzymywany przez dwóch aplikantów poprosił o przerwę. Po latach ociągania się i wahań Adam Michnik, korzystając z bezpłatnych przejazdów komunikacją miejską przysługujących seniorom, złożył rewizytę Rywinowi. Nagranie pokazano w godzinach największej oglądalności.

Partie układały listy wyborcze. Na liście LPR znaleźli się sami Giertychowie. Kilka pokoleń. Nestor SLD i największy autorytet moralny tej partii Leszek Miller zażądał przeniesienia Włodzimierza Olejniczaka na ostatnie miejsce listy jako winnego zaniedbań i wypaczeń. W badaniach opinii publicznej faworytem wyborów prezydenckich był Cimoszewicz, który wycofał się z życia publicznego do domu starców. Cimoszewicz wyprzedzał w rankingach nawet polityków nieżyjących. Stowarzyszenie „Ordynacka” zmieniło nazwę na Stowarzyszenie „Powązkowska”, żeby być bliżej życia.

Telewizja publiczna, na ogólne żądanie publiczności, wyświetlała filmy o Klossie i czterech pancernych. Obudziłem się pełen optymizmu. Jesteśmy państwem stabilnym i żadne wstrząsy nam nie grożą. Możemy spać spokojnie.


  • RSS