W świetlanych czasach PRL, do których tak wielu tęskni, brałem udział w zakładowej wycieczce na grzyby pewnego przedsiębiorstwa. Pierwsze butelki otwarto, zanim jeszcze autokary ruszyły w drogę. Po przybyciu na miejsce, do puszczy, biesiada była kontynuowana. Rano żaden z uczestników tej wyprawy nie był w stanie zapuchniętymi oczyma odróżnić prawdziwka od muchomora, a większość grzyba od drzewa. Zresztą, grzybów nikt nie szukał, wszyscy rozglądali się za piwem.

Tę wspaniałą zdobycz socjalizmu, zlikwidowaną przez krwiożerczy kapitalizm, zastąpiły słuszne protesty i manifestacje wyjazdowe klasy robotniczej. Zamiast na grzyby, jeździ się pod Sejm. Z tym samym skutkiem. Nie wiem, czy którykolwiek z posłów, tak lirycznie wypowiadających się w Sejmie o słusznych postulatach krzywdzonych górników, widział, jak to wszystko wyglądało. Już bladym świtem wszystkie sklepy w okolicach Wiejskiej były oblężone przez spragnionych po długiej podróży, żądnych sprawiedliwości górników. Na ulicach żłopano piwsko i nie tylko. Także na ulicach zwracano trunki, kto dołem, kto górą.

Zbezczeszczony został pomnik Armii Krajowej. Skwery zadeptano, zaśmiecono i zbryzgano, jakby przeszedł tamtędy huragan. Wszystko to pod firmą związków zawodowych, zupełnie jak kiedyś wycieczka na grzyby. Pod firmą również „Solidarności”, która z komuną potrafiła jeszcze walczyć na trzeźwo.

To, że pijana tłuszcza, dla podkreślenia swoich racji, wdała się potem w brutalną bijatykę z policją, raniąc ciężko kilku funkcjonariuszy drągami, to już tylko konsekwencja. Wiejskie wesela nie kończą się u nas inaczej niż robotnicze protesty.

Nie wdaję się w rozważania, czy górnicze postulaty są słuszne, ale państwo nie może stwarzać wrażenia, że kapituluje przed pijanym, rozsierdzonym tłumem. Albo jesteśmy krajem cywilizowanym, albo machnijmy na wszystko ręką, chodźmy też na wódkę, a potem rozejrzyjmy się za jakimś funkcjonariuszem państwowym, żeby mu dać w zęby. Racja będzie po naszej stronie. Sejm także, zwłaszcza przed wyborami.