rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2005

Stanisław Tym zlustrował sobie na naszych łamach Marcina Wolskiego. Taka środowiskowa rozgrywka i rozrywka. Jak mówi staropolskie przysłowie: satyryk satyryka nigdy nie unika i gdzie może, tam mu przyorze.

Nie miałem zamiaru się w to wtrącać, zwłaszcza że znam i lubię obu. Ale spodziewałem się, że „Gazeta Wyborcza” weźmie Marcina w obronę. Toż to podręcznikowy po prostu przykład dzikiej lustracji, siania nienawiści i – jak powiada ostatnio sztab wyborczy SLD – dzielenia Polaków na lepszych i gorszych, zamiast jak do tej pory praktykowano, na gorszych i lepszych.

Tymczasem w „Gazecie Wyborczej” Seweryn Blumsztajn aprobująco i nie bez satysfakcji zacytował Tyma i ani się zająknął, jak to jest we zwyczaju, że brzydko jest i amoralnie wypominać komuś przeszłość. Czyżby niechęć do prześwietlania życiorysów zależała w „Gazecie” od aktualnych poglądów delikwenta, a Marcin źle się sytuuje, bo zamiast w „Wysokich Obcasach” pisuje w „Gazecie Polskiej”, czy też jest to zwykłe niechlujstwo.

Diabli wiedzą. Czołowi przeciwnicy lustracji domagają się teraz, aby sąd lustracyjny zlustrował jednak Andrzeja Przewoźnika i Henryka Szlajfera, na których padły jakieś posądzenia. Jestem oczywiście po ich stronie. Powinni zostać zlustrowani i wierzę, że pogłoski na temat ich przeszłości okażą się nieprawdziwe i krzywdzące. Ale dziwi mnie, dlaczego nikt z obrońców obu panów nie przyzna, że nie byłoby spraw Szlajfera i Przewoźnika, gdyby archiwa otwarto 15 lat temu. Czy to ograniczenie jest rezultatem umowy społecznej, czy znów niechlujstwa?

Z innej beczki, zgrozę budzi prowadzenie rozmów między sztabem wyborczym SLD a Markiem Borowskim w sprawie rezygnacji tego ostatniego z udziału w wyborach prezydenckich i przekazania głosów Cimoszewiczowi. Wyborcy, zobaczcie, jak was traktują. Jak chłopów pańszczyźnianych, których dziedzic Borowski przekaże razem z folwarkiem i prawem pierwszej nocy. Olejniczak chce was kupić na pniu. Nie wiadomo oczywiście, czy do transakcji dojdzie, ale jedno jest pewne. Karbowy Nałęcz przeskoczy do SLD. Już przebiera nogami. I nawet nie można mu przypisać niechlujstwa, co najwyżej troskę. O co, to już bez znaczenia.

Adam Doboszyński to tragiczna i skomplikowana postać naszej historii, która niewątpliwie zasługuje na pamięć. Ale wybranie sobie, jako sposobu jego przypomnienia, akurat marszu na Myślenice, jak to zamierza zrobić w ten weekend Obóz Narodowo-Radykalny, jest groteskowe. Czyżby młodzi ludzie z ONR nie wiedzieli, że Doboszyński został skazany w II RP za najście na posterunek policji, zajęcie go i rozbrojenie funkcjonariuszy Policji Państwowej? Jeśli to ma być dla młodzieży z ONR wzór do naśladowania na drodze ku poprawie Polski, to rozumiem, dlaczego jest to młodzież radykalna. Jest radykalnie bezmyślna.

Na szczęście poza tym radykalizm tej młodzieży ogranicza się do palenia pochodni i rozdawania ulotek. Przynajmniej na razie. W programie Najazdu na Myślenice tym razem nie ma rozbijania sklepów żydowskich, pewnie dlatego, że w Myślenicach nie ma już żydowskich kupców, na szczęście nie za sprawą narodowych radykałów polskich.

Radykalna młodzież narodowa mogłaby też radykalnie lepiej obchodzić się z narodowym językiem: w programie jest „zakwaterunek w ośrodku Kempingowym”. Zakwaterunek jest w programie, ale w polszczyźnie zakwaterunku nie ma. Czy się wam nie przyplątały przypadkiem jakieś językowe miazmaty?

ONR, czcząc Doboszyńskiego, chce walczyć z wszechwładną korupcją i niesprawiedliwością. Proszę bardzo, walczcie. Tylko jaki ta walka ma związek z Doboszyńskim, Myślenicami i przedwojennymi stosunkami narodowościowymi na tym terenie? Zostawcie już tę rupieciarnię historyczną. Uczcie się historii, ale nie wierzcie, kiedy wam mówią, że od roku 1936 nic się w Polsce nie zmieniło, bo wyjdziecie na głupców większych niż ci, którzy wami manipulują.

Cała impreza nie jest na tyle poważna, aby nadawać jej rozgłos. Z informacji o „zakwaterunku” wynika, że organizatorzy spodziewają się udziału maksimum 84 osób. A przecież ktoś może jeszcze nie dojechać.

Po prostu boki zrywać. Republika Federalna Niemiec ubiega się o stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Wśród 27 krajów, które popierają te starania, jest oczywiście Polska. Trwają poufne rozmowy, niemiecka dyplomacja stara się odzyskać zaufanie amerykańskiej administracji.

A tu nagle 49-letni dyplomata niemiecki Thomas Pfanne, szef Wydziału Prawno-Konsularnego Stałego Przedstawicielstwa RFN przy Narodach Zjednoczonych w Nowym Jorku, zwierza się na jakimś przyjęciu dziennikarzowi „Wall Street Journal”, co myśli o Ameryce. Padają obelgi najcięższego kalibru, a jądrem oceny Stanów Zjednoczonych przez dyplomatę nowego mocarstwa jest, że prawa człowieka lepiej są przestrzegane w Korei Północnej niż w USA.

Następnego dnia wywody Thomasa Pfanne’a zostały opublikowane na łamach „Wall Street Journal” i wywołały zrozumiałe emocje wśród Amerykanów, dość dumnych ze swojej konstytucji,demokracji i ochrony praw człowieka. Nie pomogły tłumaczenia, że rozmowa miała charakter prywatny i gadułę odwołano w trybie nagłym do Berlina. Teraz jego szef, Joschka Fischer, który swoją karierę zaczął od udziału w antyamerykańskich rozruchach we Frankfurcie nad Menem, będzie znów musiał naprawiać stosunki. Jeśli zdąży, bo we wrześniu w Niemczech są wybory.

Gdyby ktoś miał w Berlinie poczucie humoru, wysłano by teraz Thomasa Pfanne’a na placówkę do Phenianiu, żeby się na własne oczy przekonał o różnicy w przestrzeganiu praw człowieka w Korei Północnej i w USA. Ale oni nie mają poczucia humoru. Pewnie przyślą go do nas.

Do tradycji sezonu ogórkowego należy, że latem niewiele jest nas w stanie zaskoczyć. Ostatnio już nawet kosmici spowszednieli, a Nessie machnęła na wszystko ogonem i przestała się pojawiać. Ze mną jest jeszcze gorzej, bo ja jestem stary cynik i nawet zimą niczemu się nie dziwię. No, chyba że spadnie śnieg.

Ale przyznam: przeczytawszy w „Życiu Warszawy”, że prezes IPN prof. Leon Kieres ograniczył dostęp dziennikarzy do archiwów Instytutu, jak to się teraz potocznie mówi, do teczek, mocno się zdziwiłem.

Instytut Pamięci Narodowej w końcu po to został powołany, przynajmniej w moim rozumieniu, aby udostępniać opinii publicznej wiedzę o jej własnej przeszłości. Dopóki nie udało się, wysiłkiem wielu zainteresowanych, uczynić tego w najbardziej logiczny sposób, to znaczy otwierając archiwa dla wszystkich, opinię publiczną reprezentują dwie kategorie ludzi – historycy i publicyści. Ograniczenie dostępu publicystom byłoby równoznaczne z drastycznym odcięciem wszystkich Polaków od wiedzy zawartej w archiwach. Dziwne byłoby, gdyby prof. Kieres zrobił coś takiego.

Okazało się, że nie zrobił. Prezes IPN nie odciął dziennikarzy od archiwów, ani ich nie ograniczył, wziął tylko na siebie osobiste rozstrzyganie każdego podania. Po histerii ostatnich miesięcy, jaką zrobiono wokół Instytutu, trochę go rozumiem. Chce mieć przynajmniej jasność, że jak będzie bity, to za coś, za co sam ponosi odpowiedzialność. Wiem, że niektórzy z kolegów dziennikarzy składając podania do IPN, nie proszą o dostęp do dokumentów mogących wyjaśnić konkretne zdarzenie albo przeszłość konkretnego człowieka, tylko o wskazanie newsa, sensacji, czegoś, co będzie można dać na czołówkę. To jest, najłagodniej mówiąc, zawodowa łatwizna.

Ale trochę się też Kieresowi dziwię, bo jest to ustanowienie obyczaju, który może mieć bardzo złe skutki w przyszłości. Dobra intencja może się zdegenerować w system przywilejów. Noże do krojenia chleba służą czasem do zbrodni, ale nie jest to jeszcze powód wprowadzania zakazu produkcji i sprzedaży noży ani selekcji ich posiadaczy. Prewencja jest dobra w stosunku do nożowników, ale nie wobec ludzi uosabiających wolność słowa i informacji. Nawet jeśli tak przekręcają i upraszczają problem, jak to to zrobiło „Życie Warszawy”. W końcu zresztą wierzę, że prof. Kieres nikomu nie odmówi i opinia publiczna niczego nie straci.

W niedzielę, przez większą część dnia, oglądałem transmisję z londyńskich obchodów 60. rocznicy zwycięstwa. Niestety, nie w TVP. Oglądałem je w niemieckiej telewizji publicznej, która transmitowała te wielogodzinne obchody w całości. Uroczystości były doskonale zorganizowane i bardzo wzruszające. Niemiecka audycja świetnie przygotowana, z udziałem licznych historyków i polityków, komentarzami z aktualnymi odniesieniami do dramatycznej teraźniejszości. W polskich stacjach publicznych mogłem w tym czasie obejrzeć stary western, „Modę na sukces”, „Karierę Nikodema Dyzmy”, eliminacje Miss Polonia, powtórkę któregoś odcinka „Na dobre i na złe”, „M jak miłość”, „Przyłbice i kaptury”. I programy informacyjne, do rozpuku wydęte bredzeniem i paplaniem o „geście Cimoszewicza”, gdzie z góry było wiadomo, nie tylko, kto, co, ale i jak powie.

Mamy abonament telewizyjny, KRRiT, ciągłe tyrady o misji edukacyjnej. Ale z tą misją jest, jak się wydaje, dokładnie tak samo, jak z teczkami, lustracją i w ogóle historią PRL. To znaczy tak jak polskie dzieje najnowsze traktowane są wyłącznie użytkowo i każdy chce lustracji i prawdy o PRL lub jej nie chce, w zależności do tego, jaki ma aktualnie interes. Tak samo i misja jest interesowna.

Gdyby do Londynu zaproszono Kwaśniewskiego z Belką, to TVP w ramach misji transmitowałaby na żywo nawet jak idą do toalety. Ale zaproszono tylko, po 60 latach, grupę weteranów, niezgrabnych staruszków, którzy nie dadzą się wykorzystać do potrzeb bieżących.

Jest to wszystko jakimś łachmaniarstwem duchowym. Mamy poprzerywaną ciągłość historyczną ze wszystkimi konsekwencjami i zamiast ją odtwarzać, zajmujemy się jakimiś bijatykami smarkaczy o teczki na poziomie podwórkowym, albo Cimoszewiczem na trzepaku. To pewnie z tego sposobu myślenia o misji powtarza się dobranocki z czasów Szczepańskiego, żeby ówczesne dzieci utrzymać w przekonaniu, że nadal są dziećmi.

Oglądając w niemieckiej telewizji audycję o sprawach dotyczących Polaków w sposób szczególny, odniosłem korzyść edukacyjną. Najwięcej dowiedziałem się o tym, jaka jest Polska dziś. Choć nie było o tym mowy.

Kilkoro Polaków zostało rannych w londyńskich zamachach. Niewykluczone, że co najmniej trzy Polki zginęły. Kilkanaścioro Polaków jest poszukiwanych. To jedna wiadomość. Obok informacja, że 17 weteranów polskich formacji wojskowych ,walczących u boku Brytyjczyków, odleciało do Londynu. Wczoraj wzięli udział w paradzie z okazji 60. rocznicy zakończenia wojny razem z prawie dwustu innymi Polakami, którzy mieszkają w Londynie i okolicach. W paradzie zwycięstwa w 1945 roku Polacy udziału nie brali na żądanie Stalina. Ale Polacy w Londynie zostali. Były polskie gazety i tygodniki, polskie teatry i kościoły, ośrodki kulturalne i kluby, instytuty naukowe i stowarzyszenia. Była wzruszająca rubryka w „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” podająca każdą wpłatę na polskie instytucje i polską dobroczynność. Naprawdę biedni ludzie, pokrzywdzeni przez los i historię, oddawali na polski Londyn czasem jednego funta, odjętego sobie po prostu od ust.

Mamy pretensję do ówczesnych rządów Wielkiej Brytani o to, że zostawiły nas samych.

Ale zastanawiam się, czy nie ma ścisłego związku pomiędzy tym wspaniałym wysiłkiem, jakiego dokonali w Londynie społecznie zdegradowani polscykombatanci, a tym, co można było usłyszeć po ostatnich zamach od Anglików. Że będą żyć dalej, jak dotąd, że nie pozwolą, aby kto inny, nawet bandyta z bombą, rozstrzygał o ich postępowaniu. Taki jest duch brytyjski. Taki jest duch Londynu.

Teraz mamy nowy, młody polski Londyn, na który składają się nowi imigranci, lekarze, pielęgniarki, murarze, hydraulicy, informatycy i biznesmeni. Tylko oficjalnie w Londynie mieszka 100 tysięcy Polaków. Mamy się czego uczyć od Anglików i oni mają się czego uczyć od nas. Między innymi tego, że mimo wszelkich krętactw i zawirowań politycznych należymy do tego samego świata wartości, którego powinniśmy wspólnie bronić. W każdych warunkach, w każdej sytuacji. Inaczej wspólnie będziemy przegrani.

Lało jak z cebra. Zadzwoniłem i czekałem skulony pod drzwiami. Deszcz płynął mi strumieniami po twarzy, ściekał za kołnierz i rozlewał się zimną falą po plecach. Miałem dreszcze.

Wreszcie w głębi domu coś trzasnęło, szklane, matowe drzwi rozjarzyły się blaskiem światła. Po chwili szczęknął zamek, drzwi uchyliły się i stanął w nich niemłody, łysiejący mężczyzna w bamboszach i czerwonym szlafroku.

- Dobry wieczór – powiedziałem i zaraz się poprawiłem. – Raczej dzień dobry.

- Dzień dobry – odparł machinalnie. Miał wypukłe oczy krótkowidza, lekko podpuchnięte i obwiedzione sinymi obwódkami. – Czy coś się stało?

- Tak, stało się – potwierdziłem. – Czy mogę wejść? Strasznie leje.

Usunął się robiąc mi miejsce. Wszedłem do obszernego hallu, zostawiając na podłodze mokre ślady.

- Wypadek? – stwierdził raczej, niż zapytał, i nie czekając na odpowiedź, pokazał ręką kierunek. – Tam jest telefon.

- Owszem, wypadek – westchnąłem. – Ale telefon niepotrzebny.

- Więc o co chodzi? – zdziwił się. – O pieniądze – wyjaśniłem. – Potrzebuję gwałtownie pieniędzy. Trzysta złotych.

Przysunął się do mnie bliżej, prawie przytknął twarz do mojej i chwilę mi się przyglądał tymi swoimi rybimi oczami krótkowidza.

- Panie – rzekł po chwili. – Przecież ja pana wcale nie znam.

- Zgadza się – odrzekłem z godnością. – Nie zna mnie pan. Ale to się da naprawić. Nazywam się Grzybowski. Na imię mam Krystyn.

Wyciągnąłem rękę, którą on uścisnął machinalnie, ale natychmiast wypuścił z obrzydzeniem.

- Czego pan właściwie chce? – Przecież już powiedziałem. Potrzebuję pieniędzy.

Przyjrzał mi się jeszcze raz. Uważnie. Nie wyglądał już na zaspanego.

- Pan zwariował – stwierdził spokojnie. – Proszę natychmiast wyjść i zapomnijmy o wszystkim.

Pokręciłem głową. – Won – wrzasnął. – Będzie pan musiał mnie wyrzucić siłą – rzekłem chłodno. – Mogę sobie przy tym zrobić krzywdę. Złamać nogę. Albo nawet skręcić kark.

Sapał przez chwilę, zaciskając pięści.

- Zadzwonię na policję – zadecydował wreszcie. – I co pan im powie? Że przyszedłem prosić o pożyczkę, bo znalazłem się w trudnej sytuacji, a pan nie zamierza mi pomóc, więc woła pan patrol?

Uśmiechnąłem się łagodnie. – Przecież ja panu niczym nie grożę. Raczej przeciwnie…

Westchnął ciężko i pokręcił głową. – Panie – rzekł pojednawczo. – Jest trzecia rano. Muszę wstać o siódmej. Iść do pracy. Nie mam czasu na głupie rozmowy. Niech pan już idzie.

- Nie mogę – rozłożyłem ręce. – Naprawdę nie mogę. Muszę mieć te pieniądze, i to zaraz.

- No dobrze. Wygrał pan. Dam panu dziesięć – spojrzał na mnie uważnie – niech będzie dwadzieścia złotych. Ale potem pan zaraz sobie pójdzie.

- Pan mnie obraża – powiedziałem z godnością. – Nie jestem żebrakiem. Jestem człowiekiem, który znalazł się w trudnej sytuacji i potrzebuje pomocy. A pan chce mi dać jałmużnę. Jeszcze dobrze, że mi pan nie zaproponował suchego chleba. Doprawdy, a wygląda pan na człowieka inteligentnego.

- O Boże – wzniósł oczy ku górze. – Dam panu sto złotych.

- Powiedziałem już, potrzebuję trzysta.

- Dwieście, to moje ostatnie słowo – targował się.

- Dobrze – ustąpiłem. – Niech będzie 250. Ale to swoją drogą dziwne, jak bardzo nisko szacują niektórzy innych ludzi.

- Zaczekaj pan – warknął. Podreptał w głąb mieszkania i po chwili wrócił z banknotami.

- W porządku – stwierdziłem. – Dziś jest poniedziałek. Zwrócę je panu, powiedzmy, w czwartek. Czy godzina szósta po południu odpowiada panu?

- Niech pan już idzie – rzekł zrezygnowanym głosem, otwierając drzwi. Wyszedłem. Deszcz wciąż padał.

W czwartek, kilka minut po szóstej, zadzwoniłem do jego drzwi. Stanął w nich zdziwiony, jakby mnie nie poznawał.

- Spóźniłem się nieco – rzekłem. – Ale straszny ruch na ulicach. Korki. Odniosłem panu pieniądze. A tu mam butelkę wina. Czy nie byłoby przyjemnie, gdybyśmy ją teraz razem wypili?

Nie odpowiedział, trzasnął mnie tylko nagle w szczękę, złapał za kołnierz, odwrócił i tęgim kopnięciem wypchnął z domu. Słyszałem jeszcze, odchodząc, jak rygluje drzwi i zamyka je na łańcuch.

Żyję z powszechnego upadku wiary w ludzką uczciwość. Pracę mam dobrą, uczciwą, tylko mnie czasem kości bolą.

Ze wszystkich miast, w których mieszkałem, mam szczególny sentyment do Londynu. Był to jedyny okres w moim życiu, w którym nie miałem żadnych kontaktów z urzędami. Rząd Jej Królewskiej Mości wydał mi pozwolenie na pracę przez swoją ambasadę w Bonn i odtąd stracił całkowicie zainteresowanie moją osobą. Z jednym wyjątkiem. Kontrwywiad MI6 zaprosił mnie na szkolenie, jak się zachowywać w miejscach publicznych.

Był to czas nieodległy od sławnego zabójstwa bułgarskiego dziennikarza BBC zatrutym parasolem. Uczono mnie, aby w metrze nie stawać przy krawędzi peronu, wsiadać na ostatku, trzymać się z daleka od większych skupisk ludzi. Byliśmy zagrożeni terrorem indywidualnym. IRA miała swoje kanały porozumiewania się z policją i na ogół uprzedzała o miejscu zamachu. A jednak mój ówczesny pryncypał Eugeniusz Smolar ucierpiał w rezultacie wybuchu bomby podłożonej w Harrodsie. Mimo takich incydentów nie toczyła się w Wielkiej Brytanii dyskusja o konieczności ograniczenia tradycyjnych swobód. Nie trzeba się było meldować i nie trzeba było mieć dokumentów. Ludzie byli ufni i niepodejrzliwi. Policjant, który mnie zatrzymał, kiedy prowadziłem samochód w pidżamie, bo zaspałem na odwiezienie córki do szkoły, i poprosił o prawo jazdy, przyjął zupełnie naturalnie moje kontrpytanie, czy jak on jest w pidżamie, ma ze sobą dokumenty. Zapytał mnie, jak się nazywam, uwierzył, że tak naprawdę się nazywam i uścisnęliśmy sobie ręce. W każdym innym kraju Europy poszedłbym siedzieć do wyjaśnienia. Tam była sielanka.

Niedawno Brytyjczycy dyskutowali ostro wynikającą z przepisów UE konieczność wprowadzenia dowodów osobistych. Wspaniały był komentarz znanego angielskiego satyryka Matta w „The Daily Telegraph”: narysował dwa psy, z których jeden z ID Card na szyi mówi: – To lepsze niż ciągłe obwąchiwanie sobie zadków.

Boję się, że po londyńskich zamachach Anglia, twierdza antybiurokratyzmu, padnie. Zaleje ją, jak kontynent, fala wolności kontrolowanej, ograniczanej i urzędowej. To będzie prawdziwy triumf terroryzmu. Wszyscy będziemy mniej wolni.

Trzeba mieć wiele cierpliwości, aby znieść publiczne wystąpienia pani Ewy Kuleszy, generalnego inspektora ochrony danych osobowych. Świętej, anielskiej cierpliwości. Ja już nie mam.

Pani Kulesza od wielu miesięcy usiłuje mocą swego urzędu doprowadzić do uniemożliwienia, abyśmy, Polacy, poznali swoją historię najnowszą.

Łaskawa pani, pozwalam sobie zwrócić pani uwagę, że w teczkach IPN jest zgromadzona historia. Dzieje zbiorowe. Zapisane są tam czyny łajdackie i szlachetne. Z tego, że większość ludzi zainteresowanych osobiście tymi teczkami wciąż żyje, nie wynika, że PRL nie jest historią. PRL jest historią, a pani usiłuje ją zatrzymać we współczesności. PRL jest historią, którą powinniśmy poznać do końca, bo to jest nasze prawo ludzkie i obywatelskie, którego nikt nam nie może odebrać. Nawet inspektor.

Nie przyszłoby przecież pani do głowy zakazać powszechnego dostępu do Kronik Galla Anonima. Czy tylko dlatego, że wymienione tam osoby nie żyją? Śmierć nie może być jedynym kryterium historyczności. Nie może być też powodem ochrony pamięci tamtych czasów fakt, że nie wszyscy, którzy je przetrwali, są czyści jak kryształ. Pani nie jest inspektorem ochrony dobrej pamięci o czasach i ludziach.

Usiłuje pani tak zreinterpretować ustawę o IPN, aby zakazać dostępu do dokumentów zgromadzonych w Instytucie dziennikarzom. To znaczy, po prostu opinii publicznej. My, dziennikarze, jesteśmy reprezentantami opinii publicznej, która ma prawo wiedzieć, kto jest kim. To jest nasze powołanie. Dlatego nas się czyta. Po to między innymi Polacy obalili PRL, żeby w artykułach prasowych nie było od czasu do czasu pisane w nawiasie [ustawa z dnia...].

Pani marzeniem jest, aby w tym samym miejscu drukowano [ustawa o urzędzie inspektora danych osobowych]. Pani nie tylko broni dobrej pamięci o PRL, pani usiłuje ją, Polskę Ludową, przywrócić. Na to nie ma zgody. Żyjemy w wolnym kraju i wierzę, że to się nie zmieni, nawet gdy pani zaskarży nas wszystkich do prokuratury.

Strach pisać o przeszłości. Strach pisać o życiu. Strach pisać o ludziach. Na wszystko jest paragraf i każdego można obrazić, przypominając, czym się kiedyś zajmował. Można człowieka takim przypomnieniem poniżyć, obrazić i jeszcze podeptać przepisy.

Przykładem takiego człowieka ukrzywdzonego jest ojciec Konrad Hejmo, który pójdzie teraz do sądu i zażąda przeprosin, satysfakcji i ukarania profesora Leona Kieresa za zbrodnie przypomnienia, czym się ojciec Hejmo zajmował w poprzedniej epoce dziejowej. Niektórzy dominikanie piszą listy otwarte do gazet, w których wyrażają swoje stanowisko moralne: nie ojciec Hejmo zgrzeszył współpracując, ale profesor Kieres, informując o współpracy opinię publiczną. Nie ojciec Hejmo zgrzeszył współpracą, ale profesor Kieres, który stanie za przypomnienie o tym przed sądem. Gdyby dziś powstawały Ewangelie, nie mogłyby się ukazać. Świętemu Janowi, Mateuszowi i innym groziłby proces za złamanie ustawy o ochronie danych osobowych Annasza, Kajfasza i Judasza.

Strach pamiętać i strach pisać. Ale ja się nie boję. Nie boję się przeszłości ani własnej, ani cudzej. Boję się przyszłości, zbudowanej na zapomnieniu i strachu. Boję się nowej Polski, w której, w imię prawa i absurdalnie pojmowanej ochrony godności i honoru, nie będzie wolno, więcej – nie będzie wypadało – ani pisać, ani mówić, kto i jak kształtował PRL.

Żyjemy jeszcze, ci, którzy pamiętają. Jeszcze oddychamy. Ale chyba nie powinniśmy przekazać następnym pokoleniom wiary, że te czterdzieści lat było sielanką, a wszyscy, którzy ją współtworzyli, mieli najlepsze intencje.

Chciałbym, żeby bez interwencji prawa było dla każdego młodego Polaka jasne, kto jest, a kto nie jest człowiekiem przyzwoitym. Bez procesów sądowych, listów otwartych, bredzenia o nowej moralności. Chciałbym prostoty. Wierzę, że doczekam.


  • RSS