rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

Wobec braku w dzisiejszej Polsce tak potrzebnych i ważnych wydarzeń i instytucji, jak strajk generalny, komitet strajkowy, KOR, Wolne Związki Zawodowe, ROPCiO, Wolna Europa z zagłuszarkami włącznie i gazetki podziemne, legalny dziennik „Fakt” wziął sprawy Polaków we własne ręce i opublikował 21 nowych, aktualnych postulatów, postawionych w imieniu ubezwłasnowolnionego i prześladowanego społeczeństwa.

„Fakt” domaga się minimalnej płacy w wysokości 1500 złotych. Zasiłku dla bezrobotnych 900 złotych przez dwa lata. Bezpłatnych przejazdów komunikacją publiczną dla osób poszukujących pracy. Minimalnej emerytury w wysokości 1000 złotych i jednocześnie obniżenia wieku emerytalnego dla kobiet do 55, a dla mężczyzn do 60 lat. Zakazu pracy w soboty, niedziele iświęta. Pełnego wynagrodzenia za okres zwolnienia. Trzyletnich, płatnych urlopów macierzyńskich. Zniesienia wszelkich opłat za żłobki i przedszkola. Całkowicie bezpłatnej służby zdrowia. Tanich kredytów dla młodych małżeństw.

Poparłbym te postulaty i nawet nie domagał się dopisania w imieniu mego psa punktu 22 – polędwica codziennie dla wszystkich czworonogów z budżetu państwa – gdyby nie to, że nie mamy Komitetu Centralnego i jego Biura Politycznego. . Nie wygląda na to, żeby jakikolwiek rząd zdecydował się, wobec braku pieniędzy, na drukowanie banknotów i równolegle kartek na wszystko. Mamy demokrację i nie ma z kim negocjować.

„Fakt” chce po prostu przywrócenia PRL i ponownego podziału Polski na władzę, która daje i zabiera, oraz na resztę, której się zabiera i daje co łaska. Państwo i gospodarka mają być oparte na ideologii, a nie na ekonomii. Proponuję eksperyment zacząć od wydawnictwa Springer Polska. Na początek niech Springer wprowadzi 1500 złotych płacy minimalnej u siebie. Oczywiście, nie wliczając w to premii za pomysły takich postulatów.

Mamy czas apeli i wezwań.

Z okazji 25-lecia „Solidarności” Lech Wałęsa zaapelował do świata, aby stawił czoła wyzwaniom globalizacji przez wychowanie nowego człowieka. Człowieka sumienia. Jest to dobra wiadomość dla pisarzy, zwłaszcza tych, którzy nie mogą przeboleć utraty pozycji, jaką mieli w PRL. Znów jest szansa na odzyskanie stanowiska inżynierów dusz ludzkich.

Kilka osób równie niezadowolonych z dzisiejszej Polski jak pisarze, których nikt nie chce wydawać, z mecenasem Olszewskim i Antonim Maciarewiczem na czele, zaapelowało z kolei do Polaków o odebranie Polski postkomunistom i ich agenturze. Wydanie i opublikowanie apelu było możliwe dzięki stosunkom w kraju, wywalczonym przez Lecha Wałęsę i resztę agentury postkomunistycznej. Przekazanie Polski jedynym sprawiedliwym, Macierewiczowi i Olszewskiemu, raz na zawsze położy kres uchwalaniuapeli i ich publikacji. Będą możliwe tylko listy dziękczynne i adresy hołdownicze.

Bezpartyjny kandydat na prezydenta, Włodzimierz Cimoszewicz z SLD apeluje natomiast niestrudzenie o jedność Polaków, zgodnie z tradycyjnym zawołaniem: trzymajmy się kupy, bo kupy nikt nie ruszy. Ten szlachetny apel przynosi jednak mizerne skutki. Na razie udało się Cimoszewiczowi zjednoczyć z Nałęczem. Poza tym Polacy coraz bardziej się dzielą. Nawet lewica się dzieli, między innymi na apelujących i tych, którym od apeli bardziej potrzebna jest apelacja.

Niedoszła kandydatka na prezydentkę Maria Szyszkowska pożaliła się w telewizji, że do wymaganych 100 tysięcy podpisów zabrakło jej kilku z powodu zdrady. Z obozu Szyszkowskiej zrejterowali geje, zostawiając ją tylko z lesbijkami. Na nikogo w dobie podziałów nie można już liczyć. Orientacja seksualna jest równie zawodna jak polityczna. Geje nawet kobiecie nie okazali wierności. Nie wiadomo tylko, do kogo odeszli od Szyszkowskiej. Raczej nie do Henryki Bochniarz. Pewnie do Giertycha, bo jest mimo wszystko bardziej męski.

Czasy mamy dość wesołe i apeluję, żeby tego nie popsuć powagą.

Kampania wyborcza to taki sam marketing jak każdy inny. Trzeba sprzedać kandydata lub partię tak jak proszek do prania albo papier toaletowy. W obu dziedzinach marketingu, komercyjnej i politycznej, Polacy mają piękne osiągnięcia. Przypomnijmy sobie historyczne slogany wyborcze: Chcesz głodować, idź głosować,Kiełbasę chcesz jeść z bułką, idź głosować za Gomułką.

Z tegorocznych sloganów wyborczych, najbardziej spodobało mi się hasło Włodzimierza Cimoszewicza. Niech połączy nas Polska. Ileż tu skojarzeń. Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się przez Polskę. Co Polska połączy, niech Bóg nie rozłączy. Łącz się w pary, pókiś nie za stary. Niech połączy nas Polska przez centralę. Za 3,48 złotego za minutę plus VAT. Polska nas łączy, demokracja dzieli, czas, żebyśmy to wszyscy zrozumieli.

Kandydat Cimoszewicz rozwinął twórczo swoje hasło, głosząc, że Polacy razem i zgodnie potrafią dokonywać rzeczy niemożliwych, więc powinni się łączyć wokół niegoi dokonywać. Jest to taka nowa, w wersji light, edycja jedności moralno-politycznej narodu. Cimoszewicz powinien być konsekwentny i skoro wtedy budował wspólnie z Gierkiem drugą Polskę, to teraz mógłby połączyć się z Kaczyńskimi w budowaniu IV Rzeczypospolitej. Niezgoda rujnuje, zgoda buduje.

Porwany hasłem Cimoszewicza łączę się na razie w bólu z szefową jego komitetu wyborczego Jolantą Kwaśniewską, której serce krwawi. Skrwawione serce zdeptane w tłumie, chryzantemy złociste i ostatnia niedziela, brylantyna i woda fryzjerska. Beau monde. Jak ślicznie. Ordynat Michorowski w takiej atmosferze z pewnością połączyłby się ze Stefcią. I z Polską też.

Do wielu dobrych słów, jakie powiedziano i napisano o moim przyjacielu Maćku Łukasiewiczu przy okazji jego śmierci i pogrzebu, do listy zalet, cnót i zasług zmarłego chciałbym dodać jeszcze jedno. Dobre świadectwo, jakie wystawia mu nieobecność na pogrzebie wielu ludzi, po których można się było spodziewać, że jednak przyjdą.

Przyszli tylko przyjaciele. Byłych przyjaciół, których poglądy polityczne i polityczne interesy rozeszły się z prostolinijnymi zasadami Maćka, na cmentarzu nie było. Nie pożegnało Łukasiewicza, w końcu wiceprezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i członka Rady Etyki Mediów, całeśrodowisko dziennikarskie. Tylko jego część, z którą widocznie nie wszystkim jest po drodze, nawet gdy ta droga wiedzie do ostatniego już pożegnania.

„Gazeta Wyborcza” nie znalazła miejsca nawet na jedną linijkę tekstu, aby poinformować swoich czytelników o pogrzebie Łukasiewicza. Może dlatego, że na Powązkach nie było nikogo, z punktu widzenia „Gazety”, ważnego: ani Cimoszewicza, ani Michnika, ani Belki. Był tylko sędziwy Tadeusz Mazowiecki.

A może dlatego, że ważniejsze od informacji o pogrzebie współtwórcy wolnych mediów w Polsce i naczelnego redaktora opiniotwórczej gazety okazały się doniesienia o tym, że lesbijki w Ameryce będą płacić alimenty.

Wydawałoby się, że przyzwoitość, o którą tak trudno na co dzień, staje się jednak odruchem w obliczu śmierci. Okazało się, że jej brak może być nawet manifestacyjny. To smutne. Pocieszeniem jest, że Maciek, gdyby mógł, powiedziałby po prostu – pieprzyć to.

To, co deklaruje hucznie SLD, nie ma już na szczęście większego znaczenia. Pozostaje jeszcze kwestia estetyki i wrażliwości moralnej.

Mnie osobiście kampania lewicy dotyka, bo obraża moją inteligencję. Traktuje się mnie, jak i pozostałych Polaków, jak sklerotycznych durniów, którzy ani nie pamiętają, co było wczoraj i przedwczoraj, ani nie rozumieją, co się mówi dzisiaj. Reagują tylko jak sroka na błyskotki i jak małpa mają nadzieję, że na końcu dostaną jednak banana. Polacy są nadal uważani przez SLD, zgodnie z tradycją tej formacji, za nawóz historii, z którego, po odpowiednim udeptaniu, wyrośnie jeszcze lepsza przyszłość aktywistów partyjnych.

Na inauguracji kampanii wyborczej przewodniczący Olejniczak obok zwykłych frazesów o trosce, opiece i obronie powiedział też rzecz groteskową. Stwierdził jednym tchem, że państwo jest nękane rozbuchanąbiurokracją, ale w wizji SLD nie musi być wcale tanie. Pewnie, że nie musi. Nawet nie może. Czynownicy nagrodzeni stanowiskami w biurokracji muszą być drodzy. Za nękanie państwa trzeba im płacić. Skończmy z obłudą w naszych szeregach – wołał także szef SLD, ale chodziło mu o obłudę wyłącznie seksualną. Słusznie, dość bredzenia o bocianach w SLD. Trzeba pokazywać Senyszyn i innych członków.

Całej tej, pięknie opisanej w „Trybunie”, imprezie towarzyszyła nowa pieśń masowa „Uwierzmy w jutro” do słów jakiegoś Andrzeja Ozgi, poetyckiego spadkobiercy Ozgi Michalskiego. „Nie pytaj, co dla siebie możesz z tego mieć. Zapytaj, ile z siebie możesz dać” przypomina sławne powiedzenie Johna F. Kennedy’ego, który był podobny do Szmajdzińskiego, ale tylko z urody. Te słowa są adresowane do wyborców, którzy nie powinni liczyć na akcje Orlenu, stanowiska w radach nadzorczych, mieszanie paliw, ulgi podatkowe i nie powinni o nic pytać. Powinni natomiast dać z siebie głos na SLD i wierzyć w lepsze jutro z Olejniczakiem na czele i całą resztą na zapleczu.

Pięknie pomyślane, ale frajerów u nas coraz mniej. Coraz więcej ludzi pyta nie tylko, co Polska może, ale co powinna dla nich zrobić.

Jaśnie wielmożni i szlachetni Towarzysze, zwracam się do Was z pokorną prośbą o wpisanie mnie na listę klasyków nauk społecznych, ze szczególnym uwzględnieniem socjotechniki obok takich czcigodnych Antenatów, jak Lenin, Andropow, Wanda Odolska, Jerzy Wiatr i Jerzy Urban.

Prośbę swoją nieskromną motywuję tym, że jestem autorem dzieła zatytułowanego „Babilon”, drukowanego w odcinkach w ukazującym się w Londynie „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza”w roku 1983. W proroczym natchnieniu przewidziałem, choć nie ze szczegółami, co przyznaję z bólem, kierunek rozwoju polskiego ruchu robotniczego, a zwłaszcza jego awangardy, Waszej nieposkromionej Partii. Opisywałem w tym opusie fundamentalnym pojawienie się na gmachu KC PZPR ognistego napisu Mane, Thekel, Fares i jego skutki. Ponieważ napis nie dał się ani usunąć, ani zamalować, ani zasłonić, kierownicze gremia partii podjęły decyzję, aby przyjąć te trzy słowa za hasło partii, wpisać je do statutu i wydrukować pod nagłówkiem gazet partyjnych obok wezwania do proletariuszy wszystkich krajów, aby się łączyli.

Ja wiem, że nie wszystko się zgadza, ale przecież mechanizm opisałem zupełnie prawidłowo. Posłużenie się przez Was, łaskawi Towarzysze, Postulatami Gdańskimi w kampanii wyborczej tojest dokładnie to samo. To jest przecież coś więcej niż churchillowskie: If you can’t beat them, join them (jeśli nie możesz ich pokonać, przyłącz się do nich). To jest wypisanie haseł wroga na własnych sztandarach i walenie go po głowie drzewcami. Gdybyście sobie, Towarzysze, wykalkulowali, że Wam się to opłaca, śpiewalibyście dziś na wiecach wyborczych „Janek Wiśniewski padł”. Ja ten trick przewidziałem 22 lata temu i dlatego należy mi się tytuł Pierwszego Klasyka Postkomunizmu.

Z góry dziękując za pomyślne załatwienie mojej słusznej prośby, łączę stosowne wyrazy i powtarzam je po kilka razy. A co tam, też nie będę Wam żałował.

Znów wróciły takie czasy, że człowiek boi się otworzyć lodówkę, albo puszkę konserw, żeby nie odezwał się marszałek Nałęcz wychwalający cnoty Włodzimierza Cimoszewicza. Jeszcze chyba tylko na Animal Planet Nałęcz nie bronił swego kandydata przed ohydnymi kalumniami i politycznymi machinacjami, ale w najbliższych dniach podobno i tam się pojawi. W audycji o hienach i szakalach. Będzie mówił, że w doniesieniach „Rzeczpospolitej” o trzech deklaracjach majątkowych Cimoszewicza nie ma nic sensacyjnego. Pewnie, że nie ma. Nawetto, że Cimoszewicz mówił stale o jednej deklaracji, nie jest sensacyjne. Sensacyjne byłoby dopiero, gdyby Cimoszewicz raz powiedział prawdę. Ale na prawdę musimy poczekać do Sądu Ostatecznego, bo to jedyna instancja, która nie podlega ministrowi sprawiedliwości.

Za swoją nieugiętą postawę Nałęcz jest prześladowany okrutnie przez SdPl i jej przewodniczącego, a zarazem kandydata na prezydenta, Marka Borowskiego. Borowski po prostu małostkowo nie mógł znieść, że członek założyciel jego partii popiera kandydata SLD i zostaje jego rzecznikiem. Gwałcąc wszelkie zasady moralne Borowski kazał wyrzucić Nałęcza z partii, co uczyniono z niechęcią, bo ta partia, a nawet sam Borowski, też popiera Cimoszewicza, o czym Nałęcz dobrze wie i o czym zapewnia. Gorzkie żale Nałęcza będą transmitowane na żywo w telewizji Trwam, zaraz po roratach.

Polityczną sensacją jest natomiast fakt, że premier Marek Belka mimo wszystko będzie głosował w wyborach prezydenckich na Henrykę Bochniarz z własnej partii, a nie na Cimoszewicza. Belka trochę się wahał, pewnie nie chciał się narazić Nałęczowi, ale w końcu podjął dramatyczną, wręcz desperacką decyzję, wywołując entuzjazm demokratów.pl i Władysława Frasyniuka. Mając za sobą Belkę, Bochniarz wygra w cuglach. Potępienie błędu Belki przez Nałęcza jest jeszcze przed nami.

Natomiast doniesienia o tym, że Nałęcz sprząta mieszkanie Cimoszewicza i myje mu samochód, są przesadzone. Nałęcz nie może tego robić, bo podobnie jak Siemiątkowski nie ma certyfikatu bezpieczeństwa, którego mu nie sfałszowano na czas. I to na razie są wszystkie doniesienia z frontu odnowy moralnej naszej zasłużonej lewicy.

Powiada się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Co za bzdura. Są. Są wśród nas, a kiedy odchodzą, pozostawiają po sobie puste miejsce, którego nikt nie jest w stanie zapełnić. Owszem, ich role życiowe przejmują mniej lub bardziej udanie inni. Zapewne nie ma niezastąpionych prezydentów, premierów, ministrów i redaktorów naczelnych. Prawdziwi ludzie, z krwi i kości, czasem twardzi, czasem szaleni, czasem tkliwi, uparci i nagle ustępliwi, myślący samodzielnie, twórczy i inspirujący, są nie do zastąpienia. Takim człowiekiem był Maciek.

Zostało po nim puste miejsce, którego nikt i nic nigdy już nie zapełni. To bolesne rozeznanie. Świadomość wyrwy w fundamencie, na którym opiera się życie wielu z nas, którzyśmy z Maćkiem pracowali, wadzili się i ucztowali. Ta konstrukcja staje się coraz bardziej dziurawa. 3 maja 1982 roku, w dniu, w którym ZOMO pałowało i polewało wodą z armatek ludzi na ulicach Warszawy, udzielaliśmy wywiadu jednej z zachodnich telewizji na temat sytuacji w środowisku dziennikarskim. W konspiracyjnych warunkach, na tyłach szkoły muzycznej przy Okólniku. Było nas czworo: Ewa Szemplińska, Darek Fikus, Maciek Łukasiewicz i ja. Tylko ja mogę dziś żegnać i wspominać Maćka.

Wiele nas łączyło. Także imię. Bo wszystkie Maćki są takie – tak Maciek usprawiedliwiał moje wybryki, swoje, a także wyjaśniał nasze sukcesy. Imię traktował magicznie i pamiętam, jak kiedyś, kiedy ktoś o imieniu Maciej ześwinił się politycznie, mruknął: „Powinien zmienić imię albo dołożymy mu po ryju”. Uważał, że powinniśmy bronić dobrego imienia wszystkich Maćków.

Nierozłączny tandem
Znałem Maćka od bardzo dawna. Nawet nie pamiętam, od kiedy. W takich sytuacjach mówi się – od zawsze. W każdym razie nasza znajomość datowała się od czasów ponurej beznadziei polsko-ludowej, topionej w alkoholu. Miał zawsze silniejszą głowę niż ja, można było polegać na jego opiece. Mam z tych czasów, z dedykacjami, wszystkie chyba książki Maćka, świadectwa jego pasji i zainteresowań: o zagadkach archeologii, o kosmitach, o Dänikenie. Dziś wiem, że były to zajęcia zastępcze, bo Maciek był przede wszystkim zwierzęciem politycznym. Bez szans w tamtej rzeczywistości na realizację swoich talentów redaktorskich i publicystycznych.

Najbardziej zbliżył nas stan wojenny, wspólnota losu, poglądów politycznych i ocen moralnych. Podziemne Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, duszpasterstwo środowisk twórczych, wieża kościoła świętej Anny u księdza Wiesława Niewęgłowskiego, gdzie moja żona, Krystyna Grzybowska, rozdzielała pomoc, redakcja „Niewidomego Spółdzielcy”. To wtedy powstawał nierozłączny tandem Darek Fikus – Maciek Łukasiewicz, zespół dwóch późniejszych twórców nowej „Rzeczpospolitej”.

Maciek był jedną z pierwszych osób, i jedną z nielicznych, którym powiedzieliśmy o wymuszonej okolicznościami decyzji wyjazdu na emigrację. Był jednym z tych, do których miało się bezgraniczne zaufanie. Po naszym wyjeździe kontakty się oczywiście urwały, ale niena długo. Odezwał się jako oficyna wydawnicza „Most”. Był polskim wydawcą parodii reżimowego tygodnika satyrycznego „Szpilki”, którą wyprodukowaliśmy w Niemczech, wydrukowaliśmy w ograniczonym nakładzie w Anglii i przemyciliśmy do Polski. My pomagaliśmy w rozprowadzaniu wydawnictw „Mostu” w środowiskach emigracyjnych. Potem „Most” w pełnym składzie, Maciek i Andrzej Karczewski z żonami przyjeżdżali do nas do Bonn w drodze do Paryża. Długie biesiady, długie nocne Polaków rozmowy.

Bezceremonialny język
Kiedy Darek i Maciek objęli redakcję „Rzeczpospolitej”, Maciek od razu, pierwszego dnia zaproponował nam współpracę. Krystyna była wtedy, od samego początku jej istnienia, korespondentką „Gazety Wyborczej”. W parę miesięcy później, akurat kiedy wybrano ją na wiceprzewodniczącą Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej w Niemczech, musiała się rozstać z „Gazetą”. Powiedzieliśmy o tym Maćkowi przez telefon i w godzinę później przyszedł od niego faks: „Wypie… Rybińskiego, przyjmujemy Grzybowską”.

Piszę o tym, bo to był język w codziennym obyciu charakterystyczny dla Maćka. Osobom, które go nie znały, mógł się wydawać brutalny i niestosowny. Ale w jego ustach wcale taki nie był. To była ekonomia porozumiewania się połączona z rubaszną bezpośredniością. Przy Maćkowej posturze i sposobie bycia był to język Rabelaise’go, a nie knajactwo spod budki z piwem. Zdarzało się nieraz, że zasiedziałem się u Maćka w gabinecie, a lubił pogadać o wszystkim, i nagle przypominał sobie, że nie przejrzał korespondencji, nie odpowiedział na listy, nie napisał tekstu, czegoś nie zrobił. Mówił wtedy: „Wypie…”, w sposób tak naturalny, że nie czuło się urazy. Najbardziej niecenzuralne określenia mogły w ustach Maćka oznaczać przyganę albo podziw – zależnie od intonacji głosu. W tym sposobie mówienia wyrażała się jedna z jego najładniejszych, tak rzadkich, cech – bezpretensjonalność i naturalność. Maciek był sobą, nie udawał i nie musiał udawać, bo prawdziwy, a nie sztuczny i wykoncypowany, zdobywał sobie szacunek i przyjaźń.

Książka co tydzień
Maciek był smakoszem i żarłokiem nie lada. Lubił i potrafił jeść. Częstow ilościach, które wprawiały w zdumienie. Poza tym był ciekaw nowych potraw, próbował wszystkiego bez uprzedzeń, żeby na końcu stwierdzić, że nie ma to jednak jak polski tatar, polskie zupy, polski schab. Uwielbiał grzyby. W swoim ukochanym Zalesiu, gdzie miał daczę, sam je zbierał i sam przyrządzał. Raz tylko widziałem klęskę konsumpcyjną Maćka. Podczas jednego z pobytów u nas, w Bonn, chciał koniecznie spróbować sławnej bawarskiej golonki. Pojechaliśmy do restauracji monachijskiego browaru Salwator. Zaproponowałem, żebyśmy wzięli jedną golonkę na pół, ale Maciek mnie wyśmiał. Powiedział, że jeśli nie dam rady swojej, to on dokończy. Kiedy przyniesiono dwie góry wspaniałego zresztą mięsa, mina trochę mu zrzedła. Ale był ambitny. Jadł, popijał, jadł, ale w końcu skapitulował. „Chyba zrobili to złośliwie, żeby poniżyć Polaka” – powiedział.

Nigdy nie zapominał, że był historykiem i archeologiem. Nie popuścił żadnemu zabytkowi. Jeździliśmy do Akwizgranu, do katedry w Kolonii, na Drachenfels, gdzie Zygfryd zabił smoka. Miał rozległą wiedzę Europejczyka z krwi i kości, której posiadanie uważał za rzecz naturalną i oczywistą. Nigdy się nią nie popisywał, ale na pewno znajomość i zrozumienie historii były fundamentem jego poglądów politycznych i ocen współczesności.

Kochał książki. Swoje ulubione dziecko, tygodniowy dodatek „Plus Minus” do „Rzeczpospolitej”, traktował raczej jak cotygodniową książkę, mieszczącą w sobie literaturę faktu, niż publicystykę – była tam poezja, proza, satyra, wszystkie formy składające się w jego zamyśle w jedną całość, w jeden tom na pomarańczowym papierze, przeznaczony dla ludzi, którzy nie mają czasu przedzierać się przez biblioteki, a nie chcą być uwięzieni w doraźnej publicystyce.

Czasy „Łososia”, jak wtedy powszechnie nazywano „Plusa Minusa”, były chyba najszczęśliwsze w redaktorskim życiu Maćka. Miał własny, piękny instrument i umiał go wykorzystać.

Maciek dwa razy w życiu prowadził pamiętnik. Raz w stanie wojennym, prywatny, a nawet, jak na tamte czasy przystało, tajny, który potem opublikował w formie książkowej, a później, na łamach „Plusa Minusa” – publiczny. Tak nazwałem jego solusy, krótkie komentarze czy felietony (krótki felieton – to zawsze w dziennikarstwie rzecz najtrudniejsza), w których Maciek uparcie upominał się o rzeczy najprostsze – o zasady i o niezdeprawowaną pamięć. Zarzucano mu czasami obsesję PRL albo niechęć do lewicy. To nieprawda. W sprawach publicznych Maciek nigdy nie kierował się emocjami. To było spojrzenie historyka, który w dodatku tę historię przeżył i nie widzi powodu, aby o tym zapomnieć. Zaletą pisarstwa Maćka była też rzetelna, przyzwoita stylistyka oraz niechęć do kanonów stadnej poprawności politycznej. Miał te obie, coraz rzadsze, cnoty.

Gołębie serce
Nie ma powodu ukrywać, że Maciek przeżył też w „Rzeczpospolitej” ciężkie chwile. Po śmierci Darka Fikusa został odsunięty od kierowania redakcją, odstawiony na boczny tor, zmarginalizowany. Przy swoim otwartym charakterze, niezdolności do gabinetowych intryg, wstręcie do podstępnych działań i manipulacji był wtedy bezradny. Na to sekowanie nałożyło się rodzinne nieszczęście, ciężka choroba jego żony Leny, z którą walczyła przez wiele lat. Zdumiewające i charakterystyczne zarazem, ale to pozbawienie Maćka wpływu na redakcję nie spowodowało odwrócenia się od niego zespołu. Siedząc w swojej kanciapie, jak ją nazywał, na uboczu, pozostał dla kolegów instancją moralną. To do niego przychodzono z żalami, skargami i krytyką, której nie można było wyrazić głośno.

Kiedy nastąpiło kolejne „przesilenie gabinetowe” w kierownictwie „Rzeczpospolitej”, Maciek był jedynym kandydatem na naczelnegoredaktora, który miał poparcie wszystkich. Musiał wtedy podjąć dla zachowania jedności zespołu decyzje o rozstaniu się z niektórymi ludźmi. Wiem, z jakim trudem mu to przychodziło. Maciek miał bowiem jeszcze jedną cechę piękną, ale na pewno utrudniającą kierowanie dużym zespołem. Miał gołębie serce. Nie chciał nikogo krzywdzić, nawet jeśli sam uprzednio doznał krzywd. Dla każdego potrafił znaleźć usprawiedliwienie i każdemu wybaczyć. Był po prostu dobrym człowiekiem. Obracało się to czasami przeciwko niemu.

Wszystko, co tutaj piszę, nie jest okazjonalną laurką. De mortuis nil nisi bene. Maciek był taki naprawdę. Decyzje, które trzeba było podjąć, ale które były wbrew jego sercu, które wymagały nieprzyjemnej rozmowy, odkładał, odsuwał od siebie nieznośnie długo, a potem wybuchał i robiło mu się jeszcze bardziej przykro. Trudno było się z nim kłócić, ale łatwo było się z nim godzić.

Na szczęście te osobiste cechy, zauważalne w stosunkach bezpośrednich z ludźmi, nie ujawniały się w działalności publicznej, redaktorskiej i publicystycznej. Tu nie było taryfy ulgowej. Maciek pilnował zasad etycznych i standardów moralnych w pogmatwanym życiu politycznym III Rzeczypospolitej. Nie poglądy polityczne, tu godził się nie tylko na pluralizm, ale nawet na eklektyzm, lecz normy moralne decydowały o tym, co pisał sam i co publikował innym. Był odpowiedzialnym obywatelem, świetnym dziennikarzem, znakomitym redaktorem, ale przede wszystkim przyzwoitym człowiekiem.

Żegnaj, Przyjacielu. Zostawiłeś po sobie puste miejsce.

W miesięczniku „Press” jest stała rubryka zatytułowana „Słucham, czytam, oglądam”, w której dziennikarze oceniają informacyjne programy radia i telewizji, gazety i czasopisma oraz innych dziennikarzy. W sierpniowym numerze cenzurki wystawia Gabriela Lesser, korespondentka prasy niemieckiej, austriackiej i szwajcarskiej oraz – jak sama podaje – gazet żydowskich niemieckiego obszaru językowego.

Te oceny to taka środowiskowa zabawa, oczywiście bardzo subiektywna. Ale to, co pani Lesser napisała o „Rzeczpospolitej”, jest dość osobliwe. „O Żydach „Rzeczpospolita” pisze bardzo nierówno. Komentatorzy bronią raczej Polski przed zarzutem antysemityzmu”. Wynika z tej uwagi, że nasi komentatorzy powinni pisać o Żydach równo, to znaczy wedle jednego wzorca, który byłby do przyjęcia nie tyle dla samych Żydów, ile dla Gabrieli Lesser.

Pluralizm zawsze najlepiej się udaje, kiedy wszyscy udają, że myślą tak samo. Zdarza się nam bronić Polski przed zarzutem antysemityzmu, zwłaszcza kiedy jest niesprawiedliwy. Ku niezadowoleniu wielu nie przyjęliśmy w publicystyce, tak jak państwo polskie nie adoptowało w polityce szlachetnej i dobrze widzianej protezy antysemityzmu, znanej jako antysyjonizm.

Generalnie zaś jest tak, że źle znosimy, kiedy to akurat Niemcy pouczają nas o antysemityzmie. Możemy na ten temat dyskutować z Żydami, ale nie będziemy się tłumaczyć przed Niemcami. Besserwisserstwo niemieckie nam nie odpowiada, czy dotyczy to naszego stosunku do Żydów, czy do gejów, którymi chciała się zaopiekować niedawno Ambasada RFN. Trzeba mieć trochę taktu i wrażliwości, żeby nie uprawiać w Polsce ostatecznego rozwiązania kwestii antysemickiej. Nie trzeba nas poprawiać i pouczać, bo mamy złe doświadczenia w tym względzie.

Pani Lesser przypomniała też mój prastary felieton o swojej koleżance, Anette Dittert z ARD, która na pożegnanie Polski wyemitowała program o polskim antysemityzmie. Podobno mój felieton był gorzki. Nieprawda. Był szyderczy, bo pani Dittert mówiąc o tym, że w Krakowie nie ma już Żydów, ani słowem nie wspomniała, gdzie się oni podzieli, ani za czyją przyczyną. Przyznaję, gdyby nie Niemcy, antysemityzm w Polsce byłby większy. Ale byliby w niej także Żydzi. Miliony Żydów.

Strasznie się trudno dziś przebić przez szum informacyjny. Kiedyś, żeby zaistnieć, wystarczyły głupstwa normalnej wielkości. Skrojone na ludzką miarę. Dziś potrzebne są idiotyzmy monumentalne, a i to nie zawsze gwarantuje sukces. Postanowiłem wspomóc i rozpropagować doktora historii Andrzeja Sztanderę z UW, który z okazji rocznicy cudu na Wisłą ogłosił w „Życiu Warszawy”, że żadnej Bitwy Warszawskiej w ogóle nie było, całe święto narodowe jest wielkim oszustwem, marszałek Piłsudski był tchórzem, zasługującym raczej na rozstrzelanie niż na Virtuti Militari, grupa mozyrska Armii Czerwonej w ogóle nie istniała, a Sowieci wycofali się z Polski, bo znudził im się marsz na Zachód. Bardzo to piękny przykład historycznego rewizjonizmu. Krok naprzód od czasu, kiedy jeden z działaczy partyjnych za Bieruta dał na wiecu odpór klerykalnej propagandzie, wołając: „Nie dajcie się omamić, nie było żadnego cudu nad Wisłą, własną piersiąśmy bolszewika odparli”. Teraz doktor Sztandera odkrył, że i piersi nie było. Wszystko piłsudczykowska propaganda, którą uprawiali nawet Tuchaczewski i Jakir. Spór, kto wygrał Bitwę Warszawską: Piłsudski, Weygand, Rozwadowski, ksiądz Skorupka czy Matka Boska, okazał się być całkowicie jałowy, skoro bitwy nie było.

Historia magistra vitae est, twierdzili Rzymianie. Historia jest nauczycielką życia. Dziś historycy są nauczycielami autokreacji. Inscenizują historię na nowo dla rozgłosu. Z wielkich wydarzeń dziejów najnowszych mieliśmy już Powstanie Warszawskie wywołane przez gestapo i Sierpień 1980 zainspirowany przez SB. Wkrótce się dowiemy, że ani powstania, ani Sierpnia w ogóle nie było. Bardzo liczę w tej sprawie na doktora Sztanderę, a przy okazji mam prośbę. Mnie w historii Polski najbardziej przeszkadzają rozbiory. Czy nie dałoby się w jakimś krótkim tekście, na paru stronach maszynopisu, udowodnić, że rozbiory to fałszywa interpretacja historii?


  • RSS