Strasznie się trudno dziś przebić przez szum informacyjny. Kiedyś, żeby zaistnieć, wystarczyły głupstwa normalnej wielkości. Skrojone na ludzką miarę. Dziś potrzebne są idiotyzmy monumentalne, a i to nie zawsze gwarantuje sukces. Postanowiłem wspomóc i rozpropagować doktora historii Andrzeja Sztanderę z UW, który z okazji rocznicy cudu na Wisłą ogłosił w „Życiu Warszawy”, że żadnej Bitwy Warszawskiej w ogóle nie było, całe święto narodowe jest wielkim oszustwem, marszałek Piłsudski był tchórzem, zasługującym raczej na rozstrzelanie niż na Virtuti Militari, grupa mozyrska Armii Czerwonej w ogóle nie istniała, a Sowieci wycofali się z Polski, bo znudził im się marsz na Zachód. Bardzo to piękny przykład historycznego rewizjonizmu. Krok naprzód od czasu, kiedy jeden z działaczy partyjnych za Bieruta dał na wiecu odpór klerykalnej propagandzie, wołając: „Nie dajcie się omamić, nie było żadnego cudu nad Wisłą, własną piersiąśmy bolszewika odparli”. Teraz doktor Sztandera odkrył, że i piersi nie było. Wszystko piłsudczykowska propaganda, którą uprawiali nawet Tuchaczewski i Jakir. Spór, kto wygrał Bitwę Warszawską: Piłsudski, Weygand, Rozwadowski, ksiądz Skorupka czy Matka Boska, okazał się być całkowicie jałowy, skoro bitwy nie było.

Historia magistra vitae est, twierdzili Rzymianie. Historia jest nauczycielką życia. Dziś historycy są nauczycielami autokreacji. Inscenizują historię na nowo dla rozgłosu. Z wielkich wydarzeń dziejów najnowszych mieliśmy już Powstanie Warszawskie wywołane przez gestapo i Sierpień 1980 zainspirowany przez SB. Wkrótce się dowiemy, że ani powstania, ani Sierpnia w ogóle nie było. Bardzo liczę w tej sprawie na doktora Sztanderę, a przy okazji mam prośbę. Mnie w historii Polski najbardziej przeszkadzają rozbiory. Czy nie dałoby się w jakimś krótkim tekście, na paru stronach maszynopisu, udowodnić, że rozbiory to fałszywa interpretacja historii?