Powiada się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Co za bzdura. Są. Są wśród nas, a kiedy odchodzą, pozostawiają po sobie puste miejsce, którego nikt nie jest w stanie zapełnić. Owszem, ich role życiowe przejmują mniej lub bardziej udanie inni. Zapewne nie ma niezastąpionych prezydentów, premierów, ministrów i redaktorów naczelnych. Prawdziwi ludzie, z krwi i kości, czasem twardzi, czasem szaleni, czasem tkliwi, uparci i nagle ustępliwi, myślący samodzielnie, twórczy i inspirujący, są nie do zastąpienia. Takim człowiekiem był Maciek.

Zostało po nim puste miejsce, którego nikt i nic nigdy już nie zapełni. To bolesne rozeznanie. Świadomość wyrwy w fundamencie, na którym opiera się życie wielu z nas, którzyśmy z Maćkiem pracowali, wadzili się i ucztowali. Ta konstrukcja staje się coraz bardziej dziurawa. 3 maja 1982 roku, w dniu, w którym ZOMO pałowało i polewało wodą z armatek ludzi na ulicach Warszawy, udzielaliśmy wywiadu jednej z zachodnich telewizji na temat sytuacji w środowisku dziennikarskim. W konspiracyjnych warunkach, na tyłach szkoły muzycznej przy Okólniku. Było nas czworo: Ewa Szemplińska, Darek Fikus, Maciek Łukasiewicz i ja. Tylko ja mogę dziś żegnać i wspominać Maćka.

Wiele nas łączyło. Także imię. Bo wszystkie Maćki są takie – tak Maciek usprawiedliwiał moje wybryki, swoje, a także wyjaśniał nasze sukcesy. Imię traktował magicznie i pamiętam, jak kiedyś, kiedy ktoś o imieniu Maciej ześwinił się politycznie, mruknął: „Powinien zmienić imię albo dołożymy mu po ryju”. Uważał, że powinniśmy bronić dobrego imienia wszystkich Maćków.

Nierozłączny tandem
Znałem Maćka od bardzo dawna. Nawet nie pamiętam, od kiedy. W takich sytuacjach mówi się – od zawsze. W każdym razie nasza znajomość datowała się od czasów ponurej beznadziei polsko-ludowej, topionej w alkoholu. Miał zawsze silniejszą głowę niż ja, można było polegać na jego opiece. Mam z tych czasów, z dedykacjami, wszystkie chyba książki Maćka, świadectwa jego pasji i zainteresowań: o zagadkach archeologii, o kosmitach, o Dänikenie. Dziś wiem, że były to zajęcia zastępcze, bo Maciek był przede wszystkim zwierzęciem politycznym. Bez szans w tamtej rzeczywistości na realizację swoich talentów redaktorskich i publicystycznych.

Najbardziej zbliżył nas stan wojenny, wspólnota losu, poglądów politycznych i ocen moralnych. Podziemne Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, duszpasterstwo środowisk twórczych, wieża kościoła świętej Anny u księdza Wiesława Niewęgłowskiego, gdzie moja żona, Krystyna Grzybowska, rozdzielała pomoc, redakcja „Niewidomego Spółdzielcy”. To wtedy powstawał nierozłączny tandem Darek Fikus – Maciek Łukasiewicz, zespół dwóch późniejszych twórców nowej „Rzeczpospolitej”.

Maciek był jedną z pierwszych osób, i jedną z nielicznych, którym powiedzieliśmy o wymuszonej okolicznościami decyzji wyjazdu na emigrację. Był jednym z tych, do których miało się bezgraniczne zaufanie. Po naszym wyjeździe kontakty się oczywiście urwały, ale niena długo. Odezwał się jako oficyna wydawnicza „Most”. Był polskim wydawcą parodii reżimowego tygodnika satyrycznego „Szpilki”, którą wyprodukowaliśmy w Niemczech, wydrukowaliśmy w ograniczonym nakładzie w Anglii i przemyciliśmy do Polski. My pomagaliśmy w rozprowadzaniu wydawnictw „Mostu” w środowiskach emigracyjnych. Potem „Most” w pełnym składzie, Maciek i Andrzej Karczewski z żonami przyjeżdżali do nas do Bonn w drodze do Paryża. Długie biesiady, długie nocne Polaków rozmowy.

Bezceremonialny język
Kiedy Darek i Maciek objęli redakcję „Rzeczpospolitej”, Maciek od razu, pierwszego dnia zaproponował nam współpracę. Krystyna była wtedy, od samego początku jej istnienia, korespondentką „Gazety Wyborczej”. W parę miesięcy później, akurat kiedy wybrano ją na wiceprzewodniczącą Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej w Niemczech, musiała się rozstać z „Gazetą”. Powiedzieliśmy o tym Maćkowi przez telefon i w godzinę później przyszedł od niego faks: „Wypie… Rybińskiego, przyjmujemy Grzybowską”.

Piszę o tym, bo to był język w codziennym obyciu charakterystyczny dla Maćka. Osobom, które go nie znały, mógł się wydawać brutalny i niestosowny. Ale w jego ustach wcale taki nie był. To była ekonomia porozumiewania się połączona z rubaszną bezpośredniością. Przy Maćkowej posturze i sposobie bycia był to język Rabelaise’go, a nie knajactwo spod budki z piwem. Zdarzało się nieraz, że zasiedziałem się u Maćka w gabinecie, a lubił pogadać o wszystkim, i nagle przypominał sobie, że nie przejrzał korespondencji, nie odpowiedział na listy, nie napisał tekstu, czegoś nie zrobił. Mówił wtedy: „Wypie…”, w sposób tak naturalny, że nie czuło się urazy. Najbardziej niecenzuralne określenia mogły w ustach Maćka oznaczać przyganę albo podziw – zależnie od intonacji głosu. W tym sposobie mówienia wyrażała się jedna z jego najładniejszych, tak rzadkich, cech – bezpretensjonalność i naturalność. Maciek był sobą, nie udawał i nie musiał udawać, bo prawdziwy, a nie sztuczny i wykoncypowany, zdobywał sobie szacunek i przyjaźń.

Książka co tydzień
Maciek był smakoszem i żarłokiem nie lada. Lubił i potrafił jeść. Częstow ilościach, które wprawiały w zdumienie. Poza tym był ciekaw nowych potraw, próbował wszystkiego bez uprzedzeń, żeby na końcu stwierdzić, że nie ma to jednak jak polski tatar, polskie zupy, polski schab. Uwielbiał grzyby. W swoim ukochanym Zalesiu, gdzie miał daczę, sam je zbierał i sam przyrządzał. Raz tylko widziałem klęskę konsumpcyjną Maćka. Podczas jednego z pobytów u nas, w Bonn, chciał koniecznie spróbować sławnej bawarskiej golonki. Pojechaliśmy do restauracji monachijskiego browaru Salwator. Zaproponowałem, żebyśmy wzięli jedną golonkę na pół, ale Maciek mnie wyśmiał. Powiedział, że jeśli nie dam rady swojej, to on dokończy. Kiedy przyniesiono dwie góry wspaniałego zresztą mięsa, mina trochę mu zrzedła. Ale był ambitny. Jadł, popijał, jadł, ale w końcu skapitulował. „Chyba zrobili to złośliwie, żeby poniżyć Polaka” – powiedział.

Nigdy nie zapominał, że był historykiem i archeologiem. Nie popuścił żadnemu zabytkowi. Jeździliśmy do Akwizgranu, do katedry w Kolonii, na Drachenfels, gdzie Zygfryd zabił smoka. Miał rozległą wiedzę Europejczyka z krwi i kości, której posiadanie uważał za rzecz naturalną i oczywistą. Nigdy się nią nie popisywał, ale na pewno znajomość i zrozumienie historii były fundamentem jego poglądów politycznych i ocen współczesności.

Kochał książki. Swoje ulubione dziecko, tygodniowy dodatek „Plus Minus” do „Rzeczpospolitej”, traktował raczej jak cotygodniową książkę, mieszczącą w sobie literaturę faktu, niż publicystykę – była tam poezja, proza, satyra, wszystkie formy składające się w jego zamyśle w jedną całość, w jeden tom na pomarańczowym papierze, przeznaczony dla ludzi, którzy nie mają czasu przedzierać się przez biblioteki, a nie chcą być uwięzieni w doraźnej publicystyce.

Czasy „Łososia”, jak wtedy powszechnie nazywano „Plusa Minusa”, były chyba najszczęśliwsze w redaktorskim życiu Maćka. Miał własny, piękny instrument i umiał go wykorzystać.

Maciek dwa razy w życiu prowadził pamiętnik. Raz w stanie wojennym, prywatny, a nawet, jak na tamte czasy przystało, tajny, który potem opublikował w formie książkowej, a później, na łamach „Plusa Minusa” – publiczny. Tak nazwałem jego solusy, krótkie komentarze czy felietony (krótki felieton – to zawsze w dziennikarstwie rzecz najtrudniejsza), w których Maciek uparcie upominał się o rzeczy najprostsze – o zasady i o niezdeprawowaną pamięć. Zarzucano mu czasami obsesję PRL albo niechęć do lewicy. To nieprawda. W sprawach publicznych Maciek nigdy nie kierował się emocjami. To było spojrzenie historyka, który w dodatku tę historię przeżył i nie widzi powodu, aby o tym zapomnieć. Zaletą pisarstwa Maćka była też rzetelna, przyzwoita stylistyka oraz niechęć do kanonów stadnej poprawności politycznej. Miał te obie, coraz rzadsze, cnoty.

Gołębie serce
Nie ma powodu ukrywać, że Maciek przeżył też w „Rzeczpospolitej” ciężkie chwile. Po śmierci Darka Fikusa został odsunięty od kierowania redakcją, odstawiony na boczny tor, zmarginalizowany. Przy swoim otwartym charakterze, niezdolności do gabinetowych intryg, wstręcie do podstępnych działań i manipulacji był wtedy bezradny. Na to sekowanie nałożyło się rodzinne nieszczęście, ciężka choroba jego żony Leny, z którą walczyła przez wiele lat. Zdumiewające i charakterystyczne zarazem, ale to pozbawienie Maćka wpływu na redakcję nie spowodowało odwrócenia się od niego zespołu. Siedząc w swojej kanciapie, jak ją nazywał, na uboczu, pozostał dla kolegów instancją moralną. To do niego przychodzono z żalami, skargami i krytyką, której nie można było wyrazić głośno.

Kiedy nastąpiło kolejne „przesilenie gabinetowe” w kierownictwie „Rzeczpospolitej”, Maciek był jedynym kandydatem na naczelnegoredaktora, który miał poparcie wszystkich. Musiał wtedy podjąć dla zachowania jedności zespołu decyzje o rozstaniu się z niektórymi ludźmi. Wiem, z jakim trudem mu to przychodziło. Maciek miał bowiem jeszcze jedną cechę piękną, ale na pewno utrudniającą kierowanie dużym zespołem. Miał gołębie serce. Nie chciał nikogo krzywdzić, nawet jeśli sam uprzednio doznał krzywd. Dla każdego potrafił znaleźć usprawiedliwienie i każdemu wybaczyć. Był po prostu dobrym człowiekiem. Obracało się to czasami przeciwko niemu.

Wszystko, co tutaj piszę, nie jest okazjonalną laurką. De mortuis nil nisi bene. Maciek był taki naprawdę. Decyzje, które trzeba było podjąć, ale które były wbrew jego sercu, które wymagały nieprzyjemnej rozmowy, odkładał, odsuwał od siebie nieznośnie długo, a potem wybuchał i robiło mu się jeszcze bardziej przykro. Trudno było się z nim kłócić, ale łatwo było się z nim godzić.

Na szczęście te osobiste cechy, zauważalne w stosunkach bezpośrednich z ludźmi, nie ujawniały się w działalności publicznej, redaktorskiej i publicystycznej. Tu nie było taryfy ulgowej. Maciek pilnował zasad etycznych i standardów moralnych w pogmatwanym życiu politycznym III Rzeczypospolitej. Nie poglądy polityczne, tu godził się nie tylko na pluralizm, ale nawet na eklektyzm, lecz normy moralne decydowały o tym, co pisał sam i co publikował innym. Był odpowiedzialnym obywatelem, świetnym dziennikarzem, znakomitym redaktorem, ale przede wszystkim przyzwoitym człowiekiem.

Żegnaj, Przyjacielu. Zostawiłeś po sobie puste miejsce.