To, co deklaruje hucznie SLD, nie ma już na szczęście większego znaczenia. Pozostaje jeszcze kwestia estetyki i wrażliwości moralnej.

Mnie osobiście kampania lewicy dotyka, bo obraża moją inteligencję. Traktuje się mnie, jak i pozostałych Polaków, jak sklerotycznych durniów, którzy ani nie pamiętają, co było wczoraj i przedwczoraj, ani nie rozumieją, co się mówi dzisiaj. Reagują tylko jak sroka na błyskotki i jak małpa mają nadzieję, że na końcu dostaną jednak banana. Polacy są nadal uważani przez SLD, zgodnie z tradycją tej formacji, za nawóz historii, z którego, po odpowiednim udeptaniu, wyrośnie jeszcze lepsza przyszłość aktywistów partyjnych.

Na inauguracji kampanii wyborczej przewodniczący Olejniczak obok zwykłych frazesów o trosce, opiece i obronie powiedział też rzecz groteskową. Stwierdził jednym tchem, że państwo jest nękane rozbuchanąbiurokracją, ale w wizji SLD nie musi być wcale tanie. Pewnie, że nie musi. Nawet nie może. Czynownicy nagrodzeni stanowiskami w biurokracji muszą być drodzy. Za nękanie państwa trzeba im płacić. Skończmy z obłudą w naszych szeregach – wołał także szef SLD, ale chodziło mu o obłudę wyłącznie seksualną. Słusznie, dość bredzenia o bocianach w SLD. Trzeba pokazywać Senyszyn i innych członków.

Całej tej, pięknie opisanej w „Trybunie”, imprezie towarzyszyła nowa pieśń masowa „Uwierzmy w jutro” do słów jakiegoś Andrzeja Ozgi, poetyckiego spadkobiercy Ozgi Michalskiego. „Nie pytaj, co dla siebie możesz z tego mieć. Zapytaj, ile z siebie możesz dać” przypomina sławne powiedzenie Johna F. Kennedy’ego, który był podobny do Szmajdzińskiego, ale tylko z urody. Te słowa są adresowane do wyborców, którzy nie powinni liczyć na akcje Orlenu, stanowiska w radach nadzorczych, mieszanie paliw, ulgi podatkowe i nie powinni o nic pytać. Powinni natomiast dać z siebie głos na SLD i wierzyć w lepsze jutro z Olejniczakiem na czele i całą resztą na zapleczu.

Pięknie pomyślane, ale frajerów u nas coraz mniej. Coraz więcej ludzi pyta nie tylko, co Polska może, ale co powinna dla nich zrobić.