Do wielu dobrych słów, jakie powiedziano i napisano o moim przyjacielu Maćku Łukasiewiczu przy okazji jego śmierci i pogrzebu, do listy zalet, cnót i zasług zmarłego chciałbym dodać jeszcze jedno. Dobre świadectwo, jakie wystawia mu nieobecność na pogrzebie wielu ludzi, po których można się było spodziewać, że jednak przyjdą.

Przyszli tylko przyjaciele. Byłych przyjaciół, których poglądy polityczne i polityczne interesy rozeszły się z prostolinijnymi zasadami Maćka, na cmentarzu nie było. Nie pożegnało Łukasiewicza, w końcu wiceprezesa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i członka Rady Etyki Mediów, całeśrodowisko dziennikarskie. Tylko jego część, z którą widocznie nie wszystkim jest po drodze, nawet gdy ta droga wiedzie do ostatniego już pożegnania.

„Gazeta Wyborcza” nie znalazła miejsca nawet na jedną linijkę tekstu, aby poinformować swoich czytelników o pogrzebie Łukasiewicza. Może dlatego, że na Powązkach nie było nikogo, z punktu widzenia „Gazety”, ważnego: ani Cimoszewicza, ani Michnika, ani Belki. Był tylko sędziwy Tadeusz Mazowiecki.

A może dlatego, że ważniejsze od informacji o pogrzebie współtwórcy wolnych mediów w Polsce i naczelnego redaktora opiniotwórczej gazety okazały się doniesienia o tym, że lesbijki w Ameryce będą płacić alimenty.

Wydawałoby się, że przyzwoitość, o którą tak trudno na co dzień, staje się jednak odruchem w obliczu śmierci. Okazało się, że jej brak może być nawet manifestacyjny. To smutne. Pocieszeniem jest, że Maciek, gdyby mógł, powiedziałby po prostu – pieprzyć to.