rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

Seria pobić Polaków w Moskwie – nie wiadomo, czy już zakończona – stawia pytanie, kto właściwie bije?

Chuligani dla rozrywki? Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa państwa na polecenie władz? Nacjonaliści wielkoruscy w porywie uczuć patriotycznych? Bojówki młodobolszewickie w ramach internacjonalizmu proletariackiego? A może wszyscy naraz?

Pisze się i mówi w związku z tymi incydentami o kryzysie w stosunkach polsko-rosyjskich. To właściwie jest odpowiedź. Ktokolwiek zadawał ciosy, odpowiedzialne są te czynniki na Kremlu, które podsycają niechęć i nienawiść do Polaków. Które okazują nowej, demokratycznej Polsce, zaangażowanej w procesy demokratyzacyjne u wschodnich sąsiadów, demonstracyjne lekceważenie i korzystają z każdej okazji, aby tę Polskę poniżyć i upokorzyć. Zwykłym Rosjanom obraz Polaka jako wroga nie jest do niczego potrzebny, bo żadna propaganda nie jest już w stanie wmówić przeciętnemu obywatelowi Federacji Rosyjskiej, że za jego problemy bytowe odpowiedzialni są Polacy, których trzeba utrzymywać, i którzy na dodatek się buntują. To jest już przeszłość.

Obraz wroga jest potrzebny rosyjskim władzom. Stan zagrożenia jest dla nich użyteczny i w polityce wewnętrznej, i zagranicznej. Największe państwo świata, mocarstwo militarne w upadku nieradzące sobie ani z problemami gospodarczymi, ani społecznymi, podtrzymuje mit oblężonej i zagrożonej twierdzy dla dyscyplinowania społeczeństwa.

Wybrano Polaków do roli czarnego luda. Z powodów zarówno historycznych, jak i aktualnych, takich jak konflikt białoruski i rola Polski na Ukrainie. Jest to działanie nonsensowne i anachroniczne. Moskwa nie powstrzyma w ten sposób przemian na terenach byłego ZSRR ani nie odzyska hegemonii nad Polską. Przypuszczam także, choć tu mogę się mylić, że nie uda się jednak skłócić Polski z UE i NATO i zdegradować Warszawy do roli czynnika zakłócającego dobre stosunki Zachodu z Rosją.

Mamy kryzys, ale nie obwiniajmy za niego Rosjan. Wińmy władze rosyjskie, bo nawet jeśli naszego kolegę Pawła Reszkę pobili chuligani, w co wątpię, to sądzili, że czynią dobrze, bo działają w imię rosyjskiej racji stanu.

Na okrzyk: biją naszych!, pierwszy odruch to biec i ratować. Ale nie w polityce. W polityce, w każdym razie polskiej, najpierw trzeba sprawę przemyśleć, odczekać, czasami dopóki nie zabiją, przestrzec się wzajemnie przed histerią, samooskarżyć o fobie i uprzedzenia, bo to dopiero otwiera drogę do bicia. Jedynie słusznego. We własne piersi, a raczej w piersi rodaków, którzy na bicie naszych nie reagują z zalecanym umiarem.

Józef Oleksy, skazany przez własnych towarzyszy na kandydowanie do Senatu jak na galery, wypowiedział się właśnie w TVN 24 w duchu tradycyjnej polityki wschodniej swojej partii. Trzeba ostrożnie, nie zadrażniać, bez histerii. A przede wszystkim nie nagłaśniać. Na uwagę Grzegorza Miecugowa, że najpoważniejsze polskie dzienniki i tabloidy piszą o biciu w Moskwie polskich dyplomatów na pierwszych stronach, Oleksy uznał, że jest to podejrzane.

W dawnych dobrych czasach by nie pisały. Dawniej Antoni Słonimski mógł na pytanie sowieckiego pisarza, gdzie tu można się wysiusiać, odpowiedzieć zgodnie z prawdą: Pan? Pan może wszędzie. I to było w Warszawie. A teraz w samej Moskwie Rosjanie nie mogą spokojnie pobić Polaka, bo zaraz robi się histeria, psująca humor Oleksemu.

Może tak zamiast do Senatu wysłać Oleksego do Moskwy? Jak będziemy mieli szczęście, zostanie skopany pod ambasadą i wtedy będzie mógł wiarygodniej niż zwykle potępiać polską histerię i wołać bezzębnymi ustami spod bandaży o niezadrażnianie. Zadrażnianie boli.

Nie wszystkie przejawy życia, nie wszystkie zachowania i postępki podlegają przepisom. Jest jeszcze kwestia smaku i bariera przyzwoitości.

Nie gra się marsza żałobnego na ślubie i nie przychodzi w szortach na pogrzeb. Nie pisze się odezw wyborczych grypserą, nawet gdy są skierowane do lumpów, nie dlatego, że mogłyby być nieskuteczne, tylko dlatego, że nie wypada.

To nie wstyd zmienić poglądy, ale nieprzyzwoitością jest uroczyście świętować obce racje i cudze poświęcenia, nie zmieniwszy ani na jotę własnych przekonań i afiliacji.

Parlamentarnym uroczystościom 25. rocznicy Sierpnia i powstania „Solidarności” będą przewodniczyć marszałkowie Sejmu – Włodzimierz Cimoszewicz i Senatu – Longin Pastusiak. Formalnie mają do tego prawo, a nawet mogą je zinterpretować jako obowiązek, skoro zostali wybrani na swoje funkcje przez parlament, wybrany przez naród. Formalnie wszystko jest w porządku.

Pozostaje jeszcze tylko kwestia smaku. Pewnej elegancji w postępowaniu. Zdolności do usunięcia się w cień, aby nie podważać znaczenia uroczystości dwuznacznością własnej osoby i postawy. Obu panom, którzy 25 lat temu, a i później, krzepko dzierżyli drzewce czerwonego sztandaru, którym ich towarzysze walili po głowach sprawców Sierpnia i twórców „Solidarności”, brakuje smaku i nie dostaje wstydu. Marszałkowi Cimoszewiczowi, który nie zgodził się na przewodnictwo w uroczystościach Władysława Bartoszewskiego, najwspanialszego z żyjących Polaków, dodatkowo brak jest poczucia przyzwoitości.

Być może powodem tych niesmacznych zachowań są obie kampanie wyborcze. To tym gorzej. Ludzie, którzy nie odcięli się od dawnych konformizmów, uprawiają teraz okazjonalnie nowe, licząc na uwiąd pamięci zbiorowej i doraźne korzyści. Chcą rządzić wszystkim, także historią. Dlatego urządzą nam niegodne i niesmaczne obchody rocznicy dni, w których Polacy upomnieli się o swoją godność.

Bardzo interesująca jest dyskusja, jaka rozpętała się wokół propozycji Ministerstwa Edukacji wprowadzenia powszechnych opłat za studia. Interesująca przede wszystkim z powodów psychologicznych.

Otóż wszyscy uczestnicy tej dyskusji, zarówno liczni przeciwnicy pomysłu minister Radziwiłł, jak i nieliczni zwolennicy, wydają się naprawdę wierzyć, że istnieje coś takiego, jak studia wyższe za darmo. To znaczy studia, które nikogo nic nie kosztują. Nie ma tak dobrze. Nigdzie na świecie. Nie istnieją nie tylko darmowe studia wyższe, ale nawet pierwsza klasa szkoły podstawowej. Zupełnie tak samo, jak nie ma darmowych posiłków.

Za wszystko ktoś płaci. Darmowe świadczenia, o istnieniu których Polacy są gremialnie przekonani, to po prostu takie, za które nie płaci ich beneficjent, tylko ktoś inny. Kto nie studiuje, nie chodzi do szkoły i nie korzysta z kuchni brata Alberta.

Polska nie jest już socjalistyczna w sensie centralnie regulowanej gospodarki, ale jest socjalistycznym państwem gigantycznych transferów uzasadnianych egalitarną ideologią. Jak zresztą większość krajów europejskich. Wszyscy płacą częścią swojej pracy – zresztą coraz większą – za wszystko i wszystkich. Za wszystko, co darmowe, subwencjonowane i dotowane, nie tylko studia. Ma to także ten swój urok, że nikt już nie wie, ile co kosztuje naprawdę, w sensie rynkowym. Łącznie z miejscem na studiach.

Niemal wszystkie partie, startujące w nadchodzących wyborach, mają w swoich programach utrzymanie i rozszerzenie transferu społecznego, to znaczy zabierania i dawania. Często tym samym obywatelom. Czego w programach nie można wyczytać, to generalnej strategii ludzi dążących do władzy – ugruntowania w ludziach poczucia, że są całkowicie zależni od państwa i tych, co państwem rządzą. Nie ma nic bardziej atrakcyjnego dla polityka, jak upozowanie się na dobroczyńcę i szlachetnego rozdawcę dóbr publicznych, oczywiście gratis.

Jest mnóstwo sposobów rozwiązania problemu dostępu do studiów dla naprawdę biednych i zdolnych – od stypendiów po kredyty – które nie muszą ograniczać indywidualnych swobód ekonomicznych wszystkich pozostałych. Ale Polacy wolą, zdaje się, wierzyć, że politycy mają pełne kieszenie darmowych łakoci i trzeba tylko wybrać tych, którzy będą je rozrzucać przed Sejmem.

Sierpień to miesiąc zastępstw. Wszyscy wszystkich zastępują. Oczywiście z wyjątkiem tych, którzy są niezastąpieni. W porannej audycji Radia TOK FM Janinę Paradowską zastąpił Jacek Żakowski. Mogłoby się wydawać, godne zastępstwo, ale bogać tam. Gdzie tam Paradowskiej do Żakowskiego. Nawet ona i nawet o 7 rano czegoś takiego by nie wymyśliła.

Żakowski zasmucił się mianowicie faktem, że w Polsce ukazują się rozmaite dzienniki i różne tygodniki, które bardzo różnie interpretują rzeczywistość, na dodatek odmiennie kształtując świadomość swoich czytelników. Skutek jest przerażający, bo czytelnicy „Gazety Wyborczej” coraz bardziej oddalają się światopoglądowo od czytelników „Naszego Dziennika”, a czytelnicy „Polityki” od tych, którzy wybierają „Wprost”. W rezultacie Polacy na skutek rozmaitych lektur tracą coraz bardziej swoją wspólną tożsamość.

To straszne. Trzeba coś z tym zrobić. Przychodzą mi do głowy dwie radykalne metody. Albo zakazać, albo nakazać. Zakazać innych gazet niż „Wyborcza” i innych tygodników niż „Polityka”. Albo nakazać, żeby żadne pismo nie różniło się od innego, a wszystkie drukowały tylko treści bliskie Żakowskiemu, to znaczy wzmacniające wspólną tożsamość. Niestety, żadna z tych metod dobrze nie rokuje, bo przerabialiśmy w niedawnej historii obie, a mimo to Polacy podzielili się akurat 25 lat temu na „Solidarność” i PZPR.

Ten podział trwa do dziś i niegłupio by było, gdyby Żakowski wystąpił na gdańskich uroczystościach z referatem o szkodliwości wolności prasy, pluralizmu poglądów i różnic światopoglądowych. Referat mógłby być transmitowany na żywo na Białoruś, a potem wydany w formie broszury ze wstępem Łukaszenki.

Nie wiadomo natomiast, kogo Żakowski zastąpił w „Gazecie Wyborczej”, pisząc komentarz o milczeniu prezydenta Kwaśniewskiego. Pewnie Stasińskiego. W każdym razie, zdaniem Żakowskiego „milczenie głowy państwa to dla Łukaszenki kłopot nieporównanie większy niż jakiekolwiek wypowiedziane przez polskiego prezydent zdanie”. Prawda.

Według moich informacji Łukaszenko nie śpi po nocach, denerwuje się i dzwoni co chwila do ambasady w Warszawie: – Powiedział coś? Nadal nic? To straszne. To już koniec. Chyba podam się do dymisji. Gdyby wszystkie gazety i czasopisma milczały tak, jak Kwaśniewski, reżim na Białorusi by upadł, a obywatele RP odzyskali dawną, wspólną tożsamość.

Propozycja nadania prześladowanym przedstawicielom polskiej mniejszości na Białorusi obywatelstwa polskiego jest emocjonalnie zrozumiała. Nie mam tylko pewności, czy jest racjonalna. W takim państwie bezprawia, jakie urządził reżim Łukaszenki, podwójne obywatelstwo dla aktywistów ZPB może się skończyć odebraniem im obywatelstwa białoruskiego i wydaleniem do Polski. Szlachetny zamiar, jakim jest stworzenie dodatkowej ochrony dla ludzi broniących praw obywatelskich polskiej mniejszości – zapisanych w międzynarodowych umowach, które Białoruś łamie i lekceważy – może przynieść zupełnie odwrotne skutki: doprowadzić do przyspieszonej likwidacji samorządności i niezależności polskiego życia na Białorusi.

Jesteśmy w klasycznej pułapce, jaką zawsze buduje starcie uniwersalnych praw człowieka i łamiącej je dyktatury. Nie mamy możliwości odwetu. W dyplomacji można zastosować retorsje. Na wydalenie odpowiedzieć wydaleniem. Ale nie ma sposobu, aby na aresztowanie Polaka w Grodnie odpowiedzieć aresztowaniem Białorusina w Białymstoku. Na degeneracje prawa u sąsiada nie odpowiada się degeneracją własnego prawa. Polska nie uznaje oficjalnie podwójnego obywatelstwa, co najwyżej je toleruje. Łukaszenko nie będzie go nawet tolerował.

Jedyne, co można zrobić realnie, to prowadzenie przy wsparciu UE, albo i bez niego, kampanii informacyjnej. Jeszcze kilka lat temu można było spotkać na Białorusi ludzi, którzy nie wiedzieli, że NRD przestała istnieć. Sowiecka Białoruś istnieje realnie, nie tylko w tytule gazety rządowej. Niewiedza i ciemnota są najlepszymi sprzymierzeńcami kołchoźnika Łukaszenki. Trzeba jak najszybciej stworzyć niezależne, białoruskie radio. Oddać część czasu antenowego TV Polonii Białorusinom. Rozpocząć dialog z intelektualnymi kręgami Białorusi na łamach wydawanego w Polsce czasopisma. Pomóc w wydawaniu kanonu wolnościowego piśmiennictwa światowego. Zrobić to, co Jerzy Giedroyc i inne ośrodki emigracyjne zrobiły dla Polski.

Powinniśmy też być miejscem azylu politycznego dla prześladowanych Białorusinów, w tym pochodzenia polskiego. Azylem, z którego będą mogli wrócić, aby budować demokratyczną Białoruś.

Nie jestem redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej”. W ogóle nie jestem redaktorem. Jestem skromnym felietonistą. Mimo to, często jestem atakowany jako współodpowiedzialny za cudze teksty na tych łamach i cudze myśli albo ich brak.

Otóż nie jestem w żaden sposób odpowiedzialny za wczorajszy artykuł Janusza A. Majcherka ” Wstydliwa rocznica”, którego naczelnym przesłaniem jest głęboka niesprawiedliwość układów poczdamskich. „Gdyby dziś zastosowano gdziekolwiek takie zasady rozwiązywania problemów, jakie przyjęto w Poczdamie, uznane by to zostało za łamanie prawa międzynarodowego i praw człowieka”. To stwierdzenie nie jest dla mnie żadną rewelacją. Mieszkając 16 lat w Niemczech, słyszałem je bez przerwy, od neonazistów i wypędzonych. Teraz odezwał się Polak i to jest nowa jakość.

Cała historia ludzkości, od wojny trojańskiej, jest sprzeczna z obowiązującym dziś prawem międzynarodowym i współczesnymi prawami człowieka. Żeby daleko nie szukać, bombardowanie szpitali i kościołów, łapanki i egzekucje uliczne, rozstrzeliwanie jeńców, palenie żywcem rannych, obozy koncentracyjne i komorygazowe także. Dzisiejszy, akceptowany przez nas porządek moralny jest rezultatem historii. Projekcja dzisiejszych norm wstecz, na Poczdam, nie inaczej niż na bitwę pod Cedynią albo Psie Pole, to po prostu anachronizm historyczny.

Druga wojna światowa, wraz z jej skutkami, łącznie z Poczdamem, była rezultatem podważania przez Niemcy traktatu wersalskiego, nazywanego dyktatem. Teraz mowa jest o dyktacie poczdamskim. Jeśli mówią o tym Niemcy, ma to swoją logikę. Jeśli przyznaje to Majcherek, to obłęd. Poczdam jest jak Wersal. Jego kwestionowanie stawia pod znakiem zapytania praworządność istnienia dzisiejszej Polski. Mogę tylko zacytować Słonimskiego: – Proszę pamiętać, że byłem przeciw.

Po 1989 roku kilku dziennikarzy rozpoczęło karierę dyplomatyczną. Zostali ambasadorami, ekscelencjami, ministrami nadzwyczajnymi i pełnomocnymi.

Nie wiem, czy byli lepszymi dyplomatami niż dziennikarzami, czy na odwrót, bo do napisania artykułu trzeba jednak innych kwalifikacji niż do napisania raportu dla MSZ. W raporcie liczy się tylko treść, w artykule ważna jest także forma.

Jednym z dziennikarzy, którzy poszli w dyplomaty, jest Jerzy Surdykowski, znakomity reporter, a potem konsul w Nowym Jorku i ambasador kolejno w Tajlandii, na Filipinach i w Birmie. Teraz Surdykowski opublikował w „Gazecie Wyborczej” bardzo efektowny i formalnie atrakcyjny artykuł „Saturnalia III Rzeczypospolitej”. Istny fajerwerk. Tytułowe saturnalia, święto głupców, władza motłochu, magiel, Kulczyk jak Sokrates zmuszony do wypicia cykuty, granat w lustracyjnymszambie, lincz, „Proces” Kafki, paskudzenie autorytetów, pornografia. Polska, od czasu kiedy Surdykowski wyjechał, aby ją reprezentować w dalekich krajach, bardzo się obsunęła. Na szczęście wrócił i wykrzyczał swoje „J’accuse”.

Ale to tylko forma. Z treści jest w tym dużym tekście tylko jedno: stwierdzenie, że w teczkach jest tylko wszelki gnój życia, kochanki i kochankowie, dewiacje seksualne i psychiczne, domowe awantury i nałogi, drobne podłości i niewyżyte ambicje. Nie wiem, co jest w teczkach, bo ich nie znam.

Nie jestem tak dobrze poinformowany, jak Surdykowski, czym zajmowała się bezpieka. Wiem tylko, że celem lustracji jest ujawnienie konfidentów i agentów, a nie słabości i grzechów ich ofiar. Nie było jeszcze przypadku, aby w ramach lustracji wyciągnięto osobie prześladowanej dewiację seksualną albo opilstwo.

Spór toczy się, czego być może z Birmy nie było widać, o ujawnianie, że donosiciele donosili, tajni współpracownicy współpracowali, a konfidenci pisali raporty. To trochę co innego i wątpię, aby dało się znaleźć równie efektowną formę dla obrony konfidentów przed obrzucaniem ich błotem ich własnych postępków.

Już zapomniałem, że tak niedawno kandydatem SLD na prezydenta był Jerzy Szmajdziński, ale jeden z czytelników (dziękuję) przysłał mi wycinek z „Nowin Jeleniogórskich” z 11 lipca i sobie przypomniałem. Jest to artykuł byłego kandydata pod tytułem „Szanowni Państwo”, który niewykluczone, że został wygłoszony jako przemówienie jeszcze kandydata do członków SLD. Druk przemówień partyjnych to piękny, niestety zapomniany obyczaj. A w Jeleniej Górze wszystko jak dawniej, zabrakło tylko wtrętów w nawiasach o reakcji audytorium – burnyje apłodismienty, prochodiaszczije w owacju.

Czegóż nie ma w tym przemówieniu. Jest szczerość: potrzebujemy ludzi, którzy politycznie, intelektualnie i psychicznie będą w stanie sprostać prawicy. Ale nie ma wskazówki, skąd ich wziąć. Jest troska o naród: konstytucja jest polskiej prawicy nienawistna, chcą ją wyrzucić do kosza, chcą do kosza wyrzucić werdykt narodu wyrażony w referendum, skoro naród tak chciał, tym gorzej dla narodu. Jest wyobraźnia: jak w Polsce będą działały instytucje państwowe, można sobie wyobrazić, obserwując wyczyny IPN, mimo kompromitującego dla tej instytucji przebiegu sprawy Józefa Oleksego. Jest zgroza: któryś z panów Kaczyńskich powiedział, że także potomkowie członków PZPR są zagrożeniem dla Rzeczypospolitej. No i oczywiście nie zabrakło rozeznania generalnego: to nie jest zwykła wojna na teczki. To jest wojna o historię, czyli prawdę o życiu milionów ludzi. A prawda, wedle byłego kandydata, jest taka, że lojalność obywateli wobec PRL, pomoc jej udzielana nie są żadnym powodem do oskarżeń, ani tym bardziej do wstydu.

Propozycje pozytywne Szmajdzińskiego: koniec z podziałami, koniec ze swarami. Kłócić się i rozliczać będziemy kiedy indziej. Teraz nie ma na to czasu. Bardzo pięknie.

Wygląda na to, że następca Włodzimierz Cimoszewicz też mógłby wygłosić takie przemówienie, które mogłoby zostać wydrukowane nie tyko w Jeleniej Górze, ale nawet w Kielcach.

Kiedy Mikołaj I radził się pewnego sławnego z mądrości rabina, co robić, bo Niemcy chcą mu zabrać Kowno, rabin odparł, że przepisałby Kowno na carycę.

Gdyby coś uniemożliwiło Cimoszewiczowi kandydowanie, to przywołując rady mądrego rabina, zawsze można wrócić do Szmajdzińskiego. Różnica żadna, program ten sam i takie piękne przemówienie by się nie zmarnowało.

Sądząc z wypowiedzi polityków, programów partyjnych i deklaracji, ktokolwiek wygra, czeka nas epoka powszechnej szczęśliwości, sprawiedliwości, ze szczególnym uwzględnieniem społecznej, oraz dobrobytu dla wszystkich. O konkretach wiemy niewiele, właściwie nic. Na szczęście, udało mi się dotrzeć do tajnych planów powyborczych, które ujawniam, żebyśmy wiedzieli, co nas czeka.

Posłowie otrzymają sorty mundurowe. Lewica będzie nosić mundury czerwone, prawica czarne, Samoobrona pasiaki łowickie, a liberałowie nie mają nic do ukrycia. Dla ministrów lampasy i akselbanty. Czapki maciejówki. But w butonierce. W kieszeni gwoździe do zagwożdżania. W kolumnie transportu Biura Ochrony Rządu – taczanki. W bufecie – żelazne porcje. Przeszłość można otworzyć tylko kluczem do konserw. Przyszłość bagnetem. Raz na tydzień łaźnia. Kto głosuje przeciw projektom rządowym, myje korytarz sejmowy szczoteczką do zębów, polecaną przez Towarzystwo Stomatologiczne.

Kandydat na prezydenta Maciej Giertych zapowiada, że po zwycięstwie jako zwierzchnik sił zbrojnych nakaże oddziałom wojska rozpoczynanie marszu prawą nogą. Zdaniem Giertycha ruszanie lewą nogą wzmacnia lewicę. Podoficerowie zamiast komenderować: lewa, lewa… będą wołać: prawa, prawa… Projekt poparł Andrzej Lepper, ponieważ na skutek katastrofalnej suszy słomy będzie w tym roku znacznie mniej niż siana. Włodzimierz Cimoszewicz oświadczył, że nie odda lewej nogi, a nawet wprowadzi salutowanie lewą ręką. Tylko mańkuci będą mogli salutować prawą, ale wyłącznie w latach przestępnych.

Czeka nas świetlana przyszłość.


  • RSS