rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2005

To, że ludzie – politycy to też ludzie – uczestniczący w publicznych, telewizyjnych dyskusjach mówią wszyscy naraz, przerywając sobie wzajemnie i przekrzykując się dla wymuszenia pierwszeństwa, to nawet dobrze. Dzięki temu nikogo z nich dobrze nie słychać i publiczność nie rozumie, o co chodzi. Gdyby dyskusja odbywała się z przestrzeganiem zasad dobrego wychowania, a publiczność mogła rozeznać, kto mówi i co mówi, mogłaby się zniechęcić i do tych dyskutantów, i do polityki w ogóle. A tak widzowie słysząc najczęściej frazy – ja panu nie przerywałem, czy mogę dokończyć?, pani redaktor, ja mogę wyjść oraz wezwania o trochę kultury bawią się świetnie, idą spać odprężeni i nie dręczą ich w nocy koszmary zrealizowanych, jedynie słusznych wizji.

Bardzo dobry obyczaj, ale skoro o odrobinie kultury mowa, to pojawił się przy okazji takich dyskusji obyczaj nowy, już mniej zabawny – niepodawania rąk adwersarzom. Siada taki dyskutant uważający się za Koronę Stworzenia i Miarę Wszechrzeczy wśród innych, gada i pytluje do swoich współdyskutantów, a potem wyniośle nie podaje im ręki. Pokazuje, jak bardzo nimi gardzi. No to, po co w ogóle zgodził się przebywać w ich towarzystwie. Trzeba było siedzieć w domu, a nie postponować się po ekranach tv z podludźmi, nie zasługującymi na uścisk dłoni.

Bokserzy podają sobie ręce przed walką, a po walce ten, który dostał w zęby i został wyliczony ściska tego, który mu przywalił. Średniowieczni rycerze całowali się przed turniejowym pojedynkiem, a zwycięzca często podrzynał gardło pokonanemu, żeby się nie męczył. Stąd sztylet nazywał się mizerykordia. Australijscy buszmeni ze szczepu Walbiri nie tyko ściskają ręce innym Aborygenom, ale na znak zaufania i szacunku także inne części ciała.

Ba, powie ktoś, dzikusy. Nie jestem pewien, kto tu jest dzikusem. Dla mnie dość barbarzyński jest zwyczaj dyskwalifikowania tych, z czyimi poglądami się nie zgadzamy, czyich sądów nie podzielamy jako ludzi godnych, wobec których obowiązywać powinny normy kultury i dobrego obyczaju. Chamstwo nie jest najlepszym narzędziem polityki. Zaczniemy od niepodawania rąk, a skończymy na okładaniu się po gębach.

Trudno mówić o postępie, skoro dawniej budził ludzi kogut, a teraz budzą nas politycy poranni, już z pierwszą zorzą piejący po wszystkich rozgłośniach. Wczoraj obudził mnie przewodniczący Frasyniuk.pl, ale długo nie mogłem się połapać, czy to już jawa, czy jeszcze koszmarny sen.

Frasyniuk oświadczył w Trójce pani Pieńkowskiej, że cieszy się z tego, iż w Polsce jest chociaż 4 procent ludzi przyzwoitych, którzy chcą głosować na demokratów, a na uwagę dziennikarki, że tych przyzwoitych jest zaledwie 1 procent, odparł, że to nie szkodzi, bo i na tym można już budować.

Piękna ocena narodu i elektoratu. 99 procent Polaków jest nieprzyzwoitych. Jak w Sodomie znalazł się na szczęście Frasyniuk i dziewięciu dalszych przyzwoitych, których można wymienić po nazwisku. Polska może być zbawiona. Ledwo wyłączyłem pianie Frasyniuka, odezwał się telefon. Tym razem to nie był Tober, ani Olejniczak, tylko pierwszy rozmówca z pretensjami, że zbyt lekceważąco potraktowałem telefoniczną akcję wyborczą SLD. – Nie dawałem Olejniczakowi swego numeru telefonu – dowodził mój interlokutor – ani nikogo do tego nie upoważniłem. To znaczy, że sobie nie życzę, żeby dzwonił i proszę to uszanować.

Dziwna jest w tym wszystkim bierność pani głównej inspektor danych osobowych Ewy Kuleszy. W biurze numerów TP SA nie można się dowiedzieć żadnego numeru, a tu tymczasem SLD dostaje do wykorzystania 7 milionów numerów prywatnych bez żadnej reakcji. Mnie to nie dziwi. Gdyby wśród tych numerów był telefon Humera, gdyby udostępniono SLD i to za pieniądze numery ubeków i ich konfidentów, pani Kulesza zawiadomiłaby prokuraturę o popełnieniu przestępstwa. A tak, wszystko jest widać w porządku i żadne naruszenie prawa nie nastąpiło.

Generalnie miała rację moja ciotka, która jeszcze przed wojną nie chciała sobie założyć telefonu, bo – jak powiedziała – nie życzy sobie, żeby byle kto na nią dzwonił.

Nie mam tyle szczęścia co inni, do których telefonuje Włodzimierz Olejniczak. Do mnie dzwoni tylko Michał Tober. Widać nie zasłużyłem na Olejniczaka. Pociesza mnie jedynie to, że ja też nie mogę powiedzieć Toberowi, co o nim myślę, tak jak inni nie mogą odpowiedzieć Olejniczakowi, bo liderzy SLD nagrani są na taśmę. A trudno kłócić się z urządzeniem. Ale można by je wyłączyć. Kampania wyborcza latoś wielce jest obfita.Czym chata bogata. Kandydaci prześcigają się w pomysłach. Pan Ryszard Adamus, kandydat PO z Warszawy, wydał „Ekspres Wyborczy” poświęcony własnej osobie. Główne hasło: Adamus zna wszystkich, wszyscy znają Adamusa. Ilustrują je zdjęcia kandydata z Jolantą Kwaśniewską, Adamem Małyszem, Piaskiem Piaseckim, Olafem Lubaszenką, Stefanem Friedmannem, Jerzym Engelem, Kazimierzem Górskim, Tygrysem Michalczewskim oraz żoną Marzeną. Rzeczywiście, prawie ze wszystkimi. A skoro Adamus zna prawie wszystkich, to prawie wszystko może załatwić. Jak to w Polsce.

Kandydat niezależny do Senatu Piotr Paweł Lewandowski propaguje siebie i swoją książkę „Samoleczenie metodą B.S.M.”, która kosztuje razem z CD tylko 14 zł. Samoleczenie – polegające naprzykładaniu sobie rąk do głowy – pomaga na wszystko, łącznie z nowotworami. Tylko nie wiadomo po co przykładać, skoro Lewandowski obiecuje nam jeszcze reformy systemu zdrowia na wzór chiński.

Branie wyborcy pod prostatę zastosował kandydat SLD na Mazowszu, prywatnie dyrektor SPZZOZ w Płońsku, Paweł Obermeyer. W jego mieście rozplakatowano informację, że specjalista urolog będzie w miejscowym szpitalu bezpłatnie badał per rectum prostaty mężczyzn po 40. roku życia. „Badania odbędą się pod patronatem i przy udziale Radnego Województwa Mazowieckiego, Dyrektora SPZZOZ w Płońsku Pawła Obermeyera”. Wyborco, masz kłopoty przy siusianiu, głosuj na Obermeyera. Zaraz ci przejdzie.

Uczyć się od Schrödera, to uczyć się zwyciężać. Przewodniczący SLD Wojciech Olejniczak złożył wczoraj byłemu kanclerzowi Niemiec gratulacje z powodu wspaniałego zwycięstwa w wyborach. Olejniczak jest drugim, obok samego Schrödera, człowiekiem w Europie, który jest przekonany, że 34 procent to więcej niż 35 procent.

Mediom polskim pan przewodniczący zarzucił, że fałszywie przedstawiają rezultaty wyborów w Niemczech oraz możliwe wyniki polskich wyborów, w których wykluczają zwycięstwo SLD. Olejniczak ma rację, gdyby nie media, Polacy byliby nadal przekonani, że rządzi nimi Jaruzelski i że już widać światło w tunelu.

Całe wystąpienie Olejniczaka o wyborach przypomniało mi proces byłego burmistrza Drezna, późniejszego premiera NRD, oskarżonego o sfałszowanie wyborów. Modrow powołał na eksperta wschodnioniemieckiego profesora prawa o ładnym nazwisku Sorgenicht (dosłownie: nie martw się), który oświadczył, że prawdziwie wolne i demokratyczne wybory są wtedy, gdy wygrywa lewica, a kiedy lud jest niesforny, trzeba pomóc demokracji. Sorgenicht uczył się demokracji w III Rzeszy, w ZSRR i w NRD, Olejniczak jest od niego o dwa, może nawet trzy pokolenia młodszy, a sposób myślenia mają taki sam. Co to jednak znaczy dobra profesura.

Olejniczak rozprawił się też z Tuskiem, jak jego poprzednicy ze stonką ziemniaczaną i coca-colą. Najpierw oburzył się, że Tusk ma zamiar obniżyć emerytury dla funkcjonariuszy SB, a przecież, jako polityk pragmatyczny mógł zapowiedzieć, że jeśli on, Olejniczak, dojdzie do władzy, emerytury te podniesie. Byłby to program pozytywny, obietnica, w której realizację wszyscy by uwierzyli, i powód do masowego głosowania na SLD wszystkich Polaków, zwłaszcza tych, którzy nie byli funkcjonariuszami. Straszenie krwawym Tuskiem skończyło się wyrażeniem przez Olejniczaka nadziei, że po wyborach Tusk wtrąci go do więzienia. Widocznie Olejniczakowi palma odbiła, oczywiście męczeńska.

Ja to już dawno przewidziałem kandydatów na męczenników uganiających się po Polsce za lwami i oprawcami. Olejniczak jest pierwszy, jeśli nie liczyć Kwaśniewskiej ze skrwawionym sercem.

W pamiętnym roku 1981 napisałem tekst zatytułowany „Przemówienie króla Ludwika XVI Burbona wygłoszone dnia 17 lipca 1789 roku na ratuszu w Paryżu”. Przemówienie skonfiskowała cenzura, a ponieważ na fali odnowy obowiązywała już ustawa o cenzurze, dostałem oficjalne pismo z decyzją. Nie dopuszcza się do publikacji utworu pt. „Przemówienie króla Ludwika XVI…”, a dalej było uzasadnienie: „Ponieważ poniża i wyszydza w opinii publicznej konstytucyjne organy władzy PRL”.

Przypomniała mi się ta anegdota, kiedy przeczytałem, że kierownictwo TVP zawiadomiło prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Komitet Wyborczy Narodowego Odrodzenia Polski, w którego spocie reklamowym można usłyszeć apel do wyborców: „Masz szanse zastąpić zeświniony folwark zwierzęcy swoimi przedstawicielami. Zamiast chlewu – wybierz parlament”. Telewizja publiczna podejrzewa, że zaszedł tu przypadek „publicznego znieważenia lub poniżenia konstytucyjnych organów RP”.

Nie jestem zwolennikiem Narodowego Odrodzenia Polski. Nawet nie wiem, co to jest. Ale zapewne to grupa obywateli RP, którym kończący kadencję Sejm się nie podoba. A musi? W końcu ten Sejm nikomu się nie podoba. O złodziejach, przestępcach, nierobach i głupkach sejmowych mówią wszyscy, nie wyłączając posłów. Całe nasze życie publiczne, jak można się dowiedzieć od autorytetów, których nikt nie skarży w prokuraturze, to szambo, bagno, rynsztok.

Wszystko jest tylko kwestią doboru środków ekspresji. Jak powiadał Haszkowy jednoroczny ochotnik Marek, jest różnica między powiedzeniem „jesteś bydlę” a deklaracją „panie jednoroczny ochotniku, pan jesteś bydlę”. Mamy środki wyrazu dobrane do sytuacji społecznej i poziomu dyskursu publicznego. Nie ma powodu mieszać do tego prokuratury.

Po odwołaniu cenzura zwolniła przemówienie Ludwika XVI, którego główne przesłanie brzmiało: „Monarchizmu bronić będziemy jak niepodległości Francji”. Profesor Jan Baszkiewicz powiedział mi wówczas, że król wyrzekł wtedy do rewolucyjnego tłumu tylko jedno zdanie: „Panowie, możecie liczyć na moją lojalność”. Obie kwestie zostały wygłoszone w innych czasach, o których mówi się, że były lepsze.

Coraz częściej wraca do mnie melancholijnie fraza z „Martwych dusz” Mikołaja Gogola: „Jeden tam tylko jest porządny człowiek -prokurator, ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”.

To było dawno. Carska Rosja, złote ruble, czyli świnki, Ochrana, czyny (rangi) i ordery św. Anny i św. Włodzimierza. Teraz mamy III Rzeczpospolitą i co się zmieniło? Nie ma złotych świnek. Ale, „prawdę mówiąc, świnie” – pozostały.

To, co się dzieje w prokuraturze, wystarczyłoby nie tylko na solidną farsę, ale nawet na cały serial telewizyjny. Ileż już było w tej sztuce aktów. Czy ktoś jeszcze pamięta niezwykłe przygody i zadziwiające wypowiedzi prokuratora Kapusty? Jeszcze nie umilkła owacja audytorium po scenie z prokuratorem Kauczem, a już niezawodny inscenizator, minister prokurator generalny Kalwas wprowadził na proscenium prokuratora Nocunia z bagażem PRL-owskich zbrodni i całkiem współczesnymi komputerami przedsiębiorcy Kluski.

Trwały wciąż wzgardliwie przyjęte, bo przecież głosy z galerii się nie liczą, protesty ofiar, a już zaserwowano nam kolejne zaciśnięcie węzła dramatycznego na szyi prokuratora krajowego Karola Napierskiego. Pan Napierski, na co znalazły się dokumenty, w odpowiedzi na skargę opozycjonistki pobitej przez czterech drabów z SB to ją oskarżył o napad. Piękna retrospekcja, filigranowa kobieta napędzana kartkami na wołowe z kością i podziemną bibułą tłucze bezlitośnie osiłków osłabionych posiłkami w stołówce MSW. Taka siostra Karamazow, żeby pozostać w kręgu literatury rosyjskiej. Jeszcze dziś łzy się cisną do ócz, jak zapewne wtedy prokuratorowi Napierskiemu.

Ja rozumiem, wtedy był inny teatr, inny reżyser i grano inną sztukę. To dlaczego obsada została do dziś ta sama? Potrzeba nam Gogoli i Szczedrinów, ale jeszcze bardziej potrzebny nam jest remont tego teatru lalek i wietrzenie. Trzeba powyrzucać te kukły z dawnych czasów, poprzecinać sznurki marionetek. Stać nas chyba w wolnej Polsce, żeby przynajmniej prokurator nie był, jak za Gogola, prawdę mówiąc, świnią.

Włodzimierz Cimoszewicz po własnej rezygnacji z właściwą sobie szczerością powiedział, że nie widzi wśród pozostałych kandydatów żadnej osoby godnej stanowiska prezydenta. Bardzo piękna wypowiedź, po której większość Polaków powinna pójść do okulisty, gdyby miała szanse na terminwizyty jeszcze przed wyborami, po okulary korekcyjne. Gdyby Leszek Bubel zrezygnował, nie mógłby powiedzieć niczego innego. Andrzej Lepper mówi to samo, nie rezygnując. Jednak gest Cimoszewicza napawa lękiem. Zostaliśmy sami, Polacy, wydani na pastwę Tusków, Kaczyńskich i Borowskich. Robi się strasznie. Rozdziobią nas kruki, wrony.

Nie wiem, jak Państwo (polskie – podobno ma się zwalić do rynsztoka), ale ja jestem niepocieszony. Zrezygnował jedyny niezależny kandydat bezpartyjny. A ja jestem, jak znakomita większość Polaków, niezależnym wyborcą bezpartyjnym i chciałbym głosować na kogoś ze swoich. Na bezpartyjnych. Bez Cimoszewicza jestem tej szansy pozbawiony. Pozostali sami partyjni. W podobnej sytuacji są zakonnicy z klasztoru żebraczego SLD pod wezwaniem Włodzimierza-męczennika. Też nie mają na podorędziu żadnego innego bezpartyjnego, a na partyjnego Borowskiego nie chcą głosować. Mają dość układów i partyjniactwa.

Gest Cimoszewicza mógłby przejść do historii, gdyby miejsce nie było już zajęte przez gest Kozakiewicza. Pokazać taki gest w Moskwie, to jednak ładniejsze, niż robić to w Warszawie. Zwłaszcza gdy się nie wygrywa.

Są funkcje i zawody, do wykonywania których trzeba mieć specjalne kwalifikacje. Głusi nie mogą być dyrygentami chórów i orkiestr symfonicznych. Mogą być najwyżej piosenkarzami. I bywają. Daltonistów nie dopuszcza się do prowadzenia lokomotyw, a nawet tramwajów, ale prywatnymi samochodami mogą jeździć. Lekarz powinien być wrażliwy na ludzkie cierpienie, ale jeśli nie jest, może zawsze zająć się medycyną sądową, czyli zimną chirurgią, albo zostać ministrem zdrowia.

Pan Włodzimierz Olszewski, obecny rzecznik interesu publicznego, mianowaniem pułkownika SB Waldemara Mroziewicza na dyrektora Biura RIP i późniejszą, upartą obroną tej decyzji, a zwłaszcza niedostrzeganiem niczego niestosownego w tej nominacji, udowodnił, że na stanowisko rzecznika się nie nadaje. Brakuje mu wrażliwości moralnej, niezbędnej do piastowania takiej funkcji. Jest głuchym dyrygentem i ślepym na kolory maszynistą. Dał się ponieść karierze bez protestu, bo nie wie, że nie słyszy i nie widzi.

Niby nie ma katastrofy. Może się wydawać, że błąd został usunięty razem z Waldemarem Mroziewiczem. Ale to nie taki proste. Sędzia Olszewski nadal jest rzecznikiem, a ludzie chcieliby wiedzieć, czyim.

Interesu publicznego, sformułowanego w ustawie o lustracji, czy interesów ludzi, których przed tą ustawą trzeba bronić. Podobno z komputera RIP zniknęła lista kilkuset nazwisk osób podejrzewanych o współpracę z SB, pozostawiona przez sędziego Nizieńskiego. Podobno takiej listy w ogóle nie było. Podobno nie było także SB i instytucji tajnych współpracowników. Jesteśmy o krok od tezy, że podobno nie było PRL.

Podobno takie nieistnienie jest w interesie publicznym.

Do sprawy wmieszała się niezawodna Ewa Kulesza, główna inspektor ochrony danych osobowych, wzywająca prokuraturę do ścigania. Wcale nie tych, którzy listę zniszczyli, tylko tych, którzy ją sporządzili. Ochrona danych polega u nas już nie tylko na utajnianiu archiwów historycznych, ale także na ich niszczeniu. To już obłęd.

Patrząc na rezultaty przedwyborczych rankingów, zaczynam podejrzewać, że za Olszewskim, Kuleszą, warszawską prokuraturą stoją PO z PiS. Ci ludzie pracują przecież skutecznie na IV Rzeczpospolitą.

To, co mnie najbardziej zdziwiło w procesie, jaki ksiądz prałat Henryk Jankowski wytoczył pisarzowi Pawłowi Huelle, to wypowiedź powoda – jestem w wolnej Polsce i mogę mówić to, co chcę. Ja bym się z tym stanowiskiem w pełni zgodził, gdyby ksiądz Jankowski całkowitą swobodę słowa traktował jako prawo człowieka i obywatela przysługujące każdemu. Ale wtedy nie biegłby do sądu ze skargą na Pawła Huelle, który też przecież żyje w wolnej Polsce. A tak wygląda na to, że prałat wolność słowa, wypowiedzi i ocen rezerwuje tylko dla siebie. Polska jest wolna po to, żeby Jankowski mógł powiedzieć, co mu się podoba, ale Huellemu wara.

Ksiądz Jankowski ze swojej wolności słowa korzysta dość swobodnie. Mam przed sobą świeżą Odezwę do Narodu Polskiego wydaną przez prałata. A w niej taki obraz wolnej Ojczyzny, która powinna zagwarantować księdzu wolność słowa, a ograniczyć ją pisarzowi: „Ateiści, libertyni, liberałowie, masoni i postkomuniści zdominowali Polskę. Niszczą Kościół. Trwa planowa produkcja bezrobotnych i bezdomnych. Miliony dzieci, kobiet i mężczyzn żyje w skrajnej nędzy. Pozostali w rytmie niewolniczej pracy gonią za pieniędzmi. Polacy! Obudźcie się i opamiętajcie (…) czeka Was jedyna nagroda – eutanazja”.

Przykre to bardzo, kiedy kapłan wielkich zasług, odwagi osobistej, któremu „Solidarność” doby walki wiele zawdzięczała, traci kontakt ze światem realnym i popada w absurdalną demagogię, a potem dziwi się i obraża, że ludzie, z racji wykonywanego zawodu czy powołania szczególnie wrażliwi na słowo, jak pisarze, odpowiadają mu w tej samej poetyce.

Nie mamy powodu oczekiwać, że pisarz będzie rozważniejszy od księdza, skoro to ksiądz wyznaczył normy i zasady publicznego dyskursu. Nie powinien też oczekiwać tego sąd i potępiać wypowiedzi Huellego w oderwaniu od wystąpień Jankowskiego. Jankowski mówi, co myśli o ludziach takich jak Huelle, Huelle ma prawo powiedzieć, co myśli o Jankowskim.

Skazywanie kogokolwiek za jakiekolwiek słowo jest absurdem. Skazanie na przeprosiny, gdy ktoś nie czuje się winny, jest karą nadmiernie dotkliwą. I groteskową.

Zarząd Polskiego Radia publicznego, świadom swojej odpowiedzialności przed Bogiem i Danutą Waniek, zawiesił na okres obu kampanii wyborczych, to znaczy do końca października, nadawanie popularnego magazynu satyrycznego ZSYP, autorstwa Marcina Wolskiego, z udziałem m.in. Andrzeja Zaorskiego i Jerzego Kryszaka.

Radiowi prezesi uznali najwyraźniej, że nie można mieć zaufania do satyryków. Wezmą, wyszydzą, odwrócą uwagę publiczności od partyjnych reklamówek, potraktują bez szacunku kandydatów, obśmieją programy,zniechęcą do wzniosłych haseł i Polacy, zamiast się jednoczyć wokół słusznych obietnic i ich dawców, zaczną się dzielić i chichotać. Do tego dopuścić nie można.

Wolno wpływać na kampanię obelgami, obrzucaniem się błotem, donosami, wieszczeniem katastrofy, demaskacją złodziejstwa, oskarżeniami o faszyzm, komunizm, syjonizm, o kupowanie akcji i sprzedawanie Polski. To wszystko radio publiczne, za nasze pieniądze z abonamentu jakoś zniesie. Bo to jest polityka. Ale wara od stworzenia choćby pozorów wpływania na kampanię śmiechem. Śmiech jest apolityczny i bezpartyjny. Od czasów Antoniego Słonimskiego i jego powiedzenia, że dowcip jest bronią, ale nie wolno nikogo karać za nielegalne posiadanie dowcipu, nastąpił postęp. Przynajmniej w łonie zarządu radia, który najwyraźniej dostrzegł, że dowcip to broń masowej zagłady. Oczywiście, masowej zagładykandydatów. Niewykluczone, że najmniej odporni na dowcip są kandydaci popierani przez zarząd PR. Dlatego trzeba było ogłosić moratorium na żarty radiowe.

Właściwie należałoby na czas kampanii ustawowo zakazać wszelkich żartów, kabaretów i felietonów, zwłaszcza moich, bo mogą wpłynąć negatywnie na przebieg głosowania. Zamiast się bać niektórych kandydatów i czuć przed nimi respekt, wyborcy mogą się zacząć z nich śmiać. A to już jest groźne. To podkopuje fundamenty prawidłowego stosunku między politykiem i obywatelem, w którym polityk straszy, a obywatel się lęka. Polska jest poważnym państwem, wybory są poważnym aktem politycznym, mamy same poważne partie i wyłącznie poważnych kandydatów. Mamy też poważny zarząd radia publicznego. Szkoda tylko, że powaga nie chroni przed śmiesznością.


  • RSS