Włodzimierz Cimoszewicz po własnej rezygnacji z właściwą sobie szczerością powiedział, że nie widzi wśród pozostałych kandydatów żadnej osoby godnej stanowiska prezydenta. Bardzo piękna wypowiedź, po której większość Polaków powinna pójść do okulisty, gdyby miała szanse na terminwizyty jeszcze przed wyborami, po okulary korekcyjne. Gdyby Leszek Bubel zrezygnował, nie mógłby powiedzieć niczego innego. Andrzej Lepper mówi to samo, nie rezygnując. Jednak gest Cimoszewicza napawa lękiem. Zostaliśmy sami, Polacy, wydani na pastwę Tusków, Kaczyńskich i Borowskich. Robi się strasznie. Rozdziobią nas kruki, wrony.

Nie wiem, jak Państwo (polskie – podobno ma się zwalić do rynsztoka), ale ja jestem niepocieszony. Zrezygnował jedyny niezależny kandydat bezpartyjny. A ja jestem, jak znakomita większość Polaków, niezależnym wyborcą bezpartyjnym i chciałbym głosować na kogoś ze swoich. Na bezpartyjnych. Bez Cimoszewicza jestem tej szansy pozbawiony. Pozostali sami partyjni. W podobnej sytuacji są zakonnicy z klasztoru żebraczego SLD pod wezwaniem Włodzimierza-męczennika. Też nie mają na podorędziu żadnego innego bezpartyjnego, a na partyjnego Borowskiego nie chcą głosować. Mają dość układów i partyjniactwa.

Gest Cimoszewicza mógłby przejść do historii, gdyby miejsce nie było już zajęte przez gest Kozakiewicza. Pokazać taki gest w Moskwie, to jednak ładniejsze, niż robić to w Warszawie. Zwłaszcza gdy się nie wygrywa.