Trudno mówić o postępie, skoro dawniej budził ludzi kogut, a teraz budzą nas politycy poranni, już z pierwszą zorzą piejący po wszystkich rozgłośniach. Wczoraj obudził mnie przewodniczący Frasyniuk.pl, ale długo nie mogłem się połapać, czy to już jawa, czy jeszcze koszmarny sen.

Frasyniuk oświadczył w Trójce pani Pieńkowskiej, że cieszy się z tego, iż w Polsce jest chociaż 4 procent ludzi przyzwoitych, którzy chcą głosować na demokratów, a na uwagę dziennikarki, że tych przyzwoitych jest zaledwie 1 procent, odparł, że to nie szkodzi, bo i na tym można już budować.

Piękna ocena narodu i elektoratu. 99 procent Polaków jest nieprzyzwoitych. Jak w Sodomie znalazł się na szczęście Frasyniuk i dziewięciu dalszych przyzwoitych, których można wymienić po nazwisku. Polska może być zbawiona. Ledwo wyłączyłem pianie Frasyniuka, odezwał się telefon. Tym razem to nie był Tober, ani Olejniczak, tylko pierwszy rozmówca z pretensjami, że zbyt lekceważąco potraktowałem telefoniczną akcję wyborczą SLD. – Nie dawałem Olejniczakowi swego numeru telefonu – dowodził mój interlokutor – ani nikogo do tego nie upoważniłem. To znaczy, że sobie nie życzę, żeby dzwonił i proszę to uszanować.

Dziwna jest w tym wszystkim bierność pani głównej inspektor danych osobowych Ewy Kuleszy. W biurze numerów TP SA nie można się dowiedzieć żadnego numeru, a tu tymczasem SLD dostaje do wykorzystania 7 milionów numerów prywatnych bez żadnej reakcji. Mnie to nie dziwi. Gdyby wśród tych numerów był telefon Humera, gdyby udostępniono SLD i to za pieniądze numery ubeków i ich konfidentów, pani Kulesza zawiadomiłaby prokuraturę o popełnieniu przestępstwa. A tak, wszystko jest widać w porządku i żadne naruszenie prawa nie nastąpiło.

Generalnie miała rację moja ciotka, która jeszcze przed wojną nie chciała sobie założyć telefonu, bo – jak powiedziała – nie życzy sobie, żeby byle kto na nią dzwonił.