rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2005

My tu się w kraju zajmujemy głupstwami, takimi jak programy kandydatów albo finansowanie kampanii, a to wszystko jest cyrk na kółkach, który ma odwrócić uwagę Narodu od fundamentów.

Na szczęście prawdziwi patrioci, skupieni w Zjednoczonych Organizacjach Polonijnych oraz w Polskim Ruchu Katolicko-Patriotycznym w Chicago czuwają i biją na alarm. Dzięki uprzejmości jednego z Czytelników dostałem ulotki, rozdawane nie tylko w Ameryce, ale i w Polsce. Dowiedziałem się z nich, że większość naszych polityków to Żydzi albo Niemcy. SLD, SdPl, PD, PO i PiS to są ugrupowania żydowsko-niemieckie. Pewnie Rokita jest Żyd, a Tusk Niemiec, z Kaczyńskich Lech bardziej patrzy na Żyda, a Jarosław ma germański profil. W tej sytuacji Patrioci Wypędzeni z Ojczyzny, jak podpisana jest jedna z ulotek, apelują, aby wybierać Polaków-katolików pochodzenia słowiańskiego. Głosować tylko na LPR i Samoobronę. Od razu tak pomyślałem, że zamiast na Żydów i Niemców trzeba głosować na Rosjan i Białorusinów. Ale skoro tak, to dlaczego Cimoszewicza ogłasza się „największym wrogiem narodu polskiego”?

Zresztą, nie wiem, czy już nie jest za późno na poprawę. Jak donoszą ulotki: „Oddaliśmy Niemcom i Żydom za darmo wszystko, co zbudowały pokolenia (…) Zabito w nas ducha narodowego, odebrano honor, patriotyzm bez żadnego oporu i walki. W imię chorej ideologii talmudystów żydowskich. (…) Czy po to budowano szkoły, fabryki, szpitale, osiedla, żeby oddać je za darmo pazernym i nienasyconym Żydom i być u nich najemnymi parobkami we własnej Ojczyźnie?” Nie wiem, czy nie jest w tej sytuacji za późno, aby powiedzieć „dość rządom zbirów żydowskich i niemieckich”. Nie wiem, czy wybierzemy właściwie, skoro „idziemy do wyborów okaleczeni psychicznie, moralnie, obdarci przez pazernych i nienasyconych Żydów”.

Patrioci wzywają do głosowania na Macieja Giertycha, „tego z krwi i kości Polaka ze znanej od pokoleń rodziny broniącej naszej Ojczyzny”. Rodzinie Giertychów i ich Lidze Polskich Rodzin gratuluję z całego serca sojuszników. Na ochranę zawsze można liczyć. Zwycięstwo będzie wspólne.

W czasie okupacji we wsi, w której przybywała rodzina mojej Mamy pojawił się oddział partyzancki, aby wymierzyć karę chłopakowi, oskarżonemu o udział w napadzie na młynarza.

Mój Dziadek obronił obwinionego przed chłostą, mówiąc, że ręczy za jego uczciwość własną głową. Gdy w jakiś czas później tego samego chłopaka złapano na gorącym uczynku rozboju, dowódca partyzantów powiedział Dziadkowi: niech pan lekkomyślnie nie ręczy głową za nikogo, bo następnym razem weźmiemy to poważnie.

Przypomniała mi się ta rodzinna opowieść, gdy przeczytałem we wczorajszej „Gazecie Wyborczej” gwarancje nieskazitelnej uczciwości dane Włodzimierzowi Cimoszewiczowi przez Adama Michnika. Takie gwarancje, w których niczym się nie ryzykuje, nie tylko głową, są niewiele warte. W każdym razie mniej niż żyrowanie weksla. Są to słowa rzucone na wiatr, a raczej przeciwko kierunkowi wiatru wyborczego bez żadnej odpowiedzialności. Gdyby Adam Michnik stwierdził, że gwarantuje za prawdomówność i uczciwość Cimoszewicza swoim majątkiem, a jeszcze i majątkiem Agory, deklarację można by traktować poważnie. A tak? Słowa, słowa, słowa. Gdyby okazało się, że coś jest jednak nie w porządku, wszyscy o nich zapomną, a pierwszym zapominalskim będzie sam żyrant.

Jest kampania wyborcza i zalewa nas pustosłowie, deklaracje bez pokrycia, obietnice, których nikt nigdy nie wypełni. A może tak wprowadzić w polityce i w publicystyce zasadę odpowiedzialności finansowej za słowo? Kłamliwe albo lekkomyślne. Rzuciłeś w zapale – płać. Uzdrowiłoby to stosunki bardziej niż okładanie się nawzajem etyką i moralnością.

Adam Michnik milczał bardzo długo. Przerwał milczenie dla obrony Cimoszewicza i stwierdzenia, że panowie Wassermann, Miodowicz, Giertych i Macierewicz przypominają mu śledczych i prokuratorów z PRL. Dlatego ich nazwiska nie powinny zostać zapomniane. Natomiast nazwisk śledczych i prokuratorów z Rakowieckiej nie możemy poznać, bo byłaby to odrażająca lustracja. Muszą być zapomniane. A może zresztą to też są ludzie uczciwi.

Służby są wszędzie. Oczywiście służby specjalne. Natomiast służb zwyczajnych, takich jak oczyszczania miasta, zdrowia, porządku publicznego, nigdzie nie ma, zwłaszcza kiedy są potrzebne. O służbach zwyczajnych ciągle jest pełno informacji, że chociaż są, to nie funkcjonują. Natomiast służby specjalne funkcjonują, ale nie można się doprosić o informacje na ten temat. Premier Marek Belka odmówił samemu Włodzimierzowi Cimoszewiczowi szczegółów dotyczących umieszczenia przez służby agenta we władzach „Solidarności” na początku lat 90. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy pułkownik Kapkowski badał nastroje w zakładach pracy. W zasadzie nie ma w tej odmowie premiera nic dziwnego – skoro nie można się wciąż dowiedzieć, kim byli agenci służb we władzach „Solidarności” w roku 1981, to nie ma powodu znać nazwiska tego jedynego, który to samo robił 10 lat później.

W sumie człowiek jest zdany na domysły i spekulacje. Skoro za wszystkim, co się dzieje, stoją służby, a Polska jest opleciona siecią tajnych spisków, to może i za spadkiem poparcia dla Cimoszewicza też kryje się jakaś tajnaoperacja. I to wcale nie z Jarucką. Mnóstwo ludzi mówiło mi, że do Cimoszewicza zniechęcił ich głównie Nałęcz. Co konferencja prasowa albo wywiad Nałęcza, to Cimoszewicz w dół. Rodzą się straszne podejrzenia o subtelną grę, wymyśloną w tajnym sztabie – tak bronić kandydata, aby go ośmieszyć i pogrążyć. Ale kto skierował Nałęcza na placówkę przy Cimoszewiczu? Czyżby Miodowicz na polecenie Tuska? A może to raczej Marek Borowski oddelegował Nałęcza czasowo z SdPl do sztabu SLD, a przed pierwszą turą Nałęcz wróci od Piekarskiej na łono Banachowej i zamelduje o wykonaniu zadania?

Same pytania i żadnych odpowiedzi. Ale to i tak zawsze lepiej, niż dostawać odpowiedzi, kiedy się o nic nie pyta.

Arcybiskup metropolita lubelski Józef Życiński wystąpił z inicjatywą powołania Zespołu Ocen Etycznych „Sumienie i pamięć”, który ma się zająć wypracowaniem zasad etycznych rozliczeń z historią, w tym zasad lustracji. Niewiele wiem o planach działania zespołu, bo cała moja wiedza na ten temat pochodzi z „Gazety Wyborczej”. Ale sądząc po osobach, wchodzących w skład tego szacownego grona, nie ograniczy się ono tylko – jak zapowiedziała „Gazeta” – do występowania przeciwko dzikiej lustracji i jej instrumentalnemu wykorzystywaniu w celach politycznych, ale zajmie się także instrumentalnym wykorzystywaniem w celach politycznych zaniechania lustracji. Jest to również poważny problem etyczny.

To, co mnie zaniepokoiło, mieści się w tytule informacji o powstaniu zespołu: „Czy ubek może być świadkiem?”. Nad tym dylematem ma radzić zacne grono na pierwszym posiedzeniu. Otóż jeśli ubek nie jest ubezwłasnowolniony, to nie tylko może, ale gdy zostanie wezwany, musi być świadkiem. To, czy jest świadkiem wiarygodnym, jest kwestią oceny odpowiednich instancji sądowych, których nie mogą, ani nie powinny, zastępować komisje etyczne. Historycy, a także publicyści muszą zachować również prawo do swobodnej oceny wartości i wiarygodności źródeł, z jakich korzystają. Nie można w końcu z każdym zeznaniem i każdym dokumentem biegać najpierw po ocenę etyczną do zespołu, bo wylądujemy w efekcie w cenzurze.

Marzyłoby mi się także, aby obok rozważań o przydatności ubeków jako świadków, zespół zastanowił się, czy ubek może być w demokratycznej Polsce politykiem, funkcjonariuszem państwowym, szefem państwowej firmy czy menedżerem spółki skarbu państwa. Czy powinien być w jakimkolwiek charakterze przyjmowany na salonach władzy, utrzymywać stosunki towarzyskie z elitą polityczną i robić z nią interesy.

Trzeba się zastanowić, czy ubecy cieszą się pełnią praw obywatelskich, łącznie z prawem do dawania świadectwa, czy też nie. Życzę zespołowi, złożonemu z ludzi zacnych, powodzenia w tym dziele.

Większość mediów okazuje nieskrywaną satysfakcję z tajfunu Katrina i bezradności władz amerykańskich wobec skutków klęski żywiołowej.

„Trybuna” zatytułowała nawet swoją relację „Upokorzone supermocarstwo”. W tym samym tonie wypowiadały się dzienniki wszystkich stacji telewizyjnych.

O ile w Stanach dowodzenie, że także za huragany odpowiada osobiście Bush, a gdyby rządzili demokraci, pogoda byłaby umiarkowana, jest częścią propagandowej walki politycznej, niecofającej się nawet przed nekrofilią, o tyle bezmyślne powtarzanie tego u nas jest groteskowe. Zważywszy że żyjemy w państwie, w którym nie ma na szczęście tajfunów, ale już większe opady albo wylew byle strumyka stają się katastrofą, wobec której władze i obywatele są bardziej bezradni niż Amerykanie wobec Katriny.

Pamiętając o analizach zamachów z 11 września zamieszczanych w „Naszym Dzienniku” zajrzałem do tej gazety licząc na to, że znajdę tam informację, iż wszyscy Żydzi wyjechali w porę z Nowego Orleanu, a Murzyni zostali. Ale w tekście „Zdruzgotane mocarstwo” jeszcze nie dotarto do fundamentalnej prawdy. Ale i to jest przed nami, jak tylko „Nasz Dziennik” upora się najważniejszym problemem Polski, rozpatrywanym w serialu publicystycznym „Czy Lech Wałęsa jest katolikiem?”. Pewnie nie jest i dlatego nie było go w Nowym Orleanie w czasie tajfunu.

Pomijając Schadenfreude, w sposobie relacjonowania tajfunu wyraża się nasz stosunek do państwa. Nie tajfun, ale państwo, jest wrogim żywiołem, tak samo jak huragan. Sukcesy są osiągane przeciw państwu, klęski łącznie ze zjawiskami przyrody są przez państwo zawinione. Odpowiedzialność za takie traktowanie państwa spada oczywiście na polityków, którzy w walce o władzę obiecują wszystkim, że pod ich rządami każdy zostanie przez państwo przeprowadzony za rękę bezpiecznie na drugą stronę życia. Ktokolwiek wygra u nas wybory, potknie się o ten instynkt państwowy Polaków.

Sprawiedliwość jest ostoją Rzeczypospolitej. Niestety, dziecko może sobie przeczytać to zdanie, wyryte w piaskowcu na frontonie gmachu warszawskich sądów dopiero w czasie doprowadzania na rozprawę. A to jest zwykle już za późno.

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie zatajenia prawdy w zeznaniach majątkowych przeciwko Włodzimierzowi Cimoszewiczowi ze względu na poczciwość obwinionego i jego niską szkodliwość społeczną. Annie Jaruckiej postawiono zarzuty głoszenia nieprawdy ze względu na wysoką szkodliwość wyborczą. Natomiast śledztwo przeciwko prezesowi IPN Leonowi Kieresowi, na którym ciąży zarzut nie dość gorliwego zatajania prawdy, zostało przedłużone o dalsze trzy miesiące.

Pytanie brzmi, które z tych prokuratorskich działań i decyzji nadaje się na symbol sprawiedliwości i ostoję. Bo wszystkie trzy jednocześnie raczej nie.

Zajmujemy się, a raczej Tomasz Nałęcz zajmuje nas Cimoszewiczem i Jarucką i jakoś umyka naszej uwagi konsekwencja i upór, z jakimi szefowa GIODO Ewa Kulesza ściga IPN i jego prezesa, przy dopingu klakierów i inkwizytorów. IPN, któremu nie wolno z nakazu GIODO niczego nikomu ujawniać, a zwłaszcza materiałów historycznych ze specjalnym uwzględnieniem ich list ewidencyjnych, przestał pełnić jakąkolwiek funkcję społeczną i może spokojnie zostać zamknięty. Archiwa trzeba z powrotem przekazać specsłużbom, gdzie zajmą się nimi doświadczeni specjaliści, albo pani Ewie Kuleszy, która będzie mogła nimi palić zimą w kominku, żeby jej mąż, były już szef pionu śledczego Instytutu, nie marzł z bezczynności. Wygląda na to, że przyszłość Polski zależy od skazania prezesa IPN, najlepiej na ciężkie roboty. Tymczasem od tego nie zależy nawet przeszłość Polski. Przeszłość jest, jaka była i nawet spalenie archiwów nic tu nie pomoże.

Wszystkie trzy śledztwa mogą być ilustracją innej maksymy: takie będą Rzeczypospolite, jakie ich funkcjonariuszy chowanie.


  • RSS