rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

Miałem w ciągu ostatnich kilku dni okazję rozmawiać z mnóstwem ludzi, Polaków, młodych i starszych, zwyczajnych obywateli tego kraju. Wyborców. Wszyscy pytali o jedno: Co będzie? Co będzie z rządem, co będzie z Polską i co będzie z nimi samymi? Miałem też okazję wysłuchać w mediach elektronicznych wielu polityków i fachowych, politycznych komentatorów. Wszyscy opowiadali, co było. Kto kogo obraził, kto kogo obrabował programowo, kto nie dotrzymał obietnic, kto był agresywny, a kto złośliwy.

Trudno o większy kontrast zainteresowań.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że oba te światy oddalają się od siebie z prędkością światła. Skutek jest taki sam jak w astronomii. Efekt Dopplera, czyli przesunięcie ku czerwieni, co przegrani bankruci poprzedniego układu przyjmują z radością, zacierając ręce. Zamiast mówić o sprawach kraju i sprawach obywateli, o przyszłości, o naprawie państwa, Polacy słyszą od ludzi, których obdarzyli właśnie w tych kwestiach najwyższym zaufaniem, wzajemne dąsy i rozważania, kto kogo i za co powinien przeprosić.

Chciałbym przypomnieć politykom – zwłaszcza niektórym – żeśmy oddali na nich swoje głosy nie po to, aby podbudować ich ego i wzmocnić poczucie ich własnej wartości i wyjątkowości, tylko po to, aby ich zobowiązać do działania dla wspólnego dobra. Wydaje się nam, zwykłym ludziom, że jakkolwiek ważne jest, kto co powiedział o kim i jaką wyrządził mu przykrość, a także jak ozdrowieńczą siłę ma wzięcie odwetu, jak satysfakcjonująca jest możność powiedzenia: „Pan mnie też”, to jednak nie mniej istotna byłaby naprawa państwa albo pobudzenie gospodarki i inne sprawy nas wszystkich, do których nikt w tej chwili nie ma głowy.

Ponieważ nie wygląda na to, aby politycy się poprzepraszali i sobie wybaczyli, powinniśmy – obywatele – wziąć sprawy w swoje ręce. Przeprośmy PiS w imieniu Platformy i Platformę w imieniu PiS. Może przynajmniej nam wybaczą. Może sobie przypomną, że istniejemy. Może się zorientują, że odpowiedzialność za państwo mają wszyscy, także ci, którzy wybory przegrali.

Czeski kryminał i polska polityka. Nikt nic nie wie.

Jestem akurat w podróży, nieodległej, bo do Krakowa, gdzie jest zupełnie jak w Warszawie. Nikt niczego nie wie i nikt niczego nie rozumie. Nie tylko profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale nawet taksówkarze. A to już powinien być sygnał alarmowy dla polityków. Rozeszli się ze społeczeństwem tak bardzo, że ponowne spotkanie jest coraz mniej prawdopodobne. Może się okazać, że się skończą, zanim się jeszcze zaczęli.

W polityce są rozmaite sposoby popełniania samobójstwa. Można mieć kochankę i wywołać skandal obyczajowy, można się skorumpować tak niezręcznie, że sprawa wyjdzie na jaw. Można, bez zważania na interes osobisty, podjąć bardzo niepopularną, ale konieczną decyzję i żywić się nadzieją, że historia osądzi sprawiedliwie. Ale popełnianie zbiorowego samobójstwa przez zaniechanie politycznych rozstrzygnięć, przez bezczynność owiniętą w biadolenie jest zupełnie nowatorskie.

Człowiekiem, który budzi dziś w Polsce, a przynajmniej w Krakowie, ale podejrzewam, że i gdzie indziej, największą życzliwość, jest premier bez rządu Kazimierz Marcinkiewicz. Premier budzi powszechną sympatię swoim spokojem, rzeczowością i optymizmem. Jest istotnierzadkim zjawiskiem na naszej politycznej arenie – nie scenie przecież – bo nie ma w nim ani trochę histerii, ani grama skłonności do patosu. Budzi też współczucie, bo został postawiony przez partnera, z którym toczył trudne, ale dobrze się zapowiadające rokowania koalicyjne, przy pewnym udziale przywódców własnej partii, w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Partner go nie chce, on nie chce współpracy z tymi, którzy się sami narzucają.

Wpuszczenie do rządu Leppera i jego ludzi być może nie skończyłoby się dramatem, ale na pewno groteską, po której bylibyśmy ośmieszeni jako państwo błazeńskie. Biedny Marcinkiewicz tkwi w tym wszystkim jak w bajorze, a jedyną pomoc oferuje mu prezydent Kwaśniewski, chcąc rozpisywać nowe wybory już w styczniu. Chyba z nadzieją, że tym razem wygra SLD. Ale to złudna nadzieja, bo poirytowani odejściem polityków od racjonalizmu w krainę histerii Polacy mogą wybrać krzykaczy z Samoobrony albo demagogów narodowych z LPR. Pytanie do prezydenta Kwaśniewskiego: kto w takiej konfiguracji stanie pierwszy przed Trybunałem Stanu?

Nie wiem, do którego świętego należy się modlić o przywrócenie rozumu, ale żarliwy paciorek w Sejmie bardzo by się przydał.

PS Lenistwo jest straszną przywarą. Słusznie zwrócił mi uwagę jeden z czytelników, że określenie Floriana Znanieckiego (Ludzie Zabawy) przypisałem Mannheimowi. To przez lenistwo. Nie chciało mi się podejść do półki z książkami, gdzie Mannheim i Znaniecki stoją w zgodzie obok siebie. Przepraszam – mr.

Jak dzieci

50 komentarzy

Wielki socjolog niemiecki Karl Mannheim w swojej książce „Człowiek i społeczeństwo w dobie przebudowy” przedstawił typologię ludzkich zachowań wynikających ze stosunku do życia i świata. Jednym z charakterystycznych typów Mannheima są Ludzie Zabawy, kategoria osób, które nigdy nie wyrosły z kręgu dziecięcych albo młodzieżowych grup rówieśniczych, dla których całe życie jest grą i rywalizacją w płataniu figli innym. Z tej kategorii, według Mannheima, biorą się najczęściej politycy.

Obserwacja tego, co się dzieje w powyborczej Polsce, potwierdza przenikliwość wielkiego socjologa. Czyż nie wróciliśmy na podwórko z lat dzieciństwa, kiedy ustalało się skład dwóch drużyn mających kopać szmaciankę? Każdy chciał grać w ataku, na obronę odsyłano największych patałachów, którzy czuli się skrzywdzeni i poniżeni, nikt nie chciał stać na bramce. I albo wszystko kończyło się bijatyką, albo część szła na inne podwórko i tam wszystko zaczynało się od nowa, albo po prostu właściciel piłki obrażał się, zabierał ją pod pachę i szedł do domu.

Dokładnie to samo mamy teraz w Sejmie i rozmowach koalicyjnych. Nie można nawet zacząć meczu. Wszyscy deklamują o programach i różnicach programowych, o równowadze, a przecież gołym okiem widać i gołym uchem słychać, że najważniejsze są urażone ambicje osobiste. Zabierają piłkę i idą do domu. Jak dzieci. I to nie jest koniec zabawy, to dopiero początek. Jesteśmy niby przyzwyczajeni do rządów mniejszościowych, bo mamy za sobą AWS i rząd Belki, o którym nikt nawet nie wiedział, że istnieje. Ale to było na koniec kadencji, a nie na początku. Teraz grozi nam od pierwszego dnia słaby rząd, i w polityce wewnętrznej, i zagranicznej. Ubolewamy, że za mało świat liczy się z Polską, no to teraz będzie ją już kompletnie lekceważył. Odpowiedzialność spadnie na zacietrzewione i uparte dzieciaki w długich spodniach, dla których zabawa w moje na wierzchu ważniejsza jest od Polski.

Nie jestem politykiem, bo nie jestem człowiekiem zabawy. Jestem człowiekiem zabawnym, a przynajmniej się staram, ale mimo to potrafię odróżnić interes kraju i obowiązki wobec państwa od felietonu. U nas politycy bawią się, wygłaszając felietony, ale wcale nie są zabawni. Są ponurzy, jak rozkapryszone bachory.

Takiej histerii powyborczej jak tegoroczna jeszcze w III Rzeczypospolitej nie było. Nawet wygrana SLD i realna groźba powrotu do skarykaturowanej PRL nie wywoływała tak gwałtownej reakcji części mediów i rozmaitej maści ekspertów.

Wielką karierę medialną zrobiło zdanie z „Gazety Wyborczej” o wyborczym zwycięstwie Radia Maryja, choć na zdrowy rozum radio ojca Rydzyka nie mogło wyborów wygrać, bo w nich nie startowało. Ludzie z tytułami naukowymi obojga praw straszą nas konstytucją, którą wprowadzą za chwilę bracia Kaczyńscy, nie wspominając, że ważna zmiana w tekście ustawy zasadniczej wymaga zatwierdzenia w referendum. Z wielu enuncjacji można odnieść wrażenie, że jedynym ratunkiem dla Polski jest, aby PO nie wchodziła za nic na świecie w koalicję z PiS. Sporo osób pracuje w pocie czoła na to, aby skłócić na samym początku drogi nie tylko obu ewentualnych koalicjantów, ale także czołowych polityków Platformy.

Demokracja III Rzeczypospolitej okazała się niedoskonała, bo nie przyniosła pożądanych rezultatów. Rządzić będą nie ci, co powinni. Warto może przypomnieć rozemocjonowanym dyskutantom i oceniaczom, że Platon na pytanie: kto powinien rządzić?, odpowiadał, że najlepszy i najmądrzejszy. Karl Popper zauważył, że zawsze ten, kto uważa się za najlepszego i najmądrzejszego, nie jest ani dobry, ani zwłaszcza mądry. I dodał, że kwestią podstawową w demokracji nie jest, kto będzie rządził, ale jak. Istotą demokracji zaś nie jest to, że można wybrać nowy rząd, ale to, że można go też odwołać bez rozlewu krwi.

Nie wiemy nawet, kto będzie rządził, taka lub inna koalicja, nie wiemy też, jak. Wiemy natomiast, że jeśli będzie rządził źle, można go będzie odwołać. To jest wiedza optymistyczna. Obowiązkiem intelektualistów jest tę wiedzę szerzyć. Niestety, zamiast jako objaśniacze świata, nasi inteligenci wolą występować jako prorocy. Nie nauczać, ale bałamucić, jak to określił Schopenhauer. Ogłaszać ciemne tajemnice życia, świata, ludzi, historii i polityki. Jak pan Twardowski śmieszyć, tumanić, przestraszać.

Głosowałem na PO i jak parę milionów innych Polaków oczekuję, że weźmie współodpowiedzialność za państwo. Że nie da się otumanić ani przestraszyć.

Jeszcze prezydent Lech Kaczyński nie został zaprzysiężony i nie rozpoczął urzędowania, jeszcze nie powstała koalicja PiS i Platformy, jeszcze nie ma rządu, choć mamy dwóch premierów, dymisjonata i desygnata, a już niektóre media, osobistości i autorytety ogłosiły stan klęski.

Według nich wszystko ma się skończyć źle, a nawet jeszcze gorzej. Czarne chmury gromadzą się nad Polską. Pesymiści twierdzą, że następne wybory odbędą się za półtora roku, optymiści – że za rok. Im gorzej, tym lepiej. Można odnieść wrażenie, że prezydent Kaczyński ogłosi 1 stycznia stan wojenny i mianuje Leppera komisarzem generalnym. Wystąpimy z Unii Europejskiej, a jedyną dozwoloną rozrywką będzie odmawianie różańca.

Wszystko dlatego, że Polacy w większości głosowali wbrew nadziejom i wskazaniom grupki publicystów. Znowu naród zawiódł zaufanie elity, więc nie ma innego wyjścia: trzeba naród rozwiązać i wybrać sobie nowy.

Biada ci, Ilium, miasto starego Priama. Nadchodzi dies irae, calamitas. Kiedy słucham tego wszystkiego, kiedy czytam prognozy pisane żółcią i cykutą, wyobrażam sobie ten spazm szczęścia, jakim zachłysną się autorzy, gdy Polska rzeczywiście poniesie klęskę. Jest w tym wszystkim jakaś niebywała skłonność do perwersji politycznej i narodowego masochizmu. Jeszcze rozumiem prezydenta Kwaśniewskiego, kiedy mówi, że bez niego wszystko potoczy sięjak najgorzej. Ludzie lubią być najlepsi i niezastąpieni. Ale przekreślanie przyszłości kraju, przyszłości każdego z nas z osobna, strachy na Lachy dla potrzeb taniej agitacji i propagandy są obrzydliwe.

Lech Kaczyński nie był moim faworytem, ale czy to znaczy, że mam życzyć jemu, rządowi, a razem z nimi i Polsce wszystkiego najgorszego? Zamawianiem i zaklęciami, biciem w dzwony na trwogę nie zmieni się rzeczywistości. Nakłuwanie Kaczyńskich szpilkami jak w rytuale wudu w niczym nie pomoże ani gospodarce, ani państwu. Naród wypowiedział się w wolnych wyborach i teraz trzeba jego wybrańcom dać szansę. Będzie jeszcze czas krytykować ich i zwalczać za to, co naprawdę zrobią, a nie za intencje, które się im przypisuje z wyraźnie widoczną złą wolą. Jeśli się wymaga przyzwoitości od polityków, trzeba dać przykład.

Nie za górami, nie za lasami, nie za siedmioma dolinami, tylko tuż obok żył-był ubogi rybak ze swoją babą, która też była uboga.

Oboje pochodzili z rodzin od pokoleń biednych i nieszczęśliwych, w których synowie dziedziczyli biedę po ojcach, a córki po matkach. Chatkę mieli murowaną, ale zrujnowaną, szaty nie bogate, tylko łaciate, sami byli jeszcze młodzi, ale już chorzy. Pewnego ranka baba wyciągnęła rybaka spod pierzyny i mówi: idź, złów rybę, bo nie mam co do garnka włożyć. Poskrobał się rybak w głowę i poszedł, ale niechętnie. Zarzucił sieć i wyciągnął pustą. Zarzucił drugi raz, znów pusta. Zarzucił trzeci i wyciągnął dwie złote rybki. Już się ucieszył, że będzie zupa rybna i ryba w galarecie, kiedy jedna rybka odezwała się ludzkim głosem: – Wypuść mnie, to spełnię twoje życzenie. A druga na to: – Nie, raczej mnie wypuść, spełnię dwa życzenia. Dobrze jest, pomyślał rybak, jedną wypuszczę, a drugą zjem. Tylko którą?

A tu rybki zaczęły się licytować. Jedna obiecywała rybakowi, że będzie bogaty, druga, że będzie zdrowy. Pierwsza, że będzie piękny, druga, że będzie mądry. Jedna, że będzie księciem, a druga, że admirałem. – Zaraz, zaraz, moje rybki – rzekł rybak – ale ja nie mam do was zaufania. Łońskiego roku był tu urzędnik z miasta, złowił na wędkę złotą rybkę, wypuścił, i co? Nadal jest urzędnikiem. – To mnie złowił – przyznała jedna z rybek. Miał życzenie, żeby nigdy nie musiał pracować i co? Dalej jest urzędnikiem i dalej nie musi. – Jak sobie zażyczysz być nadal ubogim rybakiem, to będziesz. Wolna wola. A u mnie będziesz armatorem floty rybackiej – zakrzyknęła druga rybka. I znów zaczęły się przerzucać obietnicami, aż rybaka z tego wszystkiego rozbolała głowa.

- Spokój! – wrzasnął. – Cisza wyborcza! I zaczął się zastanawiać, którą rybkę wypuścić za spełnienie życzeń, a którą zjeść, żeby spełniło się życzenie tej drugiej. I tak siedzieli na łódce, rybak z dwiema złotymi rybkami, od czasu do czasu tylko wylewając wodę, bo łódź była dziurawa. A jeśli nie umarli, to żyją do dziś, czego wszystkim życzę.

Stowarzyszenie „Reporterzy bez granic” opublikowało aktualny ranking państw świata, jeżeli chodzi o stopień wolności mediów. Polska na tej liście spadła w porównaniu z poprzednimi notowaniami o 20 miejsc i wylądowała na 53. pozycji, wspólnie z Mozambikiem. Marnym pocieszeniem jest to, że także Stany Zjednoczone straciły ponad 20 miejsc i są teraz na 44. pozycji. Podobnie jak Kanada (21) i Francja (30). Przed Polskąsą takie potęgi demokratyczne, jak Benin, Mali, Namibia, Boliwia, Mongolia i El Salwador.

Nasz upadek zawdzięczamy jednej osobie. Za dławienie wolności prasy „Reporterzy bez granic” uznali wytoczenie Urbanowi procesu o znieważenie Jana Pawła II oraz skonfiskowanie twardego dysku komputera, co miało mu uniemożliwić na wiele miesięcy pracę. Nie wiem, skąd „Reporterzy bez granic” czerpali swoje informacje, przypuszczam, że z raportów polskich „bezgranicznych reporterów”, ale jeżeli mnie pamięć nie myli, Urban dobrowolnie oddał rzekomo kupiony na bazarze twardy dysk z komputera ukradzionego w MSZ. Bez tego dysku Urban i jego „Nie” znakomicie dawali sobie radę. Jeśli cały ranking jest utworzony na podstawie taksamo wiarygodnych informacji, to w rankingu rzetelności „Reporterzy bez granic” powinni zajmować jedno z ostatnich miejsc.

Z obecnej listy wynika, że największym zagrożeniem dla wolności prasy w Polsce jest Jerzy Urban. Gdyby nie było Urbana, Polska lokowałaby się w czołówce, obok państw skandynawskich. A tak nie może rywalizować nawet z Mongolią. Stanowczo należałoby dla poprawienia opinii o Polsce wśród reporterów bez granic przyzwoitości nakłonić Urbana do przeniesienia się do kraju, w którym swoboda jest tak doskonała, że do wolnego dziennikarstwa zalicza się też handel kradzioną elektroniką. Polecam osobiście Boliwię, pod warunkiem że nie słyszeli tam jeszcze o Urbanie i go wpuszczą.

Na pytanie, co tam, panie, nowego w polityce? – w III Rzeczypospolitej można odpowiadać nieodmiennie – Balcerowicz musi odejść.

Jest to właściwie pomnik dla Leszka Balcerowicza, który dorównał Władysławowi Grabskiemu, twórcy przedwojennej reformy walutowej. Grabskiego też wszyscy obwiniali o wszystkie możliwe nieszczęścia wynikające z likwidacji liczonej na miliardy marki polskiej. Nawet w literaturze pięknej, nawet u Singera można znaleźć westchnienia osób rzekomo zrujnowanych przez Grabskiego. Balcerowicz do literatury jeszcze nie trafił, ale jest na dobrej drodze.

Lech Kaczyński zapowiada teraz pozbycie się Balcerowicza, likwidację Rady Polityki Pieniężnej i zobowiązanie NBP do aktywnego wspierania polityki rządu. Ekspert ekonomiczny PiS Cezary Mech zamierza zwalczać bezrobocie przez wzrost inflacji. Nawiasem mówiąc, zgadzam się z nim, jeśli chodzi o wstrzemięźliwość wobec wejścia do strefy euro. Mamy do sfinansowania własny deficyt i nie ma dobrego powodu, dla którego mielibyśmy współfinansować deficyty budżetowe Niemiec i Francji.

Natomiast ekspansywna polityka finansowa, wiadomo to z doświadczeń innych, raczej nie doprowadzi do zmniejszenia bezrobocia, które ma charakter strukturalny. Wzrost zatrudnienia przez stymulowaną inflację jest keynesowskim złudzeniem. Trzeba walczyć z prawdziwymi przyczynami bezrobocia, to jest kalekim systemem socjalnym i podatkowym. RPP i NBP – z Balcerowiczem czy bez – mają tylko jeden obowiązek. Ochronę stabilności waluty. Stabilność pieniądza jest przecież najdoskonalszym rodzajem polityki społecznej i prorodzinnej. Jak się zacznie drukować pieniądze bez opamiętania w celach rozdawniczych, skończy się tym, że państwo nie będzie w końcu miało na papier i farbę.

Poza tym nie idziemy na wojnę, żeby militaryzować niezależny bank emisyjny.

Ukazały się nowe przekłady Biblii. Na gwarę góralską, śląską oraz na slang młodzieżowy. To by dobrze świadczyło o Piśmie Świętym, że jest wciąż żywe i obecne we współczesnym świecie na tyle, że opłaca się podejmować trud tego rodzaju translacji.

Absurdalne natomiast jest, że – jak poinformowała „Gazeta Wyborcza” – przeciwko tym tłumaczeniom zaprotestowali uczeni językoznawcy z Rady Języka Polskiego, podczas gdy hierarchowie kościelni przyjęli tę nowinkę albo powściągliwie, alebez oburzenia, albo, jak arcybiskup Alfons Nossol, z podziwu godnym rozsądkiem. Ksiądz arcybiskup powiedział, że takie tłumaczenia raczej wzbogacają niż profanują.

Językoznawcy, to znaczy uczeni, którzy godzą się na najdziksze gwałcenie polszczyzny z argumentem, że język jest żywy i skoro Polacy przestają używać dopełniacza, to trzeba to aprobować, zaczęli nagle bronić języka Biblii Tysiąclecia, a może i księdza Wujka. Uczeni językoznawcy mówią o desakralizacji i prymitywizacji Biblii, podczas gdy arcybiskupi o wzbogacaniu. Coś się porąbało, mówiąc językiem młodzieżowym, skoro specjaliści od palatalizacji, prefiksów i sufiksów będą bronić Świętej Księgi przed klerem i zaczną w końcu liczyć litery, jak Żydzi w Torze.

Chciałbym tu przypomnieć zapomniany (może utłukli gojęzykoznawcy) uroczy przekład „Iliady” na gwarę góralską, tą jedyną żywą polską mowę epicką, dokonany przez Michała Pawlikowskiego. „Na to mu odpowie Jagamemnon dziki:/ Jak sobie chcesz: jedź, zostań, wolna twoja wola,/ Jeszcze przy mnie ostaną tęgie wojowniki/ I ociec wielgi w niebie. Ty se zmykaj z pola/ (…) Brykzę wezmę, bo wiedz ty, co się mnie urówniasz,/ Że ja tu wojewoda jestem, a tyś – gówniarz!”.

Czytałem kiedyś, nie pamiętam czyje, „Porwanie Sabinek” po góralsku. Porywające. Julian Tuwim namawiał Wiecha do przełożenia „Iliady” na gwarę warszawską. Niestety, bezskutecznie.

Biblia nie jest na szczęście szacownym, lecz martwym zabytkiem, który należy chronić przed kontaktem z żywymi ludźmi. Ale widocznie językoznawców trzeba trzymać od niej z daleka.

Sąd odrzucił żądanie prezesa firmy Optimus Romana Kluski wypłacenia mu prawie 1,5 miliona złotych odsetek za 8 milionów złotych pobranej, przetrzymywanej i, jak się okazało, nienależnej kaucji. Przedsiębiorcy przyznano natomiast 5 tysięcy złotych zadośćuczynienia za niesłuszne aresztowanie, straty moralne, upadek firmy i – chwilową wprawdzie – utratę dobrego imienia. Tanio wyszło. Pan prokurator Nocuń, który dokonał tego świetnego wyczynu, jakim było aresztowanie Kluski, awansował w nagrodę do Prokuratury Krajowej i będzie pobierał do końca życia 10 tysięcy złotych miesięcznie. To znaczy, że dobra osobiste Kluski, które naruszono, stanowią równowartość dwóch tygodni wydawania nakazów aresztowania przez prokuratora Nocunia. Jest to proporcja, która bardzo wiele wyjaśnia.

Wolność – ani osobista, ani gospodarcza – nie wydaje się w tym świetle w Polsce dobrem szczególnym, podlegającym specjalnej ochronie państwa. Przeciwnie, na podstawie wielu wypowiedzi, nakazów i wyroków można odnieść wrażenie, że ludzie, którzy rządzą w imieniu III Rzeczypospolitej albo aspirują do rządzenia, są przekonani, iż generalnie wszyscy powinniśmy siedzieć za kratami, a do czasu aresztowania stać potulnie w kolejce po zasiłek. Jesteśmy własnością państwa i jego organów.

A władza pochodzi od Boga i tylko przed nim jest odpowiedzialna. Ludzie, którzy zniszczyli Kluskę w imieniu narodu, mają się dobrze. To, że reszcie chce się rzygać, jest bez znaczenia.

Jako podatnik powinienem się właściwie cieszyć, że Klusce przysądzono tak mało, bo to przecież moje, a nie prokuratora Nocunia pieniądze. Gdybym miał za prokuratora zapłacić 1,5 miliona, tobym jęknął. Kluska też powinien się cieszyć z tych 5 tysięcy, bo właśnie wczoraj jeden z członków Rady Polityki Pieniężnej ogłosił, że złoty jest za silny. Lepiej dostać 5 tysięcy silnych złotówek niż słabych, skoro już nie można odzyskać własnych.

Oczami duszy widzę już postęp. Najpierw osłabi się złotego, a potem wszystkich się nas posadzi do wyjaśnienia, bo zadośćuczynienia też staną się tańsze. Radzę Klusce nie handryczyć się z odwołaniami, tylko brać te 5 tysięcy, póki złoty jest silny. Póki go znów nie zamkną.


  • RSS