Ukazały się nowe przekłady Biblii. Na gwarę góralską, śląską oraz na slang młodzieżowy. To by dobrze świadczyło o Piśmie Świętym, że jest wciąż żywe i obecne we współczesnym świecie na tyle, że opłaca się podejmować trud tego rodzaju translacji.

Absurdalne natomiast jest, że – jak poinformowała „Gazeta Wyborcza” – przeciwko tym tłumaczeniom zaprotestowali uczeni językoznawcy z Rady Języka Polskiego, podczas gdy hierarchowie kościelni przyjęli tę nowinkę albo powściągliwie, alebez oburzenia, albo, jak arcybiskup Alfons Nossol, z podziwu godnym rozsądkiem. Ksiądz arcybiskup powiedział, że takie tłumaczenia raczej wzbogacają niż profanują.

Językoznawcy, to znaczy uczeni, którzy godzą się na najdziksze gwałcenie polszczyzny z argumentem, że język jest żywy i skoro Polacy przestają używać dopełniacza, to trzeba to aprobować, zaczęli nagle bronić języka Biblii Tysiąclecia, a może i księdza Wujka. Uczeni językoznawcy mówią o desakralizacji i prymitywizacji Biblii, podczas gdy arcybiskupi o wzbogacaniu. Coś się porąbało, mówiąc językiem młodzieżowym, skoro specjaliści od palatalizacji, prefiksów i sufiksów będą bronić Świętej Księgi przed klerem i zaczną w końcu liczyć litery, jak Żydzi w Torze.

Chciałbym tu przypomnieć zapomniany (może utłukli gojęzykoznawcy) uroczy przekład „Iliady” na gwarę góralską, tą jedyną żywą polską mowę epicką, dokonany przez Michała Pawlikowskiego. „Na to mu odpowie Jagamemnon dziki:/ Jak sobie chcesz: jedź, zostań, wolna twoja wola,/ Jeszcze przy mnie ostaną tęgie wojowniki/ I ociec wielgi w niebie. Ty se zmykaj z pola/ (…) Brykzę wezmę, bo wiedz ty, co się mnie urówniasz,/ Że ja tu wojewoda jestem, a tyś – gówniarz!”.

Czytałem kiedyś, nie pamiętam czyje, „Porwanie Sabinek” po góralsku. Porywające. Julian Tuwim namawiał Wiecha do przełożenia „Iliady” na gwarę warszawską. Niestety, bezskutecznie.

Biblia nie jest na szczęście szacownym, lecz martwym zabytkiem, który należy chronić przed kontaktem z żywymi ludźmi. Ale widocznie językoznawców trzeba trzymać od niej z daleka.