Miałem w ciągu ostatnich kilku dni okazję rozmawiać z mnóstwem ludzi, Polaków, młodych i starszych, zwyczajnych obywateli tego kraju. Wyborców. Wszyscy pytali o jedno: Co będzie? Co będzie z rządem, co będzie z Polską i co będzie z nimi samymi? Miałem też okazję wysłuchać w mediach elektronicznych wielu polityków i fachowych, politycznych komentatorów. Wszyscy opowiadali, co było. Kto kogo obraził, kto kogo obrabował programowo, kto nie dotrzymał obietnic, kto był agresywny, a kto złośliwy.

Trudno o większy kontrast zainteresowań.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że oba te światy oddalają się od siebie z prędkością światła. Skutek jest taki sam jak w astronomii. Efekt Dopplera, czyli przesunięcie ku czerwieni, co przegrani bankruci poprzedniego układu przyjmują z radością, zacierając ręce. Zamiast mówić o sprawach kraju i sprawach obywateli, o przyszłości, o naprawie państwa, Polacy słyszą od ludzi, których obdarzyli właśnie w tych kwestiach najwyższym zaufaniem, wzajemne dąsy i rozważania, kto kogo i za co powinien przeprosić.

Chciałbym przypomnieć politykom – zwłaszcza niektórym – żeśmy oddali na nich swoje głosy nie po to, aby podbudować ich ego i wzmocnić poczucie ich własnej wartości i wyjątkowości, tylko po to, aby ich zobowiązać do działania dla wspólnego dobra. Wydaje się nam, zwykłym ludziom, że jakkolwiek ważne jest, kto co powiedział o kim i jaką wyrządził mu przykrość, a także jak ozdrowieńczą siłę ma wzięcie odwetu, jak satysfakcjonująca jest możność powiedzenia: „Pan mnie też”, to jednak nie mniej istotna byłaby naprawa państwa albo pobudzenie gospodarki i inne sprawy nas wszystkich, do których nikt w tej chwili nie ma głowy.

Ponieważ nie wygląda na to, aby politycy się poprzepraszali i sobie wybaczyli, powinniśmy – obywatele – wziąć sprawy w swoje ręce. Przeprośmy PiS w imieniu Platformy i Platformę w imieniu PiS. Może przynajmniej nam wybaczą. Może sobie przypomną, że istniejemy. Może się zorientują, że odpowiedzialność za państwo mają wszyscy, także ci, którzy wybory przegrali.