rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2005

Tyle już osobliwych rzeczy powiedziano w trakcie tej, trwającej nad miarę i ludzką cierpliwość, kampanii, iż wydawało mi się, że już nic nie będzie mnie w stanie zaskoczyć. Ale możliwości naszych polityków wydają się nieograniczone. We wczorajszym śniadaniu radiowym u Moniki Olejnik wielki polityk i tęgi intelektualista Roman Giertych powiedział ni mniej, ni więcej tylko: „Liberalizm nie jest synonimem wolności. Jest jej przeciwieństwem”.

W ustach Giertycha i – niestety – nie tylko jego liberalizm jest po prostu obelgą. Nie świadczy to dobrze o intelektualnych zasobach politykówaspirujących do rozstrzygania o losach kraju i ludzi. A może świadczy o ich całkowitym cynizmie i świadomym zastępowaniu debaty polityczno-ustrojowej najtańszą propagandą rodem z „Podręcznika agitatora”. Na temat liberalizmu napisano od czasów Adama Smitha całe biblioteki książek, ale jedno się nie zmieniło: liberalizm to nadal jest teoria postulująca poszerzanie zakresu wolności jednostki jako celu i miary doskonałości wszystkich kolektywów, w tym państwa.

Tak jak nie ma innej miary bogactwa kraju niż suma bogactw jego mieszkańców, tak wolność państwa mierzy się zakresem wolności, jakimi cieszą się jego obywatele. Podmiotem podstawowym wolności jest jednostka, a nie zbiorowość: partia polityczna, grupa interesu, klasa społeczna. Tocqueville, którego nasi świetni antyliberałowie pewnie nigdy nie czytali, napisał: „Kto szuka w wolności czegoś innego poza nią samą jest urodzony do zniewolenia”. U nas jest jeszcze gorzej. Polscy politycy doszukali się w wolności przeszkody do osiągnięcia powszechnego dobrobytu.

Przeciwstawianie wolności liberalizmowi jest groteską, zwłaszcza w ustach ludzi, którzy sami – pewnie nieświadomie – propagują jeden z kierunków liberalizmu, mianowicie mnożenie na papierze praw subiektywnych, których egzekucji państwo nie może już gwarantować. Bardzo też dziwne jest dążenie polityków o katolickim rodowodzie do takiego ukształtowania społeczeństwa, aby przestało w nim funkcjonować pojęcie bliźniego. Bliźnim będzie tylko państwo, urząd i polityk. Ale on tylko przed wyborami.

Znudziło mi się pisanie o liberalizmie z nadzieją, że ktoś to przeczyta i zrozumie. Jak powiedział jeden wieprz do drugiego, zaglądając do koryta: – No i znowu te perły!

Okazało się nagle, że pretendentem do prezydentury jest pan Józef Tusk, zmarły w 1987 roku dziadek znanego działacza opozycji antykomunistycznej i polityka Platformy Obywatelskiej, Donalda. Nieżyjący Józef Tusk chce być prezydentem wszystkich Polaków, łącznie z Jackiem Kurskim, a nie chce się wytłumaczyć ze swojej wojennej przeszłości. Nie można go nawet przesłuchać. Milczy. Całe jego życie Polaka w Wolnym Mieście Gdańsku w czasie zawieruchy dziejowej skurczyło się do rozmiarów jednego kwitu z berlińskiego archiwum. Jego grzech jest wyraźny – przeżył. Tego się nie wybacza. Za to odpowiadają potomkowie do dziesiątego pokolenia, jeśli niebacznie wtrącą się w polską współczesność.

Wiadomo już, jakim torem pobiegnie ostatni tydzień kampanii prezydenckiej. Będziemy sprawdzać, czy Józef, dziad Donalda, jest godny zostania głową państwa, albo czy jest przynajmniej odpowiednim dziadkiem dla tej głowy. Media, które jeszcze przedchwilą wstrząsały się z oburzenia na insynuacje Jacka Kurskiego, będą roztrząsać, co o wojennej przeszłości Józefa wiedział Donald. Może Józefa wzięli siłą do Wehrmachtu, a może się zgłosił na ochotnika, krzycząc Heil Hitler. Może ukrywał złe doświadczenia przed wnukiem, a może trzymał w szafie, w kulkach na mole mundur, przebierał się weń nocą i wołał do wnuka: – Deutschland siegt an allen Fronten.

Historia odezwała się w tej kampanii – ale nie ta wciąż żywa, PRL-owska, czego się obawiano, ale ta dawniejsza, zdawałoby się, uładzona. Tragiczne dzieje kresów, dramatyczne wybory Polaków, najczęściej podejmowane nie przez nich, a za nich, pokazuje się w karykaturalnym skrócie. Nie po to, żeby zrozumieć, ale po to, żeby wykorzystać i znów zapomnieć.

Przypomniał mi się wiersz zapomnianego poety Edwarda Słońskiego z czasów I wojny światowej o losach Polaków: „Z dwóch wrogich okopów patrzymy sobie w twarz… „. Dziś, gdyby mogło to komuś posłużyć do walki wyborczej albo choćby do upozowanej na moralistykę sensacji, wyciągnięto by także i tych przodków z rosyjskich, pruskich i austriackich okopów.

Zmarli nie mogą się bronić. Żywi powinni odpowiadać za siebie. O ile się opamiętają.

Stadion. Na trybunach elektorat. Na murawie wielobój prezydencki. W szatni kaperownicy z UE, WNP i Izraela. Trwa właśnie konkurs piękności zawodników.

Liczą się gładkość lic, rumianność i zażywność. Trenerzy pomadują zawodników, pudrują i nacierają, aby się bardziej błyszczeli. Jęk zachwytu niesie się w sektorach damskich i zajętych przez kochających inaczej.

Ale już następna konkurencja. Przerzucanie ciężarów. Gną się barki. Trzeszczą karki. Na trybunach zamieszanie. To szalikowcy Kaczyńskiego rzucili się na kibiców Tuska. To nie zabawa, to krwawa rozprawa. Ale zawody trwają. Głaskanie dobrych dzieci po płowych główkach. Bicie niegrzecznych dzieci rózgą po gołych pupkach. Rozdawanie kluczy do mieszkań. Otwieranie pracowni internetowych. Odsłanianie tablic. Zasłanianie twarzy.

Już ogłoszono międzyczasy. Jęk żalu za zawodnikiem w czerwonym krawacie, który się wycofał. Dopiero w zbliżeniu widać, że to nie krawat. To ozór i w dodatku obłożony. Z loży prasowej dochodzą głosy protestów przeciwko ujawnianiu ozora. W stadionowej kaplicy kapelani zarządzają egzorcyzmy. Wszędzie płoną kadzidła i trociczki, dymy przesłaniają widok i wyciskają łzy z ócz.

Zawodnik, który odpadł w eliminacjach, ogłasza, że korzystając z zamieszania, Żydzi ukradli wszystkie nagrody rzeczowe i medale. Zostały tylko dyplomy, a itych nie starcza dla wszystkich. Większość musi się obejść bez dyplomu.

Kilku zawodników wdeptano w ziemię tak, że wystają nie więcej niż na dwa palce. Jeden z wdeptanych zakopał się sam, bo chciał stanąć na trwałym fundamencie. Pękły wszystkie tamy, trenerzy i masażyści wdarli się na boisko i też uczestniczą w zawodach, masując się nawzajem. W konkurencji gestów patriotycznych najwyższe notowania ma gest Kozakiewicza. W poszukiwaniu ważkich argumentów na finał rozkopuje się groby i rwie deski z trumien. Dwaj finaliści słaniają się z wyczerpania. Straszny widok, dwie ruiny, które się walą nawzajem.

Część publiczności usiłuje wymknąć się ze stadionu. Ale wszystkie bramy są pozamykane. Nie można umknąć. Porządkowi okładają niesfornych widzów kiełbasą wyborczą. Igrzysko ma trwać, i trwa ich mać.

Często się zdarza, że ludzie, jednostki, zbiorowości, cała ludzkość, obserwują rzeczywistość, ale nie są w stanie jej pojąć albo tłumaczą ją sobie fałszywie, bo nie rozumieją albo nawet nie uświadamiają sobie istnienia najważniejszego elementu porządkującego.

I tak wszyscy żyją sobie w błędzie do czasu, aż pojawi się genialna jednostka, która dozna iluminacji. Następuje wtedy przełom i nastaje epoka kolejnego oświecenia. Tak było na przykład z ludzkością do czasu, aż sir Isaac Newton położył się pod jabłonką. Oczywiście przed nimmiliony, z pokolenia na pokolenie, leżały pod drzewami i spadały na nich jabłka. Dopiero jednak Newton ułożył z tego prawo grawitacji.

Teraz jesteśmy zanurzeni w kampanii wyborczej i w polityce, lecą nam na głowę jabłka, ale nie rozumiemy, dlaczego. Zwłaszcza trudno zrozumieć spory dwóch części zwycięskiego obozu o wysokość podatków. Łamalibyśmy sobie tak głowę aż do drugiej tury, ale na szczęście przyszedł (do telewizji TVN 24) redaktor „Krytyki Politycznej” Sławomir Sierakowski i ogłosił wielką prawdę: wysokość podatków to jest sprawa poglądów politycznych. Prosto, jasno, przejrzyście.

Parę setek lat zawracano nam głowę jakąś ekonomią, wmawiano nam, że to nauka, od lat kilkudziesięciu przyznaje się nawet ekonomistom Nagrody Nobla, a tu okazuje się, żadna nauka, tylko pogląd. Łudzono nas teoriami PublicChoice, kryterium Pareto, optymalnymi modelami opodatkowania, krzywą Artura Lassera, geniuszem Franka Ramseya i jego regułą, substytucyjnymi efektami opodatkowania (Lump-sum) lub wreszcie teorią niemożliwości Arrowa, która powiada, że każde rozstrzygnięcie kolektywne o przeznaczeniu cudzych pieniędzy musi naruszać przynajmniej jeden z celów, który chce się tym rozstrzygnięciem osiągnąć. Najczęściej wiele.

Tak byśmy chodzili z łbami naładowanymi makulaturą, ale przybył iluminat Sławomir Sierakowski i objawił: wszystko bzdura! Wysokość podatków jest sprawą poglądów. Jeśli władza ma akurat pogląd, że Bóg nie istnieje i że podatki powinny być wysokie, to Boga nie ma i będą wysokie. Ulżyło mi. Nie będę się już tak męczył. Będę płacił podatki zgodnie z moimi poglądami, a nie z prawem.

Gdybym był dziennikarzem amerykańskim, powiedziałem sobie tuż po zakończeniu pierwszej tury wyborów prezydenckich, wziąłbym odwet na Polakach. Pisałbym o tym, że Polska jest podzielona jak nigdy, tak jak polscy komentatorzy pisali z troską, kiedy w wyborach w USA jedni Amerykanie głosowali na Busha, a inni na Kerry’ego.

Ale okazuje się, że nie trzeba być Amerykaninem. Polak i o wyborach swoich rodaków potrafi napisać to samo; są podzieleni jak nigdy. Tak jak w USA, nie ma mowyo jedności moralno-politycznej narodu, która wciąż zdaje się być ideałem naszych dziennikarzy i intelektualistów. Ein Volk, ein Führer, albo po prostu nie wiadomo, co napisać lub powiedzieć. A milczeć głupio.

Podziały były zawsze. Jeszcze Cezar pisał, że Galia est omnis divisa in partes tres. Mało kto już rozumie to zdanie, ale niewielu więcej pojęcia określające linię podziału liberalizm kontra solidaryzm państwowy.

Liberalizm to dla większości obywateli dewiacja seksualna, obelga albo koncesja na legalny rabunek biednych na rozdrożach. Solidaryzmu państwowego ja sam nie rozumiem. Lęgnie się jednak w mojej głowie potworne przypuszczenie, że chodzi o zadekretowane, przymusowe okazywanie przeze mnie cnót chrześcijańskich, takich jakwspółczucie, dobroczynność i szczodrość. Niewykluczone też, że to państwo będzie okazywać szczodrość na mój koszt.

Polska jest podzielona jak nigdy, ale jakoś sprawcy podziału nie ułatwiają nam zrozumienia tego zjawiska. Przez ostatnie dwa dni przedwyborcze pasjonowałem się analizami krawatów obu głównych pretendentów do prezydentury i ich wpływu na wybory. Paski przeciw ciapkom to zbyt jednak zawiłe. Gdyby jeden kandydat nosił krawat, a drugi fular albo nawet guzik, jak Wincenty Witos, łatwiej byłoby zrozumieć tajemnicę podziału. Krawatowcy przeciwko apaszom. Jakieś jasne kryterium. A tak, błądzimy we mgle. Wiemy tylko, że jesteśmy podzieleni. Daje się nam do zrozumienia, że to źle. Cała nadzieja w IV Rzeczypospolitej. W tym, że podziały znów będą zakazane.

Dużo się ostatnio mówiło w życiu publicznym o zawodnikach i o ringu. Mnie się też przypominały walki bokserskie i to z zamierzchłych czasów, kiedy żadne przepisy nie chroniły ani bokserów, ani publiczności. Nie istniały na przykład ograniczenia czasowe. Walka trwała tak długo, jak długo obaj przeciwnicy stali na nogach. Jeśli się któryś przewracał, odciągano go do narożnika i polewano wodą. Dopiero kiedy i to nie pomagało, ogłaszano koniec walki. Oczywiście ten, który leżał, był przegrany. Nie było wtedy nawet rund i przerw między rundami. W roku 1805 Anglik Cribb pokonał Amerykanina Richmonda po walce trwającej 90 minut bez przerwy. Dopiero w roku 1867 wprowadzono 3-minutowe rundy z minutową przerwą, ale nie ograniczono ich liczby. Bito się do upadłego. Rekordowa walka w USA ciągnęła się ponoć przez 133 rundy. Kto mógł tyle wysiedzieć na widowni, nie pójść coś zjeść albo siusiu? Muhammad Ali walczył jeszcze w reżimie 15-rundowym, teraz obowiązuje 12 rund.

Warto się zastanowić, czy w polityce nie skopiować regulaminowych osiągnięć szlachetnej szermierki na pięści, żeby i zawodników, i publiczności nie eksploatować zbyt intensywnie, dać odetchnąć, nie narazić na urazy, zwłaszcza mózgu, o co przywymianie ciosów łatwo.

Drugiego osiągnięcia w boksie, podziału na kategorie wagowe, wprowadzonego przez markiza Queensberry pod koniec XIX wieku, nie da się chyba w politycznej rywalizacji zastosować. Nie wiadomo, jak i co ważyć. Ważyć musimy sami, każdy dla siebie.

Wczoraj w Warszawie odbyła się manifestacja kandydatów niskonakładowych przeciwko dyskryminowaniu ich przez wyborców. Protestował kandydat Bubel, odrzut z eksportu do krajów niedorozwiniętych, którego notowania przedwyborcze niemal dorównują notowaniom PGR Manioby na giełdzie nowojorskiej w roku 1953. Potem dołączył do niego kandydat Słomka, który cieszy się poparciem bliskim zera absolutnego. Podobno Słomka, w anonimowej sondzie przedwyborczej przyznał szczerze, iż sam na siebie też nie będzie głosował, chyba że przez pomyłkę. W kołach zbliżonych do obu kandydatów na bezpieczną odległość mówi się, że w następnym rozdaniu Bubel będzie kandydował na króla archipelagu Tuva-tuva, jeśli do tego czasu zdoła się nauczyć tej trudnej nazwy. Słomka natomiast może zostać wysłany do Sevres, gdzie ze względu na niezwykłe właściwości będzie trzymany w skarbcu obok platynowego wzorca metra, tylko w ciekłym helu. Raz do roku będzie się Słomkę rozmrażać, żeby zobaczyć, czy nie ocieplał i czy temperatura kosmosu nie wzrosła.

W demonstracji dyskryminowanych nie mógł wziąć udziału kandydat Maciej Giertych, bo dzień wcześniej zrezygnował i nie był już kandydatem. Postąpił chyba lekkomyślnie nie poczekawszy jednego dnia, bo pozbawił się w ten sposób okazji zademonstrowania solidarności, o której tyle wszyscy dziś mówią, z Bublem i Słomką. Trzeba było poczekać. Trzech demonstrantów to jednak już tłum dorównujący liczbie ich wyborców. Dwóch demonstrantów to zaledwie zbiegowisko.

Maciej Giertych zrezygnował z gestem, mówiąc, że robi to dla dobra kraju. Brzmiałby całkiem prawdopodobnie, gdyby Giertych miał szanse na zwycięstwo. Jeszcze bardziej elegancki byłby taki gest przed rejestracją kandydatów. A tak wypowiedź Gietycha seniora brzmiała jakoś tak-dla dobra kraju wyjadę do Pomiechówka. Ładnie, ale co to kogo obchodzi.

Tylko niech nikt nie myśli, że ja wyszydzam kandydatów na których nikt, albo mało kto chce głosować. To oni, a nie ci, co walczą o zwycięstwo są solą demokracji, w której każdy ma prawo kandydować. Tylko trzeba uważać z gestami i protestami, żeby się samemu nie ośmieszyć, w dodatku nieporadnie. Od ośmieszania są fachowcy. Służę dobrą radą.

Woda wyżej

28 komentarzy

Przy okazji prezentowania programów partyjnych strasznie się u nas w ostatnich dniach dużo wody leje.

Każdy polityk ciurka po mediach jak dziurawy kran i tą produkcją można by już nawodnić jeśli nie Saharę, to przynajmniej Pustynię Błędowską. Nie jestem gorszy i doleję do tej Niagary swoją szklankę. Tyle że moja woda to nie zwykła ideologiczna kranówa ani nawet polityczna sodówa, tylko aqua vitae ze źródła, z którego pić powinni wszyscy, jeśli chcą żyć długo i szczęśliwie.

Głównym zmartwieniem większości polityków, ale przede wszystkim najważniejszym powodem, dla którego chcą rządzić, jest likwidacja obszarów biedy, pomoc biednym i generalnie rozprawienie się z biedą. Pięknie. Skoro tak, to wszystkich zatroskanych i szukających najlepszych sposobów informuję o istnieniu w ekonomii tak zwanego efektu śluzy. Ze społeczeństwem jest tak samo jak ze statkiem w śluzie. Pewna część śluzowanego statku jest zawsze pod wodą. Kiedy wody przybywa, statek idzie do góry, ale ciągle taka sama jego część jest pod linią wodną. Tyle tylko, że ta linia jest znacznie wyżej.

W najbogatszych nawet narodach zawsze mniej więcej 20 procent społeczeństwa, na ogół z własnej winy, a czasem nawet z wyboru, żyje poniżej linii wodnej, czyli granicy biedy. A ponieważ bieda jest pojęciem relatywnym, taki biedak szwajcarski byłby w Bangladeszu bogaczem. Co nie zmienia faktu,że w Szwajcarii jest statystycznym biedakiem.

Są dwa sposoby na poprawianie doli biedaków. Albo próby przekonstruowania statku i spuszczania wody ze śluzy konsekwentnie, aż otrzyma się płaską tratwę osiadłą na dnie, albo dopompowywania wody z takim skutkiem, że cały statek, łącznie ze stępką, idzie w górę. Na ogół politycy nie chcą wierzyć, że przez podnoszenie poziomu gospodarki cały statek się podniesie i biednym też się poprawi, bo choć będą biedni, to nie aż tak jak przedtem. Wolą majdrować, manipulować, psuć i spuszczać wodę. No to ja was proszę, nie bawcie się jak pokolenia poprzedników, tylko podnoście cały liniowiec „Rzeczpospolita” w górę. Do poziomu Szwajcarii. Jak nasz biedny będzie ta samo ubogi jak najuboższy Szwajcar, naprawdę będzie lepiej.

Najbardziej drażliwą grupą społeczną stali się ostatnio dziennikarze. Przynajmniej niektórzy. Ludzie słowa, zamiast jak na nich przystało kłócić się, żreć, nawet obrzucać obelgami i na złośliwość odpowiadać ironią, słowem żyć swoim powołaniem, gdy się z nimi polemizuje, gdy się ocenia ich działalność publiczną tak, jak oni oceniają innych – obrażają się, beczą i lecą do sądu na skargę. Politykom jakoś to przeszło, a przecież cała kampania wyborcza mogłaby zajmować wszystkie sądy w Polsce przez kilka lat.

Przeniosło się na dziennikarzy. Osobiście się dziwię. Już kilka razy życzliwi adwokaci namawiali mnie do wytaczania procesów moim adwersarzom. Za darmo. Odmawiałem nie tylko z wrodzonego lenistwa, ale z szacunku do zawodu. Nawet, jak mnie ktoś obrazi, muszę się obronić sam albo powinienem zostać szewcem.

Spór, kłótnia, które są esencją publicystyki, określane są ostatnio jako szambo, błoto, ściek. Chce się je chyba zastąpić bajorkiem zarosłym rzęsą pod cichą wierzbą płaczącą.

Z rozbawieniem, ale jednocześnie nadzieją, dowiedziałem się, że Adam Michnik wytacza proces o dotkliwe zniesławienie Rafałowi Ziemkiewiczowi za sformułowanie, iż Michnik zrobił wszystko, aby w III RP nie zostały ujawnione nazwiska komunistycznych zbrodniarzy. Ależ to będzie piękny proces. Sąd będzie musiał rozstrzygnąć, czy Michnik zrobiłwszystko, czy nie wszystko, trochę albo może niewiele. Jego adwokaci będą dowodzić, że nic nie zrobił. Bez ustalenia, jak było naprawdę, Ziemkiewicza nie da się skazać. Zwykle w takich procesach ekspertami są językoznawcy, aby dokładnie określić zakres znaczeniowy słowa „wszystko”, oraz inni dziennikarze, tłumaczący sądowi prawa gatunku. Zamiast dziennikarstwa na poziomie, spierającego się o ocenę historii najnowszej, będziemy mieli pyskówkę, jak o nazwanie sąsiadki flądrą. Można mieć różne zdanie o roli Michnika, ale chyba szło o to, żeby można było je mieć.

Po co komu to wszystko? Przestrzegam bardzo przed zastępowaniem dziennikarstwa i sporów publicystycznych, wymiany ciosów i ocen sprawami sądowymi. Przed zastępowaniem gazet sądami, a ocen wyrokami. Bo na końcu zostanie nam tylko jedna gazeta i jeden sąd – Ostateczny.

Na kilka dni zniknąłem z łamów „Rzepy” i czytelnicy zaczęli się niepokoić. Telefonowało kilku przyjaciół i przyszło kilkadziesiąt e-maili od ludzi obcych. Dziękuję. Niektórzy wyrażali przypuszczenie, że mnie z redakcji wylano. Jakoś nie. Po prostu też jestem człowiekiem i choć czuję satysfakcję, że mogę pisać prawie codziennie, oraz dumę, że niektórzy chcą mnie codziennie czytać, od czasu do czasu nie wytrzymuję napięcia i wysiadam. A przy emocjach wyborczych o to nietrudno.

Jesteśmy po gdańskich wystąpieniach obu liderów największych partii i wiemy już, czego się spodziewać. Lech Kaczyński obiecuje Polskę socjalną i solidarną, a Donald Tusk liberalną i też solidarną. Rozumiem, że ta Polska solidarna to odwołanie się do symbolu i do legendy, a reszta jest na poważnie. Inaczej łatwo byłoby się dawnym działaczom „Solidarności” dogadać. Obaj obiecują też miejsca pracy dla wszystkich. Przeczytałem kiedyś w pamiętnikach Johna Gielguda anegdotę opowiedzianą aktorowi przez katolickiego biskupa ze Szkocji. W jednomandatowym okręgu wyborczym na wyspie pojawił się kandydat Partii Pracy i na wiecu obiecał, że jak zostanie wybrany, zapewni wszystkim pracę. Nie dostał ani jednego głosu. Komentarz Gielguda: widocznie wzięli jego groźby na serio. Cóż, społeczeństwo brytyjskie jest bardziej dojrzałe. Wie, że powszechne zatrudnienie nie tylko jest niemożliwe bez skrajnego interwencjonizmu państwa w gospodarkę i ruiny, ale ma też drugą stronę. Prowadzi do gnania opornych do pracy siłą. Byle wizja była urzeczywistniona.

Jeśli chodzi o opiekę nad wykluczonymi, rysuje się piękna perspektywa. Z przyjemnością dowiedziałem się, że wykluczeni z władz SLD założyli Platformę Prawa, Sprawiedliwości i Solidarności. Oleksy, Miller, Dyduch i Martens mogli od razu wstąpić raczej do PiS, a nie do Platformy, bo partia braci Kaczyńskich jest im dziś programowo najbliższa. Już tam by się nimi zajęto.

Kiedyś krzyczeliśmy wszyscy – nie ma wolności bez „Solidarności”. Teraz ostrzegam – nie ma opiekuńczości bez kontroli i karności.


  • RSS