rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

Polityka prorodzinna szaleje. Po becikowym, które ma tę wadę, że nie przewiduje apanaży dla dzieci wyrośniętych z becika, będziemy podobno mieli podatek Piłki.

Poseł PiS Marian Piłka zaproponował podwyższenie składek ubezpieczenia emerytalnego dla bezdzietnych. Byłby to powrót do systemu sprawiedliwości społecznej, jaki obowiązywał w PRL, kiedy bezdzietni płacili tak zwane bykowe. Pobierano je do czasu, kiedy ekipa Gierka zorientowała się, że ściąganie podatków od całkowicie upaństwowionych obywateli jest bez sensu, bo nie pokrywa nawet kosztów i podatkiindywidualne zlikwidowała, budząc zawiść związków zawodowych w zacofanych krajach Zachodu.

Zanim dojdzie do przygotowania odpowiedniej ustawy, chciałbym zwrócić posłowi Piłce i jego kolegom uwagę na pułapki takiego sposobu promowania rozrodczości. Po pierwsze, kategorią osób pozbawioną na zawsze możliwości płacenia niższej składki jako nagrody za dzietność będą duchowni katoliccy. Nie wiem, czy IV Rzeczpospolita może sobie pozwolić na przepisy jawnie dyskryminujące kler katolicki. Chyba że rząd uzyskałby w Watykanie zniesienie celibatu. Drugą dyskryminowaną grupą byliby geje i lesbijki, którzy i tak są w Polsce prześladowani, ku oburzeniu Unii Europejskiej. Kolejny konflikt z postępową Europą nie jest nam chyba potrzebny.

No i wreszcie impotenci. Czy powinni być karani finansowo za chorobliwą niemożność? To bybyło niemoralne, ale z kolei jak się wprowadzi zasadę zwolnień z podwyższonej składki dla posiadaczy stosownych zaświadczeń lekarskich, to niechybnie okaże się, że większości Polaków nie staje warunków, umożliwiających spłodzenie potomka. Zaświadczenia będzie można kupować na bazarze i potrzebna będzie specjalna Agencja Wywiadu Potencjalnego, która korzystając ze stosunku kontrolowanego wyłapie oszustów.

Swoją drogą, ilekroć pojawia się w naszym życiu społecznym jakiś realny problem, jak teraz zachwianie równowagi demograficznej, pierwszym odruchem polityków jest podnoszenie podatków i składek. Nigdy żadnemu nie przyjdzie do głowy, że może skuteczniejsze byłoby ich obniżanie. Może ludzie chętniej będą płodzić dzieci, kiedy będą mieć więcej pieniędzy niż wtedy, kiedy będą mieli mniej.

Nareszcie wiadomo, dokąd prowadzi konsekwentna i twarda opozycyjność. Do Moskwy. Nie dziwię się SLD, że ma pretensje do ministra Sikorskiego o ujawnienie archiwów Układu Warszawskiego bez wiedzy i zgody Moskwy. Oni mają taki odruch. Jak pies Pawłowa. Jeden dzwonek – micha, dwa dzwonki – kańczug. Ale żeby liberałowie, demokraci i niepodległościowcy z PO oburzali się na ujawnianie polskich dokumentów historycznych dotyczących epoki dawno zamkniętej, to można tylko wytłumaczyć skrajną opozycyjnością. Gdyby rząd Marcinkiewicza ogłosił, że 21 grudnia rozpocznie się astronomiczna zima, Platforma zaprotestowałaby, że wiosna, a najlepiej skonsultować to z Kremlem.

Wygląda na to, że kandydat PO na ministra obrony, Bronisław Komorowski, który demonstruje swój wstrząs duchowy we wszystkich rozgłośniach, gdyby został tym ministrem i gdyby w ogóle wpadł na pomysł ujawnienia czegokolwiek, co za czasów PRL, ZSRR, NRD i Układu Warszawskiego uznano za tajne łamane przez poufne, najpierw napisałby adres hołdowniczy do Moskwy wedle znanych wzorów: my was na kalienach umalajem, wasze… itd. Ale to tylko tak wygląda ze względu na opozycyjność twardą, która nie pozwala na żadne kompromisy z rozsądkiem.

Z tego, co słychać w radiu i TV, pytanie tylko Moskwy to za mało. Trzeba było uzyskać także zgodę organu brytyjskich lewaków, sierot po Guevarze, dziennika „The Guardian” oraz Moniki Olejnik. Skoro jest już za późno na Moskwę i „Guardiana”, to może Sikorski powinien poprosić choć Olejnik. Jak ją znam, to się jednak zgodzi.

Wydaje mi się, że z punktu widzenia logiki przeciwników otwarcia archiwów Układu lustracja jest także nielegalna. Nie zapytano o pozwolenie Moskwy, która była wszakże organem założycielskim UB i SB. Instytut Pamięci Narodowej także powstał jakoś pokątnie, skoro administruje zasobami, których kopie są w Moskwie i bez jej zgody żaden papierek nie powinien zostać ujawniony.

W tym świetle trzeba postawić krytykom decyzji Sikorskiego jedno pytanie: A dostaliście zgodę z Moskwy na atakowanie ministra? Jak nie, to Putin się może rozgniewać.

Przez parę ładnych dni niemal wszystkie media narzekały na rząd, że sprowadzi na Polskę katastrofę, bo jako jedyny ma zamiar wetować budżet UE.

Następnie zaczęto chwalić ministra Mellera za próbę organizowania oporu antybudżetowego w ramach Wyszehradu. Nikt się nie zająknął, co z budżetem już wykonanym, na rok 2004. A kilka dni temu Europejska Izba Audytorów odmówiła Komisji Europejskiej absolutorium za ten budżet. Już po raz 11, bo mimowprowadzenia Zintegrowanego Systemu Administracji i Kontroli IACS, w Unii powszechne było marnotrawstwo, szalbierstwo, defraudacja, płacenie nienależnych subwencji, nie mówiąc o zwykłych błędach.

Audytorzy nie zaakceptowali wydatków UE na pomoc regionalną, ochronę konsumentów, dyplomację unijną i inne sfery, a przede wszystkim na subwencje dla rolnictwa. W tej dziedzinie wyróżniono Hiszpanię i Grecję oraz produkcję oliwy. Oto pewien grecki owczarz miał w roku 2002 stado 470 owiec. W ciągu dwóch lat wilki pożarły mu 501 owiec, za co dostał odszkodowanie. Stado jednak się nie zmniejszyło i Grek nadal pobiera dotacje dla 470 owiec.

Audytorzy orzekli, że wiedzą dokładnie, skąd się biorą wpływydo budżetu, ale nie potrafią powiedzieć, gdzie się podziewają. Jak powiedział brytyjski poseł do PE Daniel Hannan, gdyby prywatne przedsiębiorstwo działało na tych zasadach, menedżerowie wylądowaliby w więzieniu. Unią rządzą jednak politycy, toteż nawet pani Edith Cresson, wzorowej Europejce, która utrzymywała swojego dentystę na unijnej pensji jako konsultanta, włos z głowy nie spadł.

Milton Friedman zauważył, że są dwa rodzaje pieniędzy – moje pieniądze i wasze pieniądze. W Brukseli wszystkie pieniądze są wasze. Można je wyrzucać przez okna, bo nie są moje. Dyskusja o przyszłym budżecie jest bardzo ważna, ale warto też porozmawiać o budżetach zamkniętych. Z punktu widzenia moich pieniędzy.

Każdy ma prawo do swobodnego głoszenia i manifestowania swoich poglądów. Ja także.

Homoseksualizm, a szerzej kierunek zainteresowań erotycznych i popędu płciowego ze sfery biologii i uczuć intymnych przeniósł się w sferę kultury, z tendencją do zawładnięcia sferą polityki. Żadna korupcja, żadne machlojki i machinacje, oszustwa i kradzież majątku publicznego, stanowienie kalekiego prawa, problemy ustrojowe, ubóstwo i bezrobocie wydają się nie budzić nawet części tych emocji, które wzniecane są sporami o to, czydwóch mężczyzn jednej płci powinno otrzymywać urzędowe błogosławieństwo i państwowy papier z pieczątką na nową drogę życia, czy też mogą się oni, jak dotychczas, obyć bez ślubu i robić swoje na kocią łapę czy kartę rowerową. Od tego podobno zależy wizerunek Polski w świecie, a może nawet w kosmosie. Upaństwowiając homoseksualizm, etatyzując popęd płciowy zdamy podobno, jako społeczeństwo, egzamin z przynależności do Europy i do XXI wieku. Wybijemy się na nowoczesność.

W sferze kultury homoseksualizm jest awangardowy, a heteroseksualizm klasycystyczny. W sferze polityki homoseksualizm jest lewicowy, a heteroseksualizm prawicowy. W sferze wartości to postęp albo zacofanie, wolność albo niewola. Wybierając sobie partnera, tej samej lub odmiennejpłci, dokonujemy więc wyborów wykraczających daleko poza łóżko – opowiadamy się jednocześnie za formacją polityczną i tendencją w kulturze.

Nie mogę się jednak powstrzymać przed przestrogą dla wszystkich, a zwłaszcza homoseksualistów – nie dajcie się nabrać. Nie oddawajcie swojego seksualizmu w ręce polityków. Zostawcie sobie choć tę sferę prywatności. Bo inaczej politycy się wami zaopiekują. Zaczną wprowadzać restrykcje, zakazy, nakazy i kontrole, składki i podatki za każdy stosunek, obowiązkowe dostawy, subwencje, pojawi się mafia seksualna, a na koniec wszyscy trafimy do więzienia.

Nie warto bić się o homoseksualizm urzędowy i koncesjonowany. Chyba że nie ma już niczego innego, co byłoby warte kłótni.

Ryzyk-fizyk

46 komentarzy

Po całej serii ponurych doniesień z kraju nareszcie jakaś dobra wiadomość: w Ełku ksiądz i katechetki oprotestowali przedstawienie uczniowskiego kabaretu Normal z Zespołu Szkół imienia Baczyńskiego za wprowadzenie na scenę postaci księdza Ryzyka.

Protestanci katoliccy domagają się ukarania uczniów. Wiadomość dlatego jest dobra, że zaprzecza obiegowym poglądom, iż szkoła nie przygotowuje do życia we współczesnym społeczeństwie. Szkoła w Ełku na pewno przygotowuje. Młodzi adepci kabaretu Normal, którzy chcieli opowiedzieć o swoim widzeniu świata i z tego świata się pośmiać, jak już przejdą przez młyn protestów, oburzenia i zakazów, będą przygotowani do życia jak sam Pietrzak.

W stanie wojennym ojciec Krąpiec, ówczesny rektor KUL, studentom, którzy przychodzili się skarżyć, że milicja ich bije, mawiał: bije? I bardzo dobrze robi. Przynajmniej wiecie, gdzie żyjecie. Dzieciaki z Ełku dowiadują się tego już w pierwszej klasie liceum. Już ich później nic nie zaskoczy. Już mogą spokojnie dorastać syci wiedzy obywatelskiej i świadomi ryzyka.

Ponieważ protestowicze twierdzą, że skecz o księdzu Ryzyku obraża uczucia religijne, wiadomo już, że jego pierwowzór, ojciec Rydzyk, stał się przedmiotem kultu religijnego i powinien być chroniony przez prawo na równi z Bogiem Ojcem. Słowem, powinien zażywać czci takiej, jak pierwszy sekretarzw czasach komuny, choć i wtedy kpiarze niepoprawni pozwalali sobie na aluzje. Teraz i tego być nie może, zwłaszcza w szkołach, bo jak skorupka za młodu nasiąknie, to na starość nie będzie słuchać Radia Maryja. Gwoli sprawiedliwości, mamy nie tylko klerykalne, ale i świeckie święte krowy, w stadzie których na czele są geje.

Wszyscy protestują przeciwko prezydentowi Poznania Grobelnemu za zakazanie Marszu Równości, a nikt się nawet nie zająknie, że Grobelny zakazał też Marszu Onanistów z trzepaczkami, organizowanego przez Naszość. Grobelny jest piętnowany za homofobię, a onanofobia uchodzi mu na sucho. Homoseksualiści zamiast okazać braterską solidarność, też potępili onanistów za szydzenie z idei tolerancji. Czyli okazali się nietolerancyjni. Potrzebny będzie Marsz Równości Gejów z Onanistami. Najlepiej zorganizować go w Ełku.

Pod jednym względem jesteśmy na pewno normalnym europejskim krajem: u nas, tak jak wszędzie, właściciele samochodów są traktowani przez władzę jak dojne krowy.

Kiedy w budżecie brakuje pieniędzy na wsparcie ubogich, którym nie starcza na benzynę, podnosi się akcyzę, wprowadza winiety, opłaty drogowe, podatki oraz urządza akcje „Bezpieczny mandat”. Tu jest wszystko w porządku. Nowością natomiast w skali światowej jest próba podniesienia akcyzy tak, żeby benzyna nie zdrożała. To znaczy przekonania tych, którzy ją produkują i sprzedają, by zrezygnowali z części zysków na rzecz zysku państwa.

Odwoływanie się do altruizmu, poczucia obywatelskiej wspólnoty opętanych żądzą zysku firm paliwowych nic nie da. Proponowałbym wprowadzenie cen ustawowych albo przynajmniej regulowanych. Litr benzyny nie może kosztować więcej niż 4 złote, niezależnie od wysokości akcyzy. W takiej sytuacji benzyny może brakować, bo nikt nie będzie chciał sprzedawać ze stratą. Trzeba wtedy wprowadzić dostawy obowiązkowe, a dla kierowców kartki. Można będzie powołać specjalny urząd do ścigania nadużyć, a zwłaszcza wyłapywania fałszerzy kartek.

Inni sposób, to wypróbowane w PRL rekompensaty. Albo jakododatki do płac refundowane przez budżet, ale wtedy podwyżka akcyzy może się okazać deficytowa, albo obniżka cen innych towarów, też ustawowa.

I wreszcie sposób, którego nikt jeszcze w Polsce nie zastosował, bardzo popularny w innych krajach gospodarki rynkowej. Położenie kresu monopolom producenckim. Wpuszczenie na rynek obcych koncernów, nawet rosyjskich, niech budują nowe rafinerie, niech produkują i niech ze sobą ry walizują na ceny. Podobno premier Marcinkiewicz ma świadomość, że nadmierne marże są skutkiem mo nopolu. To trzeba działać. Bo na razie rynek ogranicza się u nas do tego, że zbieramy na stacjach benzynowych punkty i po odpowiednio długim czasie możemy dostać młotek. Żeby sobie wybić z głowy wolny rynek paliw.

Sami swoi

14 komentarzy

W Polsce łatwo być prorokiem, ale tylko sezonowym. Po sezonie wszystkie przepowiednie i napomnienia idą w zapomnienie. Nastaje nowe rozdanie, nowi prorocy i nowe przestrogi, ognistymi literami pisane jeśli nie na ścianach pałaców, to na stronach gazet. Teraz jest sezon na wieszczenie katastrof i nieprawości, jakie sprowadzi i jakich dopuści się partia Kaczyńskich, a także rząd Marcinkiewicza. Sporo czytelników ma nawet do mnie pretensje, że nie biorę udziału w chóralnych przepowiedniach nadciągającej katastrofy. Nie biorę, bo nie muszę. Ja to wszystko przewidziałem i przepowiedziałem dokładnie 3 września 1996 roku, kiedy napisałem pod adresem ówczesnej koalicji:

Nie kocham w ogóle obecnej koalicji. Powodów mam wiele, tym niemniej z wrodzonej życzliwości wobec wszelkiego stworzenia chciałbym jej zwrócić uwagę, że w ferworze walki o wszystkie płatne posady w kraju zgubiła z oczu jedną sprawę nadrzędną: tworzy mianowicie nowy rodzaj kultury politycznej w kraju. I to obróci się któregoś dnia przeciwko SLD i PSL. Demokracja, jaka funkcjonuje mimo wszystko w Polsce, nie polega bowiem na tym, że władze wybierane są większością głosów. Polega przede wszystkim na tym, że większością głosów sprawujący władzę mogą być odwołani i zastąpieni innymi. I co będzie wtedy? Co będzie, kiedy większość w Sejmie zdobędzie inna koalicja?

Czarno widzę. W ciągu pierwszego miesiąca pójdą na bruk setki tysięcy ludzi. Przeprowadzona zostanie czystka, jakiej nie było nawet za Stalina. Od telewizji po rady nadzorcze, od Urzędu Rady Ministrów po UOP. Naturalnie, koalicjanci dzisiejsi będą jęczeć i płakać, skarżyć się na antydemokratyczne prześladowania. A będzie to tylko realizacja zaprowadzonych przez nich samych obyczajów, które tak ładnie opisał minister Wiatr: wygrajcie wybory, to będziecie mieli swojego ministra.

Żeby ministra – będą mieli nawet swojego woźnego. Sami swoi. Duch swojactwa unosi się nad III Rzecząpospolitą.

Od tej pory SLD była dwa razy przy władzy, z przerwą na AWS, a obyczaj się utrzymał i zakorzenił. Jest nasz, już na zawsze. Jeśli kogoś martwi zawłaszczanie państwa, skok na telewizję i upolitycznianie służb, mogę go pocieszyć – to tylko na cztery lata. Potem wszystko zacznie się od nowa.

Kusa pokusa

18 komentarzy

Dotychczas było tak, że za treść listu odpowiadał autor, a nie adresat. Przestępca mógł napisać list do arcybiskupa, arcybiskup mógł nawet złoczyńcy uprzejmie odpowiedzieć i nie stawał się przez to podejrzanym o uczestnictwo w szajce. Nikt go też nie wzywał, aby na przyszłość zrobił wszystko, żeby kryminaliści nie pisali do niego nawet życzeń świątecznych. Ale to było w sielankowych czasach, w których Polską nie rządziło Prawo i Sprawiedliwość, a domaganie się od członków władz państwowych tłumaczenia z osobistego biesiadowania z Ałganowem uważane było za akt barbarzyństwa.

A teraz było tak. Niemiecki tygodnik „Der Spiegel” podał informację, że PiS przekazało serdeczne pozdrowienia uczestnikom zjazdu europejskich partii prawicy. „Gazeta Wyborcza” powtórzyła tę wiadomość, choć sprawdzenie jej prawdziwości nie było trudne, dodając od siebie, że populistów pozdrowił osobiście premier Kazimierz Marcinkiewicz. Potem okazało się, że organizatorzy zjazdu usiłowali zaprosić do udziału jednego z eurodeputowanych PiS, którego asystentka zakończyła list z odmową rutynowym sformułowaniem grzecznościowym zamiast tradycyjnego: „walcie się” albo „na drzewo”, co pozwoliłoby uniknąć afery.

Jacek Pawlicki w tekście „Zbyt łatwa pokusa „Spiegla”" w sobotniej „Gazecie” wyjaśnił towszystko, nawet przeprosił, ale dodał na zakończenie, że jest zastanawiające, dlaczego PiS interesują się skrajna prawica i nacjonaliści.

No właśnie, musi być jakiś powód, dla którego skrajna prawica usiłuje zapraszać na swój zjazd posła PiS do PE. Być może czyta nie tylko „Spiegla”, ale nawet „Gazetę Wyborczą”, i uwierzyła, że od paru tygodni ustrojem politycznym w Polsce jest faszyzm. Tak więc to nie Marcinkiewicz, jak życzy sobie Pawlicki, lecz polskie media powinny wybić z głowy zachodnim nacjonalistom polski faszyzm. Ale tego się raczej nie da zrobić. Idzie to w odwrotną stronę. Rząd będzie oskarżany o wszystko, co najgorsze, łącznie ze śniegiem i mrozem. Jeśli nie wiadomo jeszcze, kto odpowiada za ptasią grypę, to moim faworytem jest Marcinkiewicz. „Gazety Wyborczej” chyba też.

No to mamy poważny kłopot intelektualny i moralny, bo Andrzej Lepper objawił się nagle jako liberał pełną gębą. To znaczy, wedle niedawnego słownika Samoobrony, wróg ludu pracującego miast i wsi, zwolennik tuczenia bogatych i głodzenia dzieci szkolnych idących na lekcje bez śniadania, entuzjasta wolnego rynku, doprowadzającego uczciwych do ruiny, i miłośnik silnego złotego.

A teraz… Żadnej podwyżki podatków dla bogatych, Balcerowicz musi zostać. Na manowce liberalizmu Lepper stoczył się po konsultacjach z Janem Kulczykiem i Konfederacją Pracodawców Prywatnych. Można by było sobie łatwo z Leppera poszydzić, że wzbogaciwszy się samemu przedkłada po prostu kolacyjki z bogatymi nad wystawanie na zimnie na blokadach z biedakami. A jeśli to jest szczere rozeznanie? Nie wypada wytykać kogoś palcami tylko za to, że doszedł do rozumu gospodarczego i pojął, że zamiast mordować gospodarkę rytualnie na zasiłki, należy dać jej swobodę i luz, żeby mogła tworzyć miejsca pracy.

Każdy może się przecież zmienić, nawet komuniści przeszli gładko od demokracji socjalistycznej do zwykłej. Z trudem, ale jednak. Niewykluczone, że Lepper, który chyba ze względów taktycznych mówi o wynalezieniu osobiście trzeciej drogi między socjalizmem a liberalizmem, czyli socjalliberalizmu, dowie się któregoś dnia od Balcerowicza o socjalnej gospodarce rynkowej Erharda i zostanie liberałem całą gębą. Przyjmą go do Montpellerin Society, międzynarodówki liberalnej z udziałem tuzina laureatów Nobla z ekonomii, i będzie organizował blokady i protesty, kiedy Kaczyńscy zechcą Balcerowicza usunąć.

Jeśli komuś leży na sercu dobro polskiej gospodarki, to powinien teraz Leppera, herolda liberalizmu, otoczyć opieką, żeby się nie zaziębił i żeby nie zmienił znowu poglądów. Mamy szansę zostać pierwszym krajem na świecie, w którym liberalizm będzie ideą populistyczną, wyznawaną przez najszersze masy. A jeśli ktoś uważa, że to tylko cwaniactwo, niech rozważy, że natura nie znosi próżni. Jeśli liberałowie wycofują się z życia i polityki, ktoś musi wejść na ich miejsce. A czy to jest Lepper, czy kto inny… Nie ma znaczenia.

Ogłoszono, że Instytut Pamięci Narodowej uznał Lecha Wałęsę za pokrzywdzonego przez reżim komunistyczny.

Usłyszawszy ten komunikat, poczułem się zawstydzony i zażenowany. Przewodniczący „Solidarności”, symbol oporu i walki owolność, pierwszy prezydent suwerennej III Rzeczypospolitej, jeden z dwóch (obok Karola Wojtyły) Polaków współczesnych, którego zna każdy na świecie, został zmuszony przez grupkę małych ludzi, zawistników i krętaczy do ubiegania się o świadectwo moralności. Ten papier z wybielaczem jest najsmutniejszym dokumentem, jaki wydał kiedykolwiek IPN.

Ten papier więcej mówi o nas wszystkich niż o laureacie Pokojowej Nagrody Nobla. O podłości, zawsze gotowej do szczucia, o polskim piekle i o ściąganiu za nogi w dół. Wszystkie stereotypy charakteru narodowego znalazły w tym jednym akcie ponure potwierdzenie. Jesteśmy narodem zawistników, w którym szewc zazdrości kanonikowi, że miał dobre kazanie. Gdyby żył dziś marszałek Piłsudski, Radio Maryja z Wyszkowskim zlustrowaliby go dokładniej, niż był w stanie przedwojną zrobić to Stanisław Stroński. Niszczenie Wałęsy jest niszczeniem fundamentów wolnej Polski, tak jak było nim opluwanie Piłsudskiego w czasie wojny bolszewickiej i po jej zwycięskim zakończeniu.

Lech Wałęsa, choć go po ludzku rozumiem, niepotrzebnie ugiął się przed ujadaniem sfory. Mógł okazać pogardliwą wyższość i nie występować o żadne zaświadczenia. Mógł też IPN, nawet pozaustawowo, uznać status Wałęsy jako pokrzywdzonego bez jego wniosku. Wałęsie się to należało.

Teraz możemy być świadkami serii gorszących procesów, pyskówek, pełnych kłamstw, oszczerstw i inwektyw całkowicie bezkarnych, bo traktowanych jako materiał dowodowy. Może by tak państwo polskie, które tyle zawdzięcza Wałęsie, znalazło jednak jakiś sposób, żeby przeciąć ten piekielny krąg.

W Polsce na uznanie mogą liczyć tylko ci, którzy zginęli. I to dostatecznie wcześnie. Ci, którzy przeżyli, nie mogą oczekiwać szacunku, ale zawsze powinni się spodziewać samosądu moralnego. Spoza całej tej akcji przeciw Wałęsie słychać pozagrobowy chichot komuny.


  • RSS