Ogłoszono, że Instytut Pamięci Narodowej uznał Lecha Wałęsę za pokrzywdzonego przez reżim komunistyczny.

Usłyszawszy ten komunikat, poczułem się zawstydzony i zażenowany. Przewodniczący „Solidarności”, symbol oporu i walki owolność, pierwszy prezydent suwerennej III Rzeczypospolitej, jeden z dwóch (obok Karola Wojtyły) Polaków współczesnych, którego zna każdy na świecie, został zmuszony przez grupkę małych ludzi, zawistników i krętaczy do ubiegania się o świadectwo moralności. Ten papier z wybielaczem jest najsmutniejszym dokumentem, jaki wydał kiedykolwiek IPN.

Ten papier więcej mówi o nas wszystkich niż o laureacie Pokojowej Nagrody Nobla. O podłości, zawsze gotowej do szczucia, o polskim piekle i o ściąganiu za nogi w dół. Wszystkie stereotypy charakteru narodowego znalazły w tym jednym akcie ponure potwierdzenie. Jesteśmy narodem zawistników, w którym szewc zazdrości kanonikowi, że miał dobre kazanie. Gdyby żył dziś marszałek Piłsudski, Radio Maryja z Wyszkowskim zlustrowaliby go dokładniej, niż był w stanie przedwojną zrobić to Stanisław Stroński. Niszczenie Wałęsy jest niszczeniem fundamentów wolnej Polski, tak jak było nim opluwanie Piłsudskiego w czasie wojny bolszewickiej i po jej zwycięskim zakończeniu.

Lech Wałęsa, choć go po ludzku rozumiem, niepotrzebnie ugiął się przed ujadaniem sfory. Mógł okazać pogardliwą wyższość i nie występować o żadne zaświadczenia. Mógł też IPN, nawet pozaustawowo, uznać status Wałęsy jako pokrzywdzonego bez jego wniosku. Wałęsie się to należało.

Teraz możemy być świadkami serii gorszących procesów, pyskówek, pełnych kłamstw, oszczerstw i inwektyw całkowicie bezkarnych, bo traktowanych jako materiał dowodowy. Może by tak państwo polskie, które tyle zawdzięcza Wałęsie, znalazło jednak jakiś sposób, żeby przeciąć ten piekielny krąg.

W Polsce na uznanie mogą liczyć tylko ci, którzy zginęli. I to dostatecznie wcześnie. Ci, którzy przeżyli, nie mogą oczekiwać szacunku, ale zawsze powinni się spodziewać samosądu moralnego. Spoza całej tej akcji przeciw Wałęsie słychać pozagrobowy chichot komuny.