W Polsce łatwo być prorokiem, ale tylko sezonowym. Po sezonie wszystkie przepowiednie i napomnienia idą w zapomnienie. Nastaje nowe rozdanie, nowi prorocy i nowe przestrogi, ognistymi literami pisane jeśli nie na ścianach pałaców, to na stronach gazet. Teraz jest sezon na wieszczenie katastrof i nieprawości, jakie sprowadzi i jakich dopuści się partia Kaczyńskich, a także rząd Marcinkiewicza. Sporo czytelników ma nawet do mnie pretensje, że nie biorę udziału w chóralnych przepowiedniach nadciągającej katastrofy. Nie biorę, bo nie muszę. Ja to wszystko przewidziałem i przepowiedziałem dokładnie 3 września 1996 roku, kiedy napisałem pod adresem ówczesnej koalicji:

Nie kocham w ogóle obecnej koalicji. Powodów mam wiele, tym niemniej z wrodzonej życzliwości wobec wszelkiego stworzenia chciałbym jej zwrócić uwagę, że w ferworze walki o wszystkie płatne posady w kraju zgubiła z oczu jedną sprawę nadrzędną: tworzy mianowicie nowy rodzaj kultury politycznej w kraju. I to obróci się któregoś dnia przeciwko SLD i PSL. Demokracja, jaka funkcjonuje mimo wszystko w Polsce, nie polega bowiem na tym, że władze wybierane są większością głosów. Polega przede wszystkim na tym, że większością głosów sprawujący władzę mogą być odwołani i zastąpieni innymi. I co będzie wtedy? Co będzie, kiedy większość w Sejmie zdobędzie inna koalicja?

Czarno widzę. W ciągu pierwszego miesiąca pójdą na bruk setki tysięcy ludzi. Przeprowadzona zostanie czystka, jakiej nie było nawet za Stalina. Od telewizji po rady nadzorcze, od Urzędu Rady Ministrów po UOP. Naturalnie, koalicjanci dzisiejsi będą jęczeć i płakać, skarżyć się na antydemokratyczne prześladowania. A będzie to tylko realizacja zaprowadzonych przez nich samych obyczajów, które tak ładnie opisał minister Wiatr: wygrajcie wybory, to będziecie mieli swojego ministra.

Żeby ministra – będą mieli nawet swojego woźnego. Sami swoi. Duch swojactwa unosi się nad III Rzecząpospolitą.

Od tej pory SLD była dwa razy przy władzy, z przerwą na AWS, a obyczaj się utrzymał i zakorzenił. Jest nasz, już na zawsze. Jeśli kogoś martwi zawłaszczanie państwa, skok na telewizję i upolitycznianie służb, mogę go pocieszyć – to tylko na cztery lata. Potem wszystko zacznie się od nowa.