Pod jednym względem jesteśmy na pewno normalnym europejskim krajem: u nas, tak jak wszędzie, właściciele samochodów są traktowani przez władzę jak dojne krowy.

Kiedy w budżecie brakuje pieniędzy na wsparcie ubogich, którym nie starcza na benzynę, podnosi się akcyzę, wprowadza winiety, opłaty drogowe, podatki oraz urządza akcje „Bezpieczny mandat”. Tu jest wszystko w porządku. Nowością natomiast w skali światowej jest próba podniesienia akcyzy tak, żeby benzyna nie zdrożała. To znaczy przekonania tych, którzy ją produkują i sprzedają, by zrezygnowali z części zysków na rzecz zysku państwa.

Odwoływanie się do altruizmu, poczucia obywatelskiej wspólnoty opętanych żądzą zysku firm paliwowych nic nie da. Proponowałbym wprowadzenie cen ustawowych albo przynajmniej regulowanych. Litr benzyny nie może kosztować więcej niż 4 złote, niezależnie od wysokości akcyzy. W takiej sytuacji benzyny może brakować, bo nikt nie będzie chciał sprzedawać ze stratą. Trzeba wtedy wprowadzić dostawy obowiązkowe, a dla kierowców kartki. Można będzie powołać specjalny urząd do ścigania nadużyć, a zwłaszcza wyłapywania fałszerzy kartek.

Inni sposób, to wypróbowane w PRL rekompensaty. Albo jakododatki do płac refundowane przez budżet, ale wtedy podwyżka akcyzy może się okazać deficytowa, albo obniżka cen innych towarów, też ustawowa.

I wreszcie sposób, którego nikt jeszcze w Polsce nie zastosował, bardzo popularny w innych krajach gospodarki rynkowej. Położenie kresu monopolom producenckim. Wpuszczenie na rynek obcych koncernów, nawet rosyjskich, niech budują nowe rafinerie, niech produkują i niech ze sobą ry walizują na ceny. Podobno premier Marcinkiewicz ma świadomość, że nadmierne marże są skutkiem mo nopolu. To trzeba działać. Bo na razie rynek ogranicza się u nas do tego, że zbieramy na stacjach benzynowych punkty i po odpowiednio długim czasie możemy dostać młotek. Żeby sobie wybić z głowy wolny rynek paliw.