rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2005

Minister spraw zagranicznych Stefan Meller na początek swego urzędowania przeniósł się na kilka dni do Moskwy. Dzięki temu nikt nie będzie mógł powiedzieć, że rząd symbolicznie zainaugurował stosunki międzynarodowe od Watykanu, Waszyngtonu czy innej Brukseli, lekceważąc kierunek wschodni. W drodze powrotnej minister Meller mógłby odwiedzić Białoruś i przekazać Łukaszence pozdrowienia od Leppera oraz jego świadectwa weterynaryjne.

Zrobiła się z tego wszystkiego wielka międzynarodowa aferapolityczna, wymierzona w rząd Marcinkiewicza czy nawet w Unię Europejską, a nie ulega wszak wątpliwości, że niektórzy polscy eksporterzy fałszowali te zaświadczenia, i jeśli coś w całej sprawie dziwi, to fakt, że nie robili tego wszyscy. A przecież Polak potrafi.

Polityczny jest więc podobno termin wstrzymania przez Moskwę importu z Polski. Gdyby zrobili to wcześniej, oznaczałoby, według ekspertów, że chcą pogorszyć szanse wyborcze SLD. Znam ludzi, którzy są pewni, że gdyby nikt z Polaków nigdy żadnego świadectwa nie sfałszował, to Ałganow z Kulczykiem założyliby w Polsce specjalną spółkę eksportową tylko po to, żeby wydawać fałszywe świadectwa dojrzałości polskim burakom i mieć na każdy rząd bat polityczny.

Teraz jest dobra okazja do zaprezentowania możliwościzawierania korzystnych obustronnie kompromisów. Polska strona powinna się zobowiązać do wysyłania do Rosji mięsa i produktów roślinnych zaopatrzonych w fałszywe świadectwa tylko tym rosyjskim importerom, którzy nie płacą za zamówiony towar. A wiem, że niektórzy nie płacą, tak jak niektórzy polscy eksporterzy fałszują. Mielibyśmy wtedy jakąś równowagę i być może święty spokój.

Kompromisy są w ogóle rzeczą pożyteczną, także w polityce wewnętrznej. Zamiast zadrażniać, można przecież ogłosić, że rząd będzie popierał zapłodnienie in vitro, ale dzieci poczęte w ten nienaturalny sposób nie dostaną becikowego. Kompromis był też możliwy w sprawie Kurskiego – zamiast ogłaszać, że znów jest członkiem, można mu było nadać rangę kandydata albo zastępcy członka. Tak niewiele trzeba, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Po trzech tygodniach podpaleń, rabunków i bijatyk z policją w podparyskich blokowiskach i wielu innych miastach Francji rząd zapowiedział wydalanie schwytanych na gorącym uczynku uczestników tych zajść niemających obywatelstwa francuskiego.

Natychmiast odezwała się niezawodna Amnesty International, a za nią inne szlachetne organizacje, przestrzegając przed łamaniem praw człowieka. Chodzi oczywiście o prawa człowieka do podpalania autobusów z pasażerami, żłobków i kościołów. O prawa człowieka do rabowaniasklepów i bicia przechodniów, nie wyłączając kalek i kobiet w ciąży. Okrucieństwo burżuazyjnego rządu, a ministra Sarkozy’ego szczególnie musi faktycznie wstrząsnąć każdym, komu leżą po lewej stronie, a więc w okolicy serca, słuszne prawa ludzi przybyłych do republikańskiej Francji z postępowych i pokój miłujących krajów muzułmańskich, karzących bezwzględnie próby korzystania ze swobód obywatelskich chłostą i obcinaniem rąk, w nadziei na swobodne kształtowanie własnej osobowości.

Organizacje praw człowieka nigdy się jakoś nie ujęły za prawami właściciela do posiadania niespalonego samochodu, sklepikarza do brania pieniędzy za towar albo wiernych do modlenia się w niesplądrowanych kościołach. Wiadomo zresztą, dlaczego.

Wedle logiki tych organizacji młodzi muzułmanie, paląc, bijąc i demolując, walczą o prawa człowieka, a władze Francji, karząc ich za to, prawa te łamią. Dokładnie to samo jest w przypadku terroryzmu. Czy to Izrael, czy USA w Guantanamo, przetrzymując terrorystów w warunkach odbiegających od standardów sanatorium w Alpach Szwajcarskich, gwałcą prawa człowieka, podczas gdy terroryści, mordując Amerykanów i Izraelczyków, korzystają po prostu ze swoich praw.

Mordowani żadnych praw nie mają, a przynajmniej nie ma międzynarodowych organizacji, które byłyby skłonne bronić przynajmniej jednego prawa ofiar terroryzmu. Prawa do życia. Tym się muszą zajmować wsteczne reżimy kapitalistyczne, ich policje i służby specjalne oraz imperialistyczne armie na żołdzie bankierów i fabrykantów.

Natomiast prawo do zdrowia psychicznego każdy z nas musi sobie wywalczyć we własnym zakresie.

Jeszcze nic się nie zaczęło, a już wszystko kończy się katastrofą. Będzie źle, a nawet jeszcze gorzej. Będzie strasznie. Zaczną się masowe prześladowania gejów, lesbijek i innych myślących inaczej. Bez pełnomocnika Kościół katolicki będzie nadal bił nasze żony. Zamiast 3 milionów mieszkań wybuduje się 4 stadiony. Populiści zlikwidują model socjalny i zwiększą podatki. Moherowe berety staną się częścią umundurowania armii, nawet w Iraku, gdzie zostaniemy do następnego potopu. Lizusy wpuszczą do Polski bazy amerykańskie, wobec czego wyrzuceni zostaniemy z Unii Europejskiej, o ile nie zdążymy wystąpić sami wcześniej. Przy stoliku brydżowym miejsce gangsterów i agentów służb specjalnych zajmą słuchacze Radia Maryja i uzbrojeni po zęby funkcjonariusze Urzędu Antykorupcyjnego. Lepper zostanie wicepremierem i zablokuje Radę Ministrów. Tym wszystkim z tylnego siedzenia będzie zarządzał Jarosław Kaczyński, człowiek o podwójnej moralności, o czym zapewniają wiarygodni ludzie, którzy z moralnością nigdy nic nie mieli wspólnego.

Tak wygląda w największym skrócie stan perspektyw Rzeczypospolitej w dwa dni po powołaniu rządu i udzieleniu mu votum zaufania przez Sejm. To już nie jest propaganda, walka polityczna czy spory ideowe. To jest najgłębsze odzwierciedlenie ducha polskiego, stały rys naszego charakteru narodowego – pesymizm integralny.

Przekonanie, że prawdziwym celem polityków, którzy dorwali się do władzy, jest zaszkodzenie całemu państwu i wszystkim jego obywatelom. Polakowi z krwi i kości nie wypada być zadowolonym ze swego państwa, z wolności, demokracji, swobód obywatelskich i relatywnego -w porównaniu z czasami minionymi – dobrobytu.

Polak rzetelny, historycznie umotywowany, wypchany watą gazetową i telewizyjną po dziurki w nosie, nie może nawet udzielić nowemu rządowi dwutygodniowego kredytu umiarkowanego zaufania. Polak musi oponować generalnie i od razu.

Można odnieść wrażenie, że największym nieszczęściem, jakie mogłoby spotkać Polskę, byłoby, gdyby premierowi Marcinkiewiczowi cokolwiek się powiodło. My, Polacy, czulibyśmy się wtedy parszywie, oszukani i znieważeni.

Nie twierdzę, że wszystko jest jak najlepiej, ale nie nadchodzi też chyba polski Armagedon.

Dwa rekwizyty zdominowały debatę sejmową nad exposé premiera Marcinkiewicza. Stolik brydżowy i moherowe berety.

Niestety, premier nie zacytował „Dziadów” Mickiewicza: „Puszczyku, zgrałeś się przy zielonym stoliku”, co pasowałoby do wielu obecnych w Wysokiej Izbie. Ostatecznie, stolik brydżowy można zastąpić stolikiem okrągłym, wezwać z okazji 11 Listopada ducha Marszałka i być pewnym, że Dziadek i tym razem wskazałby, gdzie go wszyscy mogą pocałować. A tak posłowie z różnych ugrupowań byli zdani na siebie i musieli to mówić sami, co zabrało im i nam, telewidzom, czas do późnego wieczora.

Donald Tusk stwierdził, że rządy w Polsce objęła koalicja moherowych beretów. Ponieważ mam wyobraźnię plastyczną, przedstawiłem sobie Jarosława Kaczyńskiego (moher różowy) w kuluarowej rozmowie na temat użycia służb specjalnych dla wyprowadzenia z domu o 5 rano Jana Rokity (czarny Stetson) i Wojciecha Olejniczaka (proletariacki berecik filcowy z antenką) prowadzonejz Giertychem (moher błękitny), Lepperem (biało-czerwone pasy) i Pawlakiem (zieleń ozima). Na zakończenie rokowań panowie, na znak porozumienia, zamieniają się moherami i idą posłuchać księdza Rydzyka. Takie obrazki będziemy teraz mieli codziennie, na szkle ekranów telewizyjnych malowane. Czasy są trudne, to nie ta prosta epoka, kiedy rządziła koalicja papach futrzanych, a praworządność wiodła od kaszkietu do kastetu.

Ale Tusk nie miał namyśli polityków w moherach, tylko ich wyborców. Tych wszystkich, którzy nie odziedziczyli gronostajów poarystokratycznych przodkach, jak aktywiści PO, ani nie uwłaszczyli się nakarakułach, jak działacze SLD. Chodziło o te wyrzutki społeczne z nizin i depresji, które pakują na siebie mohery z lumpeksu, żeby tylko nie mieć głów otwartych na prawdziwe wielkości. Te, które spaskudziły nam wybory. Stanowczo, Polska nie wybije się na cylindry bez wyborczego numerus clausus namoher.

W przerwie między exposé premiera a debatą zabrał głos prezydent Kwaśniewski (z gołą głową),aby oświadczyć, że teraz PO już wie, dlaczego powinna zostać w opozycji u boku SLD. Pewnie nie ze względu na głowę, tylko jej nakrycie. Nowa czapka postępowa będzie się nazywać Platforma Lewicy Obywatelskiej.

Co my byśmy zrobili, biedacy, bez wolnej i odpowiedzialnej prasy? Otóż spalibyśmy spokojnie do czasu, aż obudzilibyśmy się z ręką w ogniu.

Na szczęście „Super Express” czuwa i ostrzega: grozi nam francuska choroba, a polska nędza też wybuchnie. Już niedługo, może za kilka lat będziemy mieli rozruchy i zamieszki, z braku Arabów wywołane przez samych Polaków. Będą to Polacy kolonialni, skolonizowani przez Rzeczpospolitą. Będą palić własne samochody, własne domy i nawet kościoły.

Gazeta przewidziała nawet, gdzie będą ogniska wybuchu. W Gdańsku, gdzie pada przemysł stoczniowy, na Śląsku, gdzie zamyka się kopalnie, w Krakowie, gdzie Nowa Huta nie gwarantuje już sukcesu życiowego i w Łodzi, gdzie wszyscy są przegrani. Można dodać do tego jeszcze Ursynów, gdzie wszyscy mieszkają w blokach oraz wiele miejsc, w których ludzie nie pokończyli szkół, nie mają kwalifikacji, niechcą pracować i słabo znają język polski, może nawet gorzej niż Arabowie francuski. Są to wszystko oczywiste powody do zamieszek, podpaleń, bicia kobiet ciężarnych i kalek oraz podobnych form protestu społecznego przeciwko nieludzkim warunkom życia.

Jeśli mieszkańcy polskich dzielnic nędzy nie wpadli od razu na pomysł, że mogą sobie poprawić byt paląc i rabując, to po przeczytaniu „Super Expressu” za 1,20, na co stać nawet najbiedniejszych, mogą nie za parę lat, tylko od razu wziąć się do dzieła. Potwierdziliby w ten sposób leninowską tezę o organizatorskiej roli prasy. O ile oczywiście na pierwszy ogień nie poszłaby siedziba „Super Expressu”.

Kto mógłby stanąć na czele buntu? Naturalnie, każdemu wyobraźnia podpowiada Andrzeja Leppera stojącego ramię w ramię z naczelnym gazety, Mariuszem Ziomeckim na płonącej barykadzie. Ale Lepper już wyrósł z blokad, a Ziomecki, jak go znam, nie chciałby się pospolitować z tłumem.

Moim kandydatem na wodza jest Jacek Wódz, profesor socjologii, który tak ładnie tłumaczy, że wybuch jest nieunikniony. Wodzu, prowadź nas z koktajlami Mołotowa na katedrę wawelską.

W ostatnim czasie dostałem od czytelników trochę poczty z zarzutami: że zdradziłem Platformę i zmieniłem front; że podlizuję się nowej władzy.

Pytano, czy się ubiegam o jakieś stanowisko rządowe, suponując ministra kultury. To już wymaga wyjaśnień. To nie ja zmieniłem front, to front się zmienił. To nie ja zdradziłem Platformę, tylko ona swoich wyborców. Mnie, jako jednostce, jest w ogóle wszystko jedno, kto rządzi, ponieważ w moim życiu i prywatnym, i zawodowym nic od tego nie zależy. Przynajmniej dopóty, dopóki jest demokracja. Karierę już zrobiłem na moją własną miarę i udało mi się przy okazji osiągnąć najwyższy z możliwych szczebli luksusu. Mieć własne zdanie o wszystkim.

O sprawach publicznych wypowiadam się, jak większość moich kolegów po piórze (choć z bólem przyznaję, że nie wszyscy) nie jako chytry Rybiński myślący o interesie własnym i rodziny, tylko jako obywatel tego kraju, zatroskany o jego przyszłość. Nie piszę tego, żeby postawić się w charakterze wyjątku na piedestał, bo tam jest mimo wszystko dość ciasno, tylko żeby po raz kolejny w krótkim czasie wyrazić zdziwienie i niepokój stopniem etatyzacji społeczeństwa i upartyjnienia myślenia o Polsce. Jeśli ludzie, sądząc po stylu wyrażania myśli wykształceni i inteligentni, uważają za motor działalności publicznej i kuźnię poglądów przemożną chęć zdobycia posady rządowej, tuczenia się na koszt podatników i jeszcze zażywania władzy, to coś jest z naszym myśleniem nie w porządku. Jeśli się uważa stanowisko w urzędzie za najwspanialszy sukces życiowy i ukoronowanie kariery, jeśli takie opinie wyrażają zadeklarowani zwolennicy PO, to jesteśmy skazani na biurokrację zamiast administracji i urzędnicze intrygi zamiast polityki. Z liberalną Polską możemy się pożegnać, bo ona ważniejsza jest w głowach obywateli niż w partyjnych programach. A w głowach obywateli liberalizm jest wtedy, kiedy nasi nam rozdają posady. Kiedy tamci rozdają posady im, to jest dyktatura.

Nie myślcie do cholery o sobie. Nie myślcie o posadach. Nie myślcie, że wszyscy inni myślą tak jak wy, a przede wszystkim nie myślcie, że tak jak wy powinni myśleć, bo godne to i sprawiedliwe. Nie doszukujcie się w ludziach tego, co wieczorem, przed zaśnięciem odkrywacie w sobie, a do czego wstydzicie się przyznać. Myślcie o Polsce, która jest wspólna i bezpartyjna.

Ku oburzeniu niektórych mediów, na ogół zresztą zagranicznych, grożących Polsce konsekwencjami finansowymi z Brukseli rząd Marcinkiewicza zlikwidował Urząd Pełnomocnika ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn.

Ale nie należy się przesadnie cieszyć, bo podobno w to miejsce ma być powołany Urząd Pełnomocnika ds. Rodziny. Oznacza to, że przy pewnych różnicach akcentów nowa ekipa rządząca podziela pogląd poprzedniej: jeśli występują w społeczeństwie jakieś problemy z tym lub owym, wystarczy powołać urząd, nająć urzędników, dać im zarękawki, biurka i skoroszyty, a wszystko zostanie rozwiązane z pożytkiem dla ogółu.

Potwierdzeniem tej tezy jest ogłoszone już utworzenie Urzędu Antykorupcyjnego. Korupcja jest przestępstwem ściganym z urzędu i mamy już dość instytucji państwowych powołanych do jej zwalczania. Policję, prokuraturę, Centralne Biuro Śledcze, a w sprawach najpoważniejszych nawet służby bardzo tajne. Dodawanie do tego wszystkiego jeszcze jednego urzędu centralnego nic nie pomoże. A co się stanie, jak i w nowym urzędzie zalęgnie się przekupstwo? Powołamy superurząd? Trzeba naprawiać te struktury państwa, które już są i których zlikwidować nie można, a nie mnożyć urzędy ponad potrzeby i możliwości kraju.

Zamiast zwalczać korupcję, należałoby likwidować jej przyczyny. W pierwszym rzędzie wszystkie zbyteczne, biurokratyczne nowotwory. Wszelkiego rodzaju idiotyczne koncesje, pozwolenia, zezwolenia i zaświadczenia urzędowe. Trzeba zredukować liczbę kontroli, inspekcji i nadzorów. Norm, wytycznych i dyrektyw. Trzeba pozwolić ludziom żyć i gospodarować bez urzędowej pieczątki.

Wiem, że realizacja takich postulatów naraziłaby Polskę na kolejny konflikt z Brukselą. Domyślam się też, między innymi po powołaniu Urzędu Antykorupcyjnego, że ideałem nowej ekipy jest wzmożenie kontroli wszystkich i wszystkiego. No to przypomnę słowa zapomnianego klasyka, Jerzego Jurandota: im większy burdel, tym surowsze przepisy; im surowsze przepisy, tym większy burdel. Burdel już mamy, teraz będziemy dostosowywać do niego przepisy.

No to sprawdziły się najgorsze przewidywania najmądrzejszych i najbardziej przenikliwych. Idą straszne czasy prześladowań i odwetu.

Będą łomotać o piątej rano w drzwi, jak w wierszu Broniewskiego i proroctwie Rokity. Idzie dyktatura, bo wiceministrem sprawiedliwości u boku Zbigniewa Ziobry został krwawy sędzia Andrzej Kryże.

Człowiek, który po piętnastu latach kulturalnego śledztwa i uprzejmego procesu wmieszał się i nie zawahał, łamiąc prawa boskie i ludzkie, skazać chorych, steranych w służbie dla Polski ludzi na kary więzienia za głupie kilkaset milionów. I to w ostatniej chwili przed upływem przedawnienia.

Do czego to jeszcze może dojść w sytuacji, gdy aparatem sprawiedliwości będzie kierował ktoś tak bezwzględny. Mogą przecież skazać generała Kiszczaka za strzały w Wujku, choć przecież zostało ustalone z całą pewnością, że ZOMO strzelało w powietrze.

Żaden człowiek honoru nie jest teraz bezpieczny, nawet generał Jaruzelski, który nie tylko uratował dwa razy Polskę, w 1970 i 1981, ale miał także swój udział w ratowaniu Czechosłowacji w roku 1968. Skoro tacy ludzie nie mogą się czuć bezpiecznie, to co mówić o nas, zwykłych obywatelach. Kto tam będzie zwracał uwagę, że jesteśmy niewinni jak Kiszczak i uczciwi jak funkcjonariusze FOZZ.Wieje grozą. Jeszcze rząd, o którym „Trybuna” już dwa lata temu pisała, że będzie faszystowski, nie uformował się, a już nadgorliwcy, ustawiając się przodem do nowej władzy, wtrącili do lochów Mokotowa Lwa Rywina, schorowanego tak, że nie mógł nawet poddać się badaniom lekarskim. Jeszcze nikt nie mówił o sędzim Kryże, a już węszący możliwość awansu prokuratorzy z różnych krańców Polski powszczynali śledztwa przeciwko samemu Zbigniewowi Siemiątkowskiemu. Kogo jeszcze będzie się próbowało rozliczyć w koalicji z wicemarszałkiem Lepperem?

Nie wiem, czy w tej sytuacji wystarczy pozostawanie PO w twardej opozycji u boku SLD. Przydałby się jakiś ruch oporu, jakaś partyzantka i wysadzenie torów, bo to najlepszy sposób na okrucieństwa dyktatorów.

Pomyślałem sobie, właściwie dlaczego nikt nie przeprowadził badań opinii publicznej na temat: kto jest winien niepowodzenia rokowań koalicyjnych między PiS i PO. Przecież aż się prosi. Ale zaraz doszedłem do wniosku, że słusznie, bo znowu mogłoby się, jak w badaniach przedwyborczych okazać, że ludzie wstydzą się powiedzieć uczciwie, co sądzą, żeby nie być uznanymi za ciemniaków i wyszłoby, że większość obciąża odpowiedzialnością PiS, zgodnie z obowiązującą linią.

Ale tak naprawdę wszystkiemu winne są niedostatki demokracji. W roku 1948 przyjechał do Polski, jako obserwator, anglikański biskup Bradford, który po powrocie do Londynu o ówczesnej demokracji socjalistycznej powiedział – my byśmy tego nie wytrzymali nawet dwóch tygodni, ale dla Polaków jest w sam raz. Teraz mamy (prawie, bo tam są jednomandatowe okręgi wyborcze) taką samą demokrację jak Anglicy i okazuje się, że nie bardzo ona do nas pasuje. Socjalistyczna była lepsza, bo nie zawierała elementów przypadku i ryzyka.Wygrywał ten, co powinien, a nie ten, który mógłby wygrać. Toteż nie możemy wytrzymać nawet dwóch tygodni, żeby nie uznać samego faktu wyborów i ich rezultatów za klęskę. Biskup Braford natomiast pewnie by wytrzymał. Angielska flegma.

Podobno rezultatem tych fatalnych wyborów, w których głos Jacka Żakowskiego ma taką samą wagę co głos ojca Rydzyka, jest koalicja PiS z Samoobroną. Nie wiem, czy taka koalicja jest, czy dopiero będzie i kiedy, ale usłyszałem w radiu pytanie Katarzyny Kolendy-Zaleskiej do Kazimierza Ujazdowskiego – jak pozbyć się Leppera i Samoobrony.

Polityk nie odpowiedział jasno, więc mu pomogę. Trzeba przekonać wyborców, żeby w następnych wyborach na nich nie głosowali. Już gdyby przed tymi katastrofalnymi wyborami wrześniowymi ktoś wytłumaczył Polakom, żeby zamiast na Samoobronę głosowali na Pedecję, bylibyśmy spokojniejsi.

To samo jest z Lepperem. Gdyby nie wszedł do Sejmu, nie mógłby być wicemarszałkiem. Ale został legalnie wybrany głosami pełnoletnich Polaków, posiadających prawa wyborcze. Bardzo wielu to się nie podoba, łącznie z wynalazcami Leppera z SLD. To przywróćcie demokrację socjalistyczną. Oczywiście, jeśli uprzednio zdobędziecie większość głosów. Bo na Armię Czerwoną nie można już liczyć.

Dziwna podrzędność myśli. Niezwykła drugorzędność uczuć. Prymat partyjności nawet u ludzi bezpartyjnych. Troska o Polskę skurczona do postulatu, żeby stanowili o niej nasi. Moi. Wybrańcy, którym zawierzyłem osobiście. Już nie tylko politycy, ale zwykli, normalni obywatele upartyjnili się, jak nigdy dotąd. To nie takie upartyjnienie jak za komuny, kiedy mnóstwo ludzi miało legitymacje w kieszeni, a partię gdzieś. To jest realne, duchowe upartyjnienie. Entuzjazm i nienawiść. Nasza partia, ich partia. Przeczuwamy i prorokujemy za chwilę albo raj na ziemi z naszą partią, albo gehennę i katastrofę, jeśli ona nie nasza.

Mamy nową edycję „Wesela”, chocholi taniec, z którego niewielu jest w stanie się wyrwać. Zamąconą kadź narodową. Politycy nie są w stanie porozumieć się ze sobą, bo nikt ich do takiego porozumienia nie zachęca ani go od nich nie oczekuje. Jeszcze nic się nie zaczęło, a już musiało się skończyć i nie pomógł nie tylko arcybiskup Gocłowski ani nawet nie pomogłoby dokooptowanie arcybiskupa Sawy, rabina Joskowicza i mułły z Drohiczyna. Bo nie idzie o ekumenizm, tylko o politykę partyjną, gdzie przepaści są głębsze.

Profesor Zbigniew Religa zgodził się zostać ministrem zdrowia w gabinecie Marcinkiewicza. Pytano mnie po tej decyzji – czy on zwariował? Okrzyczano go zdrajcą tylko dlatego, że chce realizować swój program naprawy systemu opieki zdrowotnej, któryuważa za dobry i konieczny dla Polski, z kimkolwiek. Z każdym, kto mu da taką szansę. To nie jest objaw szaleństwa, przeciwnie, to symptom odpowiedzialności i zdrowego rozsądku. Niektórzy twierdzą, że zostanie oszukany. Trudno to wykluczyć, ale trudno też zagwarantować.

Zwierzył mi się kiedyś mój dawny redaktor naczelny, niezapomniany Jerzy Wójcik, który był szefem sekretariatu Gierka, że najgorsze, co go na tym stanowisku spotkało, to złudzenie, że Polska to jest tych parę gabinetów w gmachu KC, życie kraju to konwektykle partyjne, a naród to kilkudziesięciu czy kilkuset aparatczyków.

Mam wrażenie, że nasi politycy dzisiejsi mają taką właśnie wiarę. Polska to oni. Panna Młoda zapytała w „Weselu”: A kaz tyz ta Polska, a kaz ta? Poeta pokazał jej na serce i rzekł: A to Polska właśnie. Religa, chyba nie dlatego, że kardiolog, wie dokładnie, gdzie jest Polska.


  • RSS