rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

Na Nowy Rok dostaniemy w upominku od polityków nową instytucję czy też instancję, której brak tak dotkliwie wszyscy odczuwaliśmy. Wczoraj do marszałka Sejmu wpłynął wniosek o rejestrację Zespołu Parlamentarnego na rzecz Przywrócenia Autorytetu Władzy. Według wyjaśnień pierwszego szefa Zespołu, Artura Górskiego, chodzi o wszelką władzę sprawowaną przez jednych nad drugimi, o autorytet instytucji władzy oraz zawodu polityka.

Faktycznie, kiedyś sprawa była prosta, a autorytet wszelkiej władzy wysoki, bo pochodził od Bogai nie można go było kwestionować. Teraz władza pochodzi od ludu i zdemoralizowany tym wyniesieniem lud kręci na władzę nosem, narzeka i wyśmiewa. Nie ma szacunku do polityków, którzy są jego własnymi, a nie bożymi pomazańcami. Ocenia małostkowo funkcjonowanie instytucji władzy ze swojego egoistycznego punktu widzenia. Wystarczy jakaś afera w kręgach władzy, jakaś korupcja, mały przekręt z udziałem polityków, żeby władza była odarta z przynależnego jej majestatu.

Wystarczy, żeby polityk się upił, a już autorytet władzy ląduje w rynsztoku. Niech tylko parę osób w Sejmie bredzi, a już cały parlament staje się obiektem niewybrednych szyderstw. Ledwo kilku polityków wykazuje lekkie objawy niegroźnych odchyleń psychicznych, a już autorytet diabli wzięli i pojawiają się pomysły przeniesienia Sejmu do Tworek. Wystarczy przyjęcie jednej ustawy lub jednej decyzji sprzecznej z tak zwanym zdrowym albo chłopskim rozumem, a już każdy, kto ma rozum, drwi sobie z autorytetu władzy.

Rzeczywiście, tak dalej być nie może. Wszelka władza powinna mieć gigantyczny autorytet tylko z tego powodu, że jest władzą. Każdy polityk powinien się cieszyć szacunkiem, nawet jeśli wypowiada się w telewizji i radiu. Niewątpliwie nowy zespół opracuje projekt ustawy o autorytecie władzy z rejestrem surowych kar dla wszystkich, którzy go podważają. Szacunek wobec polityków powinien być wpisany do konstytucji. Jeśli chodzi o instytucje, to zwracam uwagę posłowi Górskiemu, że największym cieszą się te, w których niemożliwie albo skrajnie trudne jest załatwienie czegokolwiek. Jeśli o mnie chodzi, obdarzam nowy zespół najwyższym szacunkiem i wróżę mu ogromny autorytet.

Ludzie, przynajmniej niektórzy, stają się coraz bardziej zapobiegliwi. Troszczą się o swój przyszły żywot już teraz. Zbawienie, obcowanie ze świętymi w niebie, nagroda życia wiecznego za cnoty i dobre uczynki to jedno. A pamięć wśród potomnych na tym padole łez to drugie.

Wszyscy teraz o wszystkich zapominają w coraz szybszym tempie. Bohaterowie są co tydzień nowi, a w parę dni później nikt już nie pamięta nawet ich nazwiska. Człowiek dbały o życie przyszłe sam musi wziąć sprawy w swoje ręce, aby nie popaść w zapomnienie. Aby pozostała po nim, jeśli już nie pamięć dobra, to choć materialna pamiątka.

Prałat Henryk Jankowski, kapłan wielkich zasług i wielkiej odwagi w dobie komunizmu, który w III RP, chyba z braku jasno określonego wroga, nieco się pogubił, ogłosił w święta utworzenie w Warszawie instytutu, który ma się zajmować badaniami nad rolą i działalnością Kościoła w PRL. Bardzo dobry pomysł, bardzo pożyteczna idea.

Wielka praca, bo rola Kościoła w przetrwaniu narodu była ogromna. Instytut ma nosić imię Henryka Jankowskiego. I to jest sygnał, że ksiądz prałat poważnie myśli o życiu przyszłym. Trzeba dbać o siebie, bo potomni mogliby, kiedy nie będzie ich miał kto dopilnować, nadać instytutowi założonemu przez prałata imię kogo innego. Na przykład prymasa Wyszyńskiego albo księdza Ziei. I cały wysiłek na nic.

Instytut, co także już zapowiedziano, ma się też zająć budową pomnika księdza Jankowskiego w Starogardzie Gdańskim. Cóż w tym dziwnego? Zwykła zapobiegliwość, bo jeśli prałat sam nie wybuduje sobie pomnika i sam go nie odsłoni, to zda się tym samym na ocenę innych, która może być tak niesprawiedliwa, że nie starczy entuzjazmu na pomnik. Najwyżej na tablicę.

Jedno jest tylko niepokojące. Mamy w najnowszej nawet historii przykłady wielkich ludzi, którzy sami stawiali sobie pomniki na własną miarę, a niewdzięcznicy przy pierwszej okazji pomniki te rozwalali. Jedyna rada – jeszcze za życia uznać księdza Jankowskiego i jego pomnik za zabytek i objąć ochroną. Bo jak nie, to pomnik – w najlepszym razie – może trafić do Kozłówki.

Dziś Wigilia. Jedyny dzień, kiedy zwierzęta mówią ludzkim głosem. Nie chcę być gorszy. Dziś nie tylko mówię, ale nawet piszę ludzkim głosem.

Otóż wyznam szczerze, że ogólnie wszystko mi się bardzo podoba i wielce jestem ze wszystkiego, co się dzieje w Polsce, zadowolony. Cieszę się, że Lech Kaczyński został prezydentem, i raduję z tego, że Aleksander Kwaśniewski przestał. Satysfakcjonuje mnie wielce, że mamy rząd Marcinkiewicza, i nie mniej jestem rad, że nie mamy rządu Belki. Podoba mi się becikowe i odczuwam radość, że tak mało i że nie wszyscy go dostaną. Entuzjazmuję się wywalczeniem dla nas 60 miliardów euro w budżecie UE i odczuwam euforię na myśl, że nie uda się nam tych pieniędzy wydać. Bardzo mi odpowiada reforma Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i uspokaja mnie myśl, że nareszcie jakaś poważna instytucja państwowa zajmie się z urzędu etyką dziennikarzy. Nawet to mnie cieszy, że etycznie będą lustrowani tylko dziennikarze mediów elektronicznych.

Ogromnie rad jestem z tego, że prezydent i rząd będą zawłaszczać państwo, a jeszcze bardziej z tego, że ludzie prywatni z listy Wildsteina i listy najbogatszych Polaków, tego robić nie będą. Cieszę się, że Sobotka został ułaskawiony i że Rywin nie został. Podoba mi się, że Radio Maryja zatruwa ludzkie umysły nienawiścią i to, że tygodnik „Nie” na czele innych tytułów je odtruwa. Cieszę się w ogóle, że perspektywy dla Polski są ponure, ale widoki są różowe.

Najbardziej raduje mnie, że jest równowaga. Że mogę posłuchać Rydzyka albo Kutza, Niesiołowskiego albo Giertycha. Jak z tego widać, jestem ideałem obywatela. Stoję sobie spokojnie w oborze przy żłobie, przeżuwam cierpliwie i wszystko mi się absolutnie podoba, co mówię i piszę po ludzku bez trwogi. Ale to tylko raz w roku.

Życzę wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom spokojnych Świąt. Mówcie do siebie ludzkim głosem

Nasłuchałem się przez weekend wyrzekań na ekspresowe i nieetyczne przeprowadzenie w Sejmie nowelizacji ustaw medialnych.

Niby normalka. Dziwne tylko, że nagle w obronie KRRiT wystąpili zwolennicy rozpędzenia tej instytucji, a o należytą reprezentację sił politycznych w zupełnie zbędnym organie, służącym do nadużywania władzy, zatroskali się krytycy jej upolitycznienia.

W naszej elicie politycznej silna jest wiara, że kto ma telewizję, ten ma władzę. Jest to wiara przodków, odziedziczona przez demokratów III RP po PZPR i Wydziale Propagandy. Po Gierku i Szczepańskim, po Jaruzelskim i Urbanie. Gdybyż to była prawda, PZPR, trzymając telewizję, nigdy nie musiałaby oddać władzy. Jej następca, SLD, też nie. Tymczasem przypuszczam, że PRL z telewizją, której nie miałaby partia, mogłaby potrwać znaczniedłużej. To przecież sposób sprawowania władzy za pośrednictwem telewizji, obrażający inteligencję i poczucie przyzwoitości przeciętnego Polaka, informacje ukrywane, przeinaczane i wykoślawiane, a także jawne prostytuowanie się osób pełniących obowiązki dziennikarzy telewizyjnych ewidentnie przyspieszyły upadek realnego socjalizmu w Polsce i władzy PZPR. Nie mówiąc już o władzy Millera, Jakubowskiej i Czarzastego.

Oczywiście telewizja kontrolowana politycznie, zawłaszczona i uważana za warunek i instrument władzy nie może być uczciwa i obiektywna, i nigdy taka nie będzie. Nie będzie, bo obiektywna straci natychmiast wszystkie swoje pożądane funkcje. Uczciwość i prawdomówność nie mogą w ogóle być narzędziami władzy, przynajmniej takiej, do jakiej przyzwyczajeni są nasi politycy. Sprawowanie władzy z pomocą mediów to przecież nie przedstawianie realnego świata, ale tworzenie świata pozorów, politycznego Disneylandu. Albo z Kaczorem, albo z Donaldem.

Kto ma telewizję, ma władzę. Kto ma władzę, ma telewizję. Kto nie ma telewizora, ten ma spokój.

Nie masz na tym świecie nic trwałego, poza przyjaźnią stateczną – powiedział imć pan Onufry Zagłoba herbu W czele, zanim nie bacząc na wiek sędziwy wsiadł do kolaski, aby pojechać i wyciągnąć pana pułkownika Wołodyjowskiego z celi klasztoru kamedułów bosych.

Wydawałoby się, nie ma już takich przyjaciół. Chłód tylko w stosunkach między ludźmi, udawanie i interesy. Kto coś komuś może załatwić, albo kto może załatwić kogo, ten druh i przyjaciel najszczerszy. Na szczęście ustępujący pan prezydent Aleksander Kwaśniewski daje piękne świadectwo, że są jeszcze wierne przyjaźnie na świecie. Oto nie bacząc na wiek roztropny, na opinię publiczną ani na dwuznaczność moralną pospieszył z pomocą, aby wyciągnąć z celi przyjaciela, Zbigniewa Sobotkę. Prawdziwy Zagłoba, forteli pełen.

Jestem pewien, że budujący dla młodzieży i zachęcający do zwierania właściwych przyjaźni przykład uczuć braterskich zostanie zapamiętany jako najważniejszy epizod dziesięcioletniego okresu prezydentury Kwaśniewskiego. Ważniejszy niż kontuzja goleni, bo budujący.

Swoją drogą ciekawe byłoby wiedzieć, czy Leszek Miller, którego łączyła z Kwaśniewskim też przyjaźń, ale szorstka, miałby w analogicznej sytuacji szansę na ułaskawienie, czy też prezydentowi ze względu na procedury zabrakłoby czasu. A czy przyjaźń z Sobotką mogłaby przetrwać, gdyby paradował on w moherowym berecie?

Trudne pytania. Najbardziej uderzająca w tej całej historii jest obustronna hipokryzja. Okazywana zarówno przez Kwaśniewskiego, jak i przez ministra Ziobrę. Prezydent domagał się akt sprawy, chociaż wiedział z góry i dawno podjął decyzję, że Sobotkę ułaskawi. Natomiast minister badał akta, choć bez żadnych badań wiedział on sam i my wszyscy, że wyda opinię negatywną.

Wszystko tylko po to, aby dochować procedur i zachować pozory tak, żeby ludzie, którzy nie przyjaźnią się z Kwaśniewskim, trwali w przekonaniu, że Polska jest państwem prawa, a nie postawem sukna. Nie wiem, czy się udało.

Ale nie zawsze im się chce. Ostatnio opieszali mogą liczyć, że zawsze ich ktoś wyręczy. Brytyjski ambasador w Warszawie Charles Crawford napisał jeden list i uznał, że to wystarczy. Polski ambasador w Londynie w ogóle jeszcze nic nie napisał, a w każdym razie żadnego listu, który przeciekłby do prasy, wywołał poruszenie, wstrząsnął Wielką Brytanią tak, jak list Crawforda wstrząsnął Polską, a w każdym razie „Gazetą Wyborczą”.

Nie napisali, ale to nie szkodzi, bo sprawę wzięli w swoje ręce zaprawieni w epistolografii dziennikarze. W „Financial Times” za Crawforda list napisał Roger Blitz, przepraszając w nim poniżonych i obrażonych Polaków i wyrażając skruchę. To zawsze lepsze niż nic. Taki apokryf też może się przyczynić do umocnienia odwiecznej przyjaźni polsko-brytyjskiej i zbliżenia między narodami. O ile to znów nie był typowo brytyjski practical joke, bo wtedy znów się poczujemy nad Wisłą poniżeni aż do Żuław i kolejny Brytyjczyk będzie musiał pisać list z przeprosinami. Tym razem za redaktora Blitza. Będzie to taki listowny Blitzkrieg.

Polskiego ambasadora w Londynie, jakoś leniącego się do pisania, wyręczył w „Gazecie Wyborczej” jakiś PAC, niby doradzając premierowi Marcinkiewiczowi, co ma powiedzieć na szczycie UE, ale głównie licząc na to, że brytyjska prasa to przedrukuje i Anglicy się obrażą, zaczną stroić fumy i fochy i nareszcie uda się ich ośmieszyć w oczach Europy, żeby byli Polakom równi. Ładne są w tym kolejnym apokryfie kwiatki, ale najbardziej udany jest żart o bombie zegarowej zamiast budzika. Po prostu ześmiać się można ze śmiechu. Od razu widać, że Polacy nie gęsi i swój humor mają, może niewyszukany, ale za to podbudowany zasługami lotników w bitwie o Anglię.

Generalnie pomysł pisania listów nie tylko za analfabetów, ale i za leniuchów jest znakomity i bardzo może ożywić życie umysłowe Polski, Brytanii i Europy, pod warunkiem, że nie będą to anonimy. I mimo że cała korespondencja, także apokryficzna, dotyczy pieniędzy, nie radzę redaktorom podpisywać za nikogo ani czeków, ani weksli.

Polskę trudno zrozumieć Polakowi, a co dopiero mówić o cudzoziemcach. Obchodziliśmy wczoraj 24. rocznicę wyboru przez generała Jaruzelskiego lepszego zła, które to określenie wydaje mi się zgrabniejsze od zła mniejszego. Pod willą generała w Warszawie odbyły się dwie manifestacje, przeciwników i miłośników stanu wojennego. Jak wytłumaczyć obcokrajowcowi, dlaczego przeciwnicy byli w mundurach ZOMO, jeździli skotem i palili koksowniki, a zwolennicy byli w paletkach? Przecież powinno być odwrotnie, to młodzież neokomunistycza powinna występować w strojach organizacyjnych.

Adlaczego wielbiciele Jaruzelskiego pod sztandarami ZSMP i tygodnika „Nie” mieli transparenty przeciw kaczorom? Czy, zapytałby cudzoziemiec, jest jakiś związek między zniesieniem stanu wojennego a ptasią grypą w Azji? Bardziej obeznany mógłby się zdziwić, dlaczego wśród przeciwników generała nie było ani jednego moherowego beretu, a wśród jego zwolenników żadnego męża stanu, wybitnego publicysty i autorytetu moralnego, bo taki jest podobno generalny podział w społeczeństwie.

Przy okazji rocznicy przeprowadzono badania socjologiczne, z których wyszło, że większość Polaków nie zna daty ostatniej pacyfikacji narodu polskiego, a prawie połowa uważa, że Jaruzelski słusznie wprowadził stan wojenny. Przypuszczam, iż datę bitwy pod Grunwaldem zna większość Polaków, mimo że odbyła się dawniej (przypominam: 1 kilogram cukru, 4 litry wody, 10 deka drożdży) i że prawie nikt nie sądzi, że to von Jungingen miał rację. Wszystko dlatego, że „Krzyżaków” Forda pokazuje się u nas w porze najlepszej oglądalności, a programy historyczne o stanie wojennym po północy. W audycji Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, też nadawanej dla starców cierpiących na bezsenność, Janusz Rolicki zapytał, dlaczego nie ma serialu o Grudniu „81 i okolicach. Proste – misja TVP polega na tym, aby Polakom życie uprzyjemniać, a nie uprzykrzać. M jak miłość sympatyczniejsze jest niż Z jak ZOMO.

W całych tych obchodach zafascynowała mnie młodzież demonstrująca poparcie dla Jaruzelskiego. Ciekawe, czy Urbanowi i pozostałym jej perceptorom udałoby się w maju zorganizować wiec poparcia dla marszałka Suworowa z okazji rocznicy rzezi Pragi. Pewnie tak, i to liczniejszy, bo w maju jest cieplej.

Konia temu, kto mówi prawdę. Aby mógł powiedzieć i uciec. Koń teraz bardzo by się przydał brytyjskiemu ambasadorowi Charlesowi Crawfordowi, którego e-mail do Foreign Office, ujawniony przez brytyjską prasę, wywołał w Polsce histerię.

Według naszych poważnych polityków i mediów ambasador się dopuścił, zakpił sobie, okazał arogancję i powinien się wstydzić. Jeden z komentatorów telewizyjnych dopatrzył się w e-mailu Crawforda „polish jokes”. Najpoważniejszą reakcją było jednak zdanie w jednej z gazet: „Zaskoczony tonem wypowiedzi Crawforda był też Daniel Passent…”. Skoro tak, to rzeczywiście mamy do czynienia ze skandalem międzynarodowym.

Przyzwyczaiłem się już do tego, że polityka nie należy w Polsce do obszaru rozumu, tylko do sfery emocji. A przecież ambasador Crawford, pomijając jego British sense of humour, napisał świętą prawdę. Rząd brytyjski, otwierając swój rynek, dał Polakom 300 tysięcy miejsc pracy, więcej niż rządy Millera i Belki razem wzięte. Prawdą jest także, że unijne instytucje i ich urzędnicy są skorumpowani, o czym można sobie poczytać w dorocznych sprawozdaniach z wykonania budżetu UE. Ambasador mógł dodać jeszcze, że są nieudolni i opętani manią regulowania wszystkiego. Co do tego, żewspólna polityka rolna jest najgłupszą, najbardziej niemoralną polityką subsydiów w historii nie mam żadnych wątpliwości. To jest polityka, która demoralizuje rolników, degeneruje rolnictwo i w dodatku przez system ceł ochronnych uniemożliwia rozwój gospodarczy państw Trzeciego Świata.

Oczywiste, że ponieważ UE rządzi się chorymi zasadami, polski rząd ma obowiązek walczyć o każde euro. Póki się należy, trzeba brać jak najwięcej. Ale warto też wspierać Londyn w dążeniu do zmiany tych zasad. Polscy rolnicy na wspólnym rynku daliby sobie świetnie radę bez dopłat, kwot produkcyjnych i subwencji za pozostawienie ziemi odłogiem. Panie Ambasadorze Crawford, ma Pan u mnie konia, nawet z rzędem, byle Pan tylko dalej mówił prawdę.

Nieładnie kopać leżącego. Chyba że leżący sam się położył i nie chce wstać. Taka jest właśnie sytuacja z Platformą Obywatelską. Położyła się i leży. Partia politica paralitica to jest nowy kierunek w polskiej polityce. A jak ktoś to nawet usiłuje przełamać, jak J. M. Rokita, wychodzi farsa. Przepraszam pana premiera z Krakowa i zacne grono ekspertów, ale ogłaszanie z hukiem dwa miesiące po wyborach, kiedy się nie jest w rządzie ani się do niego nie aspiruje, rządowego programu – jest śmieszne. Trzeba było ten program ogłosić dwa miesiące przed wyborami, może coś by pomogło. Teraz jest skuteczne jak dla umarłego kadzidło.

Oczywiście, gdyby nawet Platforma wstała, nie mogłaby zrobić dla Polski tyle, ile uczynił europoseł z Samoobrony, kładąc się z brukselską kurtyzaną. Nie mogliśmy się nazachwycać, jak zmienił percepcję Polski we Francji umięśniony hydraulik i jak to Francuzki rzuciły się do biur podróży rezerwować wyprawy do jego ojczyzny. A tu dzięki posłowi poszła w świat informacja o dzikiej jurności Polaków, na dodatek – jeśli się nie mylę co do osoby – nawet tych o nikczemnej posturze.

Szef i promotor chutliwego posła wicemarszałek Sejmu pan Andrzej Lepper na konferencji prasowej skomentował ten pijacki wybryk reprezentanta Polski na europejskie salony z wdziękiem pastucha i inseminatora. Chichocząc zapytał, czy można w ogóle zgwałcić prostytutkę? Wydawał się nie mieć wątpliwości, że nie można, że zwykła „Q” pozbawiona jest wszystkich praw boskich i ludzkich, a bezczelnością ze strony ścierki jest oskarżanie persony stojącej tak nieporównanie wyżej w hierarchii jak poseł, i w dodatku z Samoobrony. Potem się zreflektował, ale chyba za późno. Wyśmiewałem się w tym miejscu wielokrotnie z feministek i ich walk z urojeniami, bo nie miałem pojęcia, że taka mentalność, jaką nam zaprezentowali obaj panowie, możliwa jest poza kręgiem poniewierających się po rynsztokach wykolejeńców. Widocznie nasza demokracja dosięgła już rynsztoka.

Wiem już, co będzie dalej. Będzie się teraz dowodzić, że to prowokacja, żeby Polskę pokrzywdzić przy budżecie. Proponuję bronić się twierdzeniem, że poseł jest wierzący, a Kościół nie pochwala używania prezerwatyw.

Życie polityczne jest u nas obfite i nad wyraz interesujące, mimo że ludzie są wciąż ci sami. To znaczy, że fantazja w narodzie, a przynajmniej w jego elicie, nie ginie. W piątek rozpadła się koalicja PiS- -LPR-Samoobrona, choć jeszcze w środę, na jubileuszu Radia Maryja, wydawała się twarda jak opoka. Ludzie Leppera w głosowaniu nad powierzeniem stanowiska prezesa IPN Januszowi Kurtyce opowiedzieli się przeciwko PiS, popierając SLD. Spodziewam się bardzo poważnych komentarzy w sprawie tego głębokiego kryzysu w obozie rządzącym po tych, którzy pierwsi zauważyli powstanie i krzepnięcie koalicji Kaczyńskich z Lepperem.

Miejsce Samoobrony zajęła w koalicji Platforma Obywatelska, głosując za Kurtyką, a przeciw SLD i Lepperowi. I to mimo że wicemarszałek Komorowski był osobiście przeciwny kandydaturze Kurtyki. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że był też przeciwko Samoobronie, a być może nawet przeciw SLD. W rezultacie mamy więc nową koalicję parlamentarną PiS-PO-LPR. Ale to tylko do następnego głosowania, po którym może się okazać, że koalicjantem PiS jest SLD, bo głosował tak samo. Najlepiej by było nie przeprowadzać w Sejmie żadnych głosowań, bo może się okazać, że co dzień rządzi Polską inna koalicja. Wszystkich nas od tego rozboli głowa, i tylko komentatorzy polityczni się obłowią.

Pojawiły się wszakże znaki, że scena polityczna może się zdestabilizować jeszcze bardziej. Poseł PO Andrzej Sośnierz powiedział w wywiadzie prasowym, że 30 – 40 procent posłów Platformy rozważa teraz możliwość poparcia rządu Marcinkiewicza. Partii grozi rozłam, i nawet wiadomo, dlaczego. Bronisław Komorowski, dementując taką perspektywę, stwierdził, iż „PiS jest partią ludzi o spoconych rękach i spoconych nogach”. A co dzieje się pod pachami PiS? PO rozpadnie się na część posiadającą intymną wiedzę o cielesności PiS-owców i na tych, którzy mają katar. Trzeba zapobiec kolejnemu kryzysowi. Trzeba w Sejmie uruchomić łaźnię i rozdawać dezodoranty.

PS: Sporo osób pytało mnie, co sądzę o powołaniu Aleksandra Kwaśniewskiego na świadka w procesie beatyfikacyjnym Jana Pawła II. Otóż uważam, że lepsze to, niż gdyby miało być odwrotnie.


  • RSS