Ale nie zawsze im się chce. Ostatnio opieszali mogą liczyć, że zawsze ich ktoś wyręczy. Brytyjski ambasador w Warszawie Charles Crawford napisał jeden list i uznał, że to wystarczy. Polski ambasador w Londynie w ogóle jeszcze nic nie napisał, a w każdym razie żadnego listu, który przeciekłby do prasy, wywołał poruszenie, wstrząsnął Wielką Brytanią tak, jak list Crawforda wstrząsnął Polską, a w każdym razie „Gazetą Wyborczą”.

Nie napisali, ale to nie szkodzi, bo sprawę wzięli w swoje ręce zaprawieni w epistolografii dziennikarze. W „Financial Times” za Crawforda list napisał Roger Blitz, przepraszając w nim poniżonych i obrażonych Polaków i wyrażając skruchę. To zawsze lepsze niż nic. Taki apokryf też może się przyczynić do umocnienia odwiecznej przyjaźni polsko-brytyjskiej i zbliżenia między narodami. O ile to znów nie był typowo brytyjski practical joke, bo wtedy znów się poczujemy nad Wisłą poniżeni aż do Żuław i kolejny Brytyjczyk będzie musiał pisać list z przeprosinami. Tym razem za redaktora Blitza. Będzie to taki listowny Blitzkrieg.

Polskiego ambasadora w Londynie, jakoś leniącego się do pisania, wyręczył w „Gazecie Wyborczej” jakiś PAC, niby doradzając premierowi Marcinkiewiczowi, co ma powiedzieć na szczycie UE, ale głównie licząc na to, że brytyjska prasa to przedrukuje i Anglicy się obrażą, zaczną stroić fumy i fochy i nareszcie uda się ich ośmieszyć w oczach Europy, żeby byli Polakom równi. Ładne są w tym kolejnym apokryfie kwiatki, ale najbardziej udany jest żart o bombie zegarowej zamiast budzika. Po prostu ześmiać się można ze śmiechu. Od razu widać, że Polacy nie gęsi i swój humor mają, może niewyszukany, ale za to podbudowany zasługami lotników w bitwie o Anglię.

Generalnie pomysł pisania listów nie tylko za analfabetów, ale i za leniuchów jest znakomity i bardzo może ożywić życie umysłowe Polski, Brytanii i Europy, pod warunkiem, że nie będą to anonimy. I mimo że cała korespondencja, także apokryficzna, dotyczy pieniędzy, nie radzę redaktorom podpisywać za nikogo ani czeków, ani weksli.