Nie masz na tym świecie nic trwałego, poza przyjaźnią stateczną – powiedział imć pan Onufry Zagłoba herbu W czele, zanim nie bacząc na wiek sędziwy wsiadł do kolaski, aby pojechać i wyciągnąć pana pułkownika Wołodyjowskiego z celi klasztoru kamedułów bosych.

Wydawałoby się, nie ma już takich przyjaciół. Chłód tylko w stosunkach między ludźmi, udawanie i interesy. Kto coś komuś może załatwić, albo kto może załatwić kogo, ten druh i przyjaciel najszczerszy. Na szczęście ustępujący pan prezydent Aleksander Kwaśniewski daje piękne świadectwo, że są jeszcze wierne przyjaźnie na świecie. Oto nie bacząc na wiek roztropny, na opinię publiczną ani na dwuznaczność moralną pospieszył z pomocą, aby wyciągnąć z celi przyjaciela, Zbigniewa Sobotkę. Prawdziwy Zagłoba, forteli pełen.

Jestem pewien, że budujący dla młodzieży i zachęcający do zwierania właściwych przyjaźni przykład uczuć braterskich zostanie zapamiętany jako najważniejszy epizod dziesięcioletniego okresu prezydentury Kwaśniewskiego. Ważniejszy niż kontuzja goleni, bo budujący.

Swoją drogą ciekawe byłoby wiedzieć, czy Leszek Miller, którego łączyła z Kwaśniewskim też przyjaźń, ale szorstka, miałby w analogicznej sytuacji szansę na ułaskawienie, czy też prezydentowi ze względu na procedury zabrakłoby czasu. A czy przyjaźń z Sobotką mogłaby przetrwać, gdyby paradował on w moherowym berecie?

Trudne pytania. Najbardziej uderzająca w tej całej historii jest obustronna hipokryzja. Okazywana zarówno przez Kwaśniewskiego, jak i przez ministra Ziobrę. Prezydent domagał się akt sprawy, chociaż wiedział z góry i dawno podjął decyzję, że Sobotkę ułaskawi. Natomiast minister badał akta, choć bez żadnych badań wiedział on sam i my wszyscy, że wyda opinię negatywną.

Wszystko tylko po to, aby dochować procedur i zachować pozory tak, żeby ludzie, którzy nie przyjaźnią się z Kwaśniewskim, trwali w przekonaniu, że Polska jest państwem prawa, a nie postawem sukna. Nie wiem, czy się udało.