Nasłuchałem się przez weekend wyrzekań na ekspresowe i nieetyczne przeprowadzenie w Sejmie nowelizacji ustaw medialnych.

Niby normalka. Dziwne tylko, że nagle w obronie KRRiT wystąpili zwolennicy rozpędzenia tej instytucji, a o należytą reprezentację sił politycznych w zupełnie zbędnym organie, służącym do nadużywania władzy, zatroskali się krytycy jej upolitycznienia.

W naszej elicie politycznej silna jest wiara, że kto ma telewizję, ten ma władzę. Jest to wiara przodków, odziedziczona przez demokratów III RP po PZPR i Wydziale Propagandy. Po Gierku i Szczepańskim, po Jaruzelskim i Urbanie. Gdybyż to była prawda, PZPR, trzymając telewizję, nigdy nie musiałaby oddać władzy. Jej następca, SLD, też nie. Tymczasem przypuszczam, że PRL z telewizją, której nie miałaby partia, mogłaby potrwać znaczniedłużej. To przecież sposób sprawowania władzy za pośrednictwem telewizji, obrażający inteligencję i poczucie przyzwoitości przeciętnego Polaka, informacje ukrywane, przeinaczane i wykoślawiane, a także jawne prostytuowanie się osób pełniących obowiązki dziennikarzy telewizyjnych ewidentnie przyspieszyły upadek realnego socjalizmu w Polsce i władzy PZPR. Nie mówiąc już o władzy Millera, Jakubowskiej i Czarzastego.

Oczywiście telewizja kontrolowana politycznie, zawłaszczona i uważana za warunek i instrument władzy nie może być uczciwa i obiektywna, i nigdy taka nie będzie. Nie będzie, bo obiektywna straci natychmiast wszystkie swoje pożądane funkcje. Uczciwość i prawdomówność nie mogą w ogóle być narzędziami władzy, przynajmniej takiej, do jakiej przyzwyczajeni są nasi politycy. Sprawowanie władzy z pomocą mediów to przecież nie przedstawianie realnego świata, ale tworzenie świata pozorów, politycznego Disneylandu. Albo z Kaczorem, albo z Donaldem.

Kto ma telewizję, ma władzę. Kto ma władzę, ma telewizję. Kto nie ma telewizora, ten ma spokój.