rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2005

Marek Belka ma niepowtarzalną okazję, aby przejść do historii i pozostać w niej na zawsze. To dobra wiadomość, bo oznacza, że już nie wróci. Jeśli bowiem istnieje na świecie jakaś elementarna sprawiedliwość, to przygotowany przez Brytyjczyków projekt budżetu UE na lata 2007 – 2013 powinien nosić imię Marka Belki.

W Polsce natomiast do mowy potocznej powinno wejść na zasadzie gestu Kozakiewicza pojęcie gestu Belki. To samo, tylko pokazane nie obcym, ale swoim.Gest Belki to oczywiście deklaracja gotowości wyrzeczenia się przez Polskę części budżetowych należności w imię pokazania Europie jak dumny Polak rezygnuje z forsy w imię wartości niematerialnych, takich jak niepraktykowana już nigdzie solidarność biednych z bogatymi. Wspaniały gest, wyrosły z najlepszych polskich tradycji. Idź złoto do złota, my Polacy bardziej się w żelazie lubujemy. I w gestach. Wielkoduszne frajerstwo za wasz dobrobyt i naszą biedę. Opowiadano mi, że kiedy zagraniczni dziennikarze relacjonowali z podziwem i aprobatą gest Belki, pisali jedną ręką, a drugą pukali się w głowę.

Kiedy będą się toczyć ostateczne negocjacje nad kształtem budżetu, Tony Blair będzie mógł zawsze zaproponować kompromis. Dodać Czechom, Słowakom,Węgrom i Bałtom, ale nie Polakom. Polacy mogą się obyć, zapewniał o tym przecież ich premier Belka. Kazimierz Marcinkiewicz teraz się awanturuje, ale przecież wiemy od Olejniczaka, że to nacjonalista i anty-Europejczyk. Nie ma co zwracać na niego uwagi, bez pieniędzy jego rząd i tak upadnie, a jak dojdą znów do władzy Belka z Olejniczakiem, ucieszą się, kiedy damy im jeszcze mniej i dołożymy tylko po dyplomie „Wzorowy Europejczyk” albo „Przodownik budżetu”.

Teraz wiadomo też nareszcie, dlaczego Marek Belka, mimo peregrynacji po świecie, nie załapał się do żadnej międzynarodowej instytucji. Oni tam myśleli, że Belka w OECD też się zrzeknie, wykona gest, zrezygnuje z budżetu, nie będzie chciał pieniędzy. Myśleli, że on tak zawsze. A on tylko jako Polak.

Nie znoszę śpiewania w chórze. Jako Ryba nie uznaję pływania z prądem. Tylko pod prąd.

Pewien bardzo stary sum powiedział mi w zaufaniu, co płynie zawsze z prądem. Nie chcę, żeby mnie mylono. W taki sposób rodzą się konflikty sumienia. Naturalną rzeczą dla ambitnego felietonisty jest łomotać silniejszego, a oszczędzać i gładzić po płowej główce słabszego. Powinienem więc zgodnie z powołaniem walić w rząd i dopieszczać opozycję. Ale jak się przyjrzę, z kim bym łomotał i walił, w jakim towarzystwie oszczędzałbym i gładził, to mi się odechciewa. Ten festiwal krytyki, szyderstw i ataków na rząd Kazimierza Marcinkiewicza musi zresztą podawać w wątpliwość powszechne przekonanie, że gdzie jest rząd, tam są konfitury.

Wygląda na to, że rząd ma do zaoferowania tylko marmoladę z buraków, i to niskocukrową, a prawdziwe konfitury są gdzie indziej. Niewykluczone, że w jakiejś tajnej szafie, razem z zapasami strategicznymi. Inaczej trudno sobie wytłumaczyć tę furię obiektywnych ataków.

Przeczytałem, że przewodniczący SLD Wojciech Olejniczak nie ogranicza się już do wypowiedzi o polskim rządzie w polskich mediach, ale udał się do Brukseli, aby w tej świątyni politycznej mądrości i uczciwości „wyrazić obawy, jakie budzi w nim nowy polski rząd, który jest konserwatywny i narodowy”. Kiedyś w takich sprawach jeździło się do Moskwy. Kierunek się zmienił, ale przyzwyczajenie zostało.

Jeśli Bruksela nie odwołała jeszcze rządu Marcinkiewicza na skutek gorzkich żalów Olejniczaka, to tylko dlatego, że jest chwilowo zajęta budżetem. Jestem pewny, że gdyby szefa SLD wpuszczono do Waszyngtonu, to i tam poskarżyłby się na demokratycznie wybrany rząd. Bo, jak wiadomo, demokracja jest tylko tam, gdzie wygrywa lewica. Na przykład w Kazachstanie. Na razie będę bronił rządu przed Olejniczakiem, Schetyną i akolitami. Ale przysięgam, że jeśli tylko rząd zacznie dłubać przy niezależności NBP, mianuje ojca Rydzyka prezesem TVP, powoła Leppera na wicepremiera, wprowadzi krótszy czas pracy, wcześniejsze emerytury, podniesie płace minimalne, podwyższy podatki i składki, czyli zrobi to, o czym marzą jego przeciwnicy, to będę walił.

Mam wprawę zdobytą na Oleksym i Millerze.

Najważniejsze jest wszystko robić w porę. Albo za późno wstąpiliśmy do UE, albo za wcześnie wystąpiliśmy z RWPG. Gdybyśmy, zamiast urządzać sobie stan wojenny i powojenny, wstąpili do Unii razem z Hiszpanią, mielibyśmy dziś autostrady i dobrobyt. Gdybyśmy do dziś pozostali w RWPG, Rosja nie zakazywałaby importu naszych produktów. RWPG już nie ma, a UE ma coraz mniej pieniędzy i coraz mniej chęci na ich wydawanie. Nie wiadomo, gdzie się obrócić. Do NAFTA nas nie wpuszczą, bo nie graniczymy ani z Kanadą, ani z Meksykiem, ani z USA. Do Ligi Arabskiej nie przyjmą nas ze względu na wyznanie, do Unii Afrykańskiej z powodu koloru skóry, a do ASEAN też nie, bo mamy niekorzystne położenie geopolityczne. Wszędzie te uprzedzenia i brak tolerancji.

Wygląda na to, że musimy pozostać w Europie i w Unii Europejskiej. Trzeba tylko do dyskusji o budżecie na lata 2007 – 2013, zamiast dopominać się o pieniądze, wnieść wkład konstruktywny. Na przykład zaproponować obcięcie unijnego budżetu o 500 miliardów euro. Można to zrobić całkowicie bezboleśnie, zakładając, że wyrzucone w roku 2004 w błoto 70 miliardów, co oficjalnie przyznano w Brukseli, jest stałą sumą marnotrawioną i kradzioną rokrocznie. W ciągu siedmiu lat daje to prawie pół biliona, które można zaoszczędzić, po prostu nie kradnąc i nie marnotrawiąc.Taka propozycja ze strony Polski, uchodzącej w Europie za kraj korupcji, bardzo by poprawiła opinię o nas. A jednocześnie nie doprowadziłaby do rzeczywistych cięć budżetowych, bo jednak każdy w Europie lubi sobie ukraść i zmarnować. Zwłaszcza że nikt nie ma poczucia, iż to jego pieniądze.

O wielkości budżetu UE, to znaczy o zbieraniu pieniędzy od państw członkowskich, decyduje Rada Europejska, złożona z polityków wyłonionych w wyborach narodowych i odpowiedzialnych przed własnymi wyborcami. Natomiast o wydawaniu pieniędzy decydują urzędnicy Komisji Europejskiej niepochodzący z wyborów, tylko z selekcji, i wobec tego nieodpowiedzialni przed nikim. Dlatego coraz trudniej jest w UE zaplanować budżet i rozdzielić obciążenia na poszczególne kraje, a coraz łatwiej wydawać, kraść i marnotrawić.

W piątek przyleciała z wizytą do Warszawy nowa kanclerz RFN Angela Merkel. Również w piątek sąd w Gdańsku uniewinnił wiceprzewodniczącą Powiernictwa Polskiego Katarzynę Staniewicz z zarzutu nieostrożnego obchodzenia się z ogniem.

Koincydencja tych dwóch wydarzeń jest niepokojąca, może mieć dalekosiężne skutki. Niestety, jestem tylko skromnym felietonistą krótkodystansowym, a dokładne wyjaśnienie wszelkich możliwych konsekwencji zbiegu obu zdarzeń wymagałoby całej serii poważnych tekstów publicystycznych.

Jedno nie ulega kwestii. Wedle licznych oświadczeń wielu ludzi, uważających się za poważnych i uważanych za takich przez liczne media, wyroki sądowe w Polsce mają charakter polityczny. Należy więc za uprawniony uznać pogląd, iż uniewinnienie pani Staniewicz (którą oskarżono, gdyż brała udział w demonstracji, podczas której spalono portret przewodniczącej Związku Wypędzonych Eriki Steinbach), i to akurat w dniu przybycia do Warszawy kanclerz Merkel, nie było przypadkowe. Przeciwnie, stanowiło akt polityczny i sygnał dla Berlina. Stosunki polsko-niemieckie mogą ulec ochłodzeniu, zwłaszcza że portret Steinbach został ugaszony i już ich nie podgrzeje.

Gdyby nowej ekipie rządzącej zależało na poprawie stosunków z Berlinem, pani Staniewicz zostałaby wczoraj skazana na trzy i pół roku bezwzględnego więzienia, co musiałoby być przyjęte w Niemczech jako akt dobrej woli. Następnie prezydent Kwaśniewski wszcząłby procedurę ułaskawienia i skazana mogłaby uniknąć kary, gdyby tylko minister Ziobro zdołał dostarczyć akta przed 23 grudnia. Kwaśniewski mógłby to zrobić, gdyż, po pierwsze, przestaje być prezydentem wszystkich Polaków, mógłby więc być ostatniego dnia prezydentem pani Staniewicz, a po drugie, jego przyjaciel Gerhard już by się nie poczuł urażony, bo też nie jest kanclerzem, tylko prokurentem firmy wydawniczej. W ten sposób Kwaśniewski byłby syty i Steinbach cała. Tak trzeba analizować politykę, prawo i sprawiedliwość, ale znacznie obszerniej.

Ależ ten świat się skurczył. Także umysłowo, ideowo i moralnie. Wszędzie te same pomysły, te same kierunki polityczne, takie same idee, sposoby życia, protesty i afirmacje, nawet występki te same. Jeszcze tylko, jak się wydaje, płace są różne, nad czym my, Polacy, powinniśmy ubolewać, ale tylko do czasu. Jak i to się wyrówna, nastąpi powszechny zastój i zaczniemy manipulować przy dobrobycie, aby go rozsadzić i nie umrzeć z nudów.

Zaczął się adwent i kilka polskich tygodników wypuściło dodatki specjalne z propozycjami na prezenty świąteczne dla gamoni, którzy sami niczego nie potrafią wymyślić i wybić się ponad szalik i skarpetki. A ponieważ świat się skurczył i jest globalizacja, podobne wkładki znalazłem w pismach angielskich, francuskich, niemieckich i nawet w rosyjskim „Kommiersancie”.

Propozycje prezentów, jakie można znaleźć w tych czasopismach różnojęzycznych i o rozmaitej orientacji politycznej, są zdumiewająco podobne. Zegarki, pióra wieczne, perfumy, koniaki, portfele, torebki, sprzęt sportowy, elektronika, telefony komórkowe. Nawet firmy są te same, obojętnie, czy namawiają nas do kupna w Paryżu, Londynie, Berlinie czy Warszawie. Wyjątkiem jest może Moskwa, bo nigdzie, poza prasą rosyjską nie widziałem pomysłu na zrobienie komuś upominku z bentleya albo zegarka Patek Philippe wysadzanego brylantami i szafirami. No, ale oni mają oligarchów, których też trzeba wybawić z podarkowego kłopotu.Oryginalne rzeczy można znaleźć u Brytyjczyków, którzy polecają jako prezenty odpryski „national heritage”, dziedzictwa narodowego. Dokładne, miniaturowe kopie starych lokomotyw Flying Scottsman, samolotów Spitsfire, zestawy starych monet albo numery gazet z dnia urodzin obdarowanego. U nas nie do naśladowania, bo co można skopiować: pociąg relacji Wołomin – Tłuszcz? Dać gazetę komuś, kto się urodził 22 lipca 1953 roku? To chyba po to, żeby dostał zapaści nerwowej.

W polskich katalogach przedświątecznych znalazłem tylko jedną pozycję całkowicie oryginalną – wspaniałą wodę kolońską Prastara (a co z Przemysławką?), którą bardzo trudno jest dostać, a jak na nią kiedyś trafiłem w supermarkecie, wszystkie butelki były puste, bo, jak wyjaśnił personel, klienci wypijają.

Gdyby kto miał kłopot z prezentem dla mnie, już wie. Tylko żeby była pełna.


  • RSS