rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Jeśli się ktoś wychował na podwórku, dobrze wie, że kluczowe znaczenie ma to, kto pierwszy uderzy – wyznał Agnieszce Kublik i Monice Olejnik szef Platformy Donald Tusk w wywiadzie opublikowanym w sobotniej „Gazecie Wyborczej”. Podwórkiem Tuska jest teraz Polska, a my – obywatele – nie mamy możliwości zabrania swoich zabawek i pójścia na sąsiednie podwórko.

Musimy przyglądać się bójce i niewykluczone, że wszyscy dostaniemy po mordzie. Chyba że ktoś wyrośnie wreszcie z krótkich portek.

Ale nadzieja jest mała. Donald Tusk ogłosił w tym zdumiewającym wywiadzie, że ponieważ nie ma możliwości usunięcia prezydenta Kaczyńskiego z urzędu, nie wyklucza wypowiedzenia obywatelskiego posłuszeństwa.

Ależ najnowsze dzieje Polski pokazują, że są co najmniej dwa sposoby usunięcia prezydenta – albo na wzór Narutowicza, albo Wojciechowskiego. Trzeba być tylko albo Niewiadomskim, albo Piłsudskim, komu do kogo bliżej.

Jeśli PO ma w planach zorganizowanie nieposłuszeństwa obywatelskiego, to radzę wydrukowanie w stosownym nakładzie broszury Edwarda Abramowskiego z roku 1905 „Zmowa powszechna przeciwko rządowi”, żeby każdy wiedział, co ma robić.

Nie płacić podatków, nie dawać rekruta, nie przyjmować rządowych posad, nie posyłać dzieci do szkół państwowych, nie kupować papierów wartościowych, nie odwoływać się do sądów, nie pomagać policji itd. Chodziło wtedy o rząd carski, ale obecny jest zdaje się dla Tuska równie bezprawny i narzucony.

Gdyby „Zmowa” miała stać się programem PO, to można by zmienić nazwę partii na PAS-Platforma Anarcho-Syndykalistyczna. Byłoby ładnie, bo mielibyśmy dwie konkurencyjne siły polityczne – PAS i PiS. Oczywiście do czasu delegalizacji PiS. Dalej byłby już tylko PAS.

Ale nie wiadomo dokładnie, na czym ma polegać nieposłuszeństwo, bo Tusk na prośbę o wyjaśnienie zalecił postawienie trzech kropek. Jeśli chodzi w tych kropkach o partyzantkę, to na mnie proszę nie liczyć – mieszkam za daleko od mostów i linii kolejowych. Oczywiście przeciwko złemu rządowi jest w tradycji polskiej jeszcze jedna metoda – oddanie się pod protekcję ościennego, życzliwego mocarstwa.

Mężowie stanu z podwórka, niszczycie nie Trzecią, ani Czwartą, tylko po prostu Rzeczpospolitą. Naszą. Jedyną, jaką mamy.

Takie wołanie usłyszałem, studiując opublikowane w piątkowej „Rz” rezultaty badań, z których wynika, że większość Polaków domaga się zwiększenia wpływu polityków i państwa na gospodarkę.

Jest to po prostu wołanie o socjalizm, i do tego realny. A także o oddanie gospodarki w pacht partyjnym machinacjom. W III Rzeczpospolitą wkroczyliśmy ze społeczeństwem składającym się z analfabetów ekonomicznych i przez szesnaście lat niewiele się zmieniło. Przeciwnie, wszystkie mity, legendy i złudzenia na temat gospodarki, celów działalności gospodarczej i roli państwa w gospodarce były przez te lata przez większość ugrupowań politycznych podtrzymywane. Także zwycięskie PiS nie jest bez winy, a nawet niewykluczone, że choć na razie nie spełnia swoich gróźb przedwyborczych, to im zawdzięcza sukces.

Polacy są przekonani, że głównym celem prywatnej działalności gospodarczej powinno być tworzenie dobrze płatnych miejsc pracy. Osiąganie zysku jest uznawane za występek taki jak kradzież. Najkorzystniejsze społecznie są przedsiębiorstwa państwowe, ponieważ nie mogą upaść. Zawsze politycy mogą je wesprzeć z budżetu, czyli z podatków. Polacy chcą zwiększonej kontroli nad gospodarką, większej ilości przepisów i rozbudowy biurokracji, która będzie to wszystko kontrolować. Ideałem byłoby powrotne upaństwowienie wszystkiego, co można, bezpieczne posady dla wszystkich i domiary dla prywaciarzy.

Nie mamy więc żadnej presji społecznej na polityków, aby konstytucyjnie zakazać państwu prowadzenia działalności gospodarczej i ograniczyć rolę polityki w gospodarce do określania ogólnych – i rozsądnych – ram prawnych gospodarowania. Smutne, ale mamy społeczeństwo niedostosowane umysłowo do poziomu i metod działania współczesnej gospodarki. Nic więc dziwnego, że taki jest poziom gospodarczych debat w Sejmie. W końcu politycy to kwiat naszego społeczeństwa.

Dwa razy w ciągu jednego dnia rzecznik praw obywatelskich prof. Andrzej Zoll zadziwił mnie niezmiernie. Nie jest to oczywiście jakieś rekordowe osiągnięcie w naszym życiu publicznym, niektórzy jego uczestnicy zadziwiają nas od rana do wieczora, ale zawsze. Najpierw zdziwiłem się zarzutem, że nowa ustawa o KRRiT uchwalona została bez konsultacji społecznych i zasięgnięcia opinii specjalistów. Toż od paru lat trwały takie konsultacje w permanencji, wypowiadali się wszyscy specjaliści, a także niespecjaliści i nikt suchej nitki na Radzie i zasadach jej funkcjonowania nie zostawił. Gdyby nie to, że Rada jest wpisana do konstytucji, to pewnie by ją po prostu zlikwidowano. Oczywiście szkoda, że do ustawy zasadniczej nie wpisano po prostu Danuty Waniek. Skarga konstytucyjna rzecznika nabrałaby wtedy właściwego wymiaru – obrony praw obywatelskich obywatelki Waniek.

Nawiasem mówiąc, cała treść tej skargi jest potwierdzeniem mojej starej tezy, że najbardziej potrzeby jest Polsce rzecznik zdrowego rozsądku. Polecam tę ideę Sejmowi.

Drugi raz zdziwiłem się, kiedy prof. Zoll stwierdził, że wszystkie decyzje władz Warszawy wydane po 22 grudnia, to znaczy po rezygnacji Lecha Kaczyńskiego z prezydentury miasta, są nieważne, ze szczególnym uwzględnieniem wydanych od tego czasu dowodów osobistych. To przerażające. Prawo obywatela do ważnego dowodu tożsamości zostało podeptane. A co z prawamijazdy? Trzeba będzie przez Kaczyńskiego zdawać powtórnie? Boję się, że przy tej interpretacji wszystkie zasiłki pobrane w styczniu biorcy będą musieli zwrócić z odsetkami.

W świetle tych dwóch interwencji RPO zaskakujące jest, że prof. Zoll nie zażądał natychmiastowej realizacji prawa obywateli do wybrania demokratycznie nowego prezydenta Warszawy, tylko wezwał rząd do mianowania komisarza. Warszawa miała dotąd trzech bardzo wybitnych prezydentów i żaden nie pochodził z wyboru. Marszałek koronny Bieliński, który wybrukował Warszawę, carski generał Sokrat Starynkiewicz, który założył kanalizację i wodociągi, oraz wielki Stefan Starzyński, który też był prezydentem komisarycznym. Komisarze dobrze się w Warszawie sprawdzali. Oby tylko premier nie mianował Danuty Waniek, bo się poskarżę do Trybunału.

Krakowski „Dziennik Polski”, jako pierwsza gazeta w Polsce – choć kilka innych tytułów zapowiadało od dawna, że to zrobi – postanowił przeprowadzić lustrację swoich dziennikarzy. To okrucieństwo wywołało moralny sprzeciw „Gazety Wyborczej”, która w ramach walki z lustracją zlustrowała wczoraj lustratorów. Metodą, której stosowanie „Gazeta” zwykle zarzuca zwolennikom grzebania się w cudzej przeszłości. Przypominaniem, co kto kiedyś robił, bez wdawania się w szczegóły. Piękny przykład poetyki, obowiązującej w bastionie etycznego liberalizmu. „Zarząd Jagiellonii (wydawcy „DP”) składa się z dawnych dziennikarzy tej gazety, aktywnych w czasach PRL”. Piękne zdanie. Ciekawe, czy to samo napisałaby „GW” o Sławomirze Mrożku, który też był dziennikarzem „Dziennika Polskiego” i też był aktywny w czasach PRL. O każdym, kto żyje dostatecznie długo, można ostatecznie napisać, że był aktywny w PRL. Ten zarząd „po 1989 roku przejął wydawnictwo”, co sugeruje jakiś przekręt, tymczasem czterech dziennikarzy wydawnictwo kupiło za pieniądze. I ani nie sprzedało Niemcom, ani nie doprowadziło do ruiny, co jest ewenementem na skalę kraju. Naturalnie fakt, że wiceprezesa wydawnictwa, Tomasza Domalewskiego, zapisała „GW” w roku pańskim 2006 do zmarłej w 1989 PZPR, to już zupełny drobiazg.

Większość świadków przywołanych przez GW to anonimy. Wyjątkiem jest dziennikarz „Gazety Krakowskiej”, który stwierdził, że kilka lat temu „Dziennik Polski” przyjął prawicowy i prolustracyjny kurs. Współpracuję stale z tym dziennikiem od roku 1991 i od początku pismo było konserwatywne i antyubeckie. Sam napisałem tam ze dwa tuziny tekstów o lustracji polskiej (że szkoda, iż jej nie ma) i niemieckiej (jak świetnie, że jest) i nigdy nie zmieniono mi nawet literki.

Po co budować takie legendy, mijać się z prawdą i krętaczyć, skoro nie wiadomo, do czego lustracja może posłużyć. Może dla dobra ludzi honoru. W RFN wielkie firmy doradztwa gospodarczego zalecały po zjednoczeniu zatrudnianie agentów Stasi jako posłusznych i potulnych, odradzały zaś dawanie pracy dysydentom jako krnąbrnym i buntowniczym. Chyba słusznie, bo w końcu Ketman posłusznie realizował linię „Gazety Wyborczej”. Szkoda, że nie wiadomo, co myśli o lustracji w „DP”.

Premier Kazimierz Marcinkiewicz, zapytany wczoraj w Zielonej Górze, czy wie, o czym pisze prasa lokalna i regionalna, odpowiedział, że jego służby prasowe świetnie działają i jest dzięki temu doskonale poinformowany, co dzieje się w terenie i o czym się tam pisze. To wspaniale.

Dla osiągnięcia pełnej harmonii byłoby dobrze, gdyby nie tylko politycy byli poinformowani, co interesuje opinię publiczną, ale także opinia publiczna wiedziała, czym zajmują się politycy i o co im chodzi. Oczywiście, informacja o tym, że tańczą chocholi taniec, daje już jakąś wiedzę, ale niewystarczającą. Dobrze by było wiedzieć, kto z kim tańczy i jaka to melodia.

Wypowiedzi polityków na temat umówionego podobno, bo do dziś żadnej pewności w tej sprawie nie ma, spotkania wiceprezesa PiS Lipińskiego z sekretarzem generalnym PO Schetyną przypominały dziecięcą zabawę w głuchy telefon. Każdy następny mówił co innego i na końcu wyszło, że to prezydent Lech Kaczyński spotka się z Lepperem. Gdyby w tej sprawie zabrało głos jeszcze kilku wybitnych strategów politycznych, moglibyśmy się dowiedzieć, że prymas Glemp przyjmie Adama Małysza.

Nasi drodzy wybrańcy i utrzymankowie. Dajcie już sobie spokój z tą zabawą. Wyrzućcie głuchy telefon. Nie chcecie nam mówić, co tam kombinujecie, uważacie, że nie dorośliśmy do waszego poziomu, że się nie nadajemy do poznawania tajników waszej gry, powiedzcie to otwarcie i uczciwie. Sięgnijcie do innej zabawy i na każde pytanie odpowiadajcie: pomidor. Będziecie mieli spokój, a my rozrywkę. Wspaniałe będzie śniadanie z Olejnik, w którym Bielan na pytanie o rokowania z Platformą odpowie: pomidor, Rokita się żachnie: ależ skąd, pomidor, Olejniczak stwierdzi melancholijnie: jak zwykle pomidor, a Giertych powie z mocą: pomidor, ale tylko pomidorowy.

W menu tego śniadania będzie oczywiście zupa pomidorowa, sałatka z pomidorów i pomidory faszerowane. W komentarzach przecier.

Liga Polskich Rodzin, pewna widocznie poparcia liberałów z Platformy Obywatelskiej, rozhulała się i po becikowym zgłosiła projekt senioralnego. Ma kosztować miliard rocznie. Plus półtora miliarda becikowego to razem dwa i pół. Grosze. Nie można na tym poprzestać.

Jest tyle możliwości i okazji dania różnym kategoriom Polaków gratyfikacji, że nie sądzę, aby Liga nie zgłosiła kolejnych projektów.Mam nawet parę własnych propozycji, które chętnie odstąpię Giertychowi i Wierzejskiemu z wiarą, że je zrealizują. Najpierw ząbkowe, z okazji wyrżnięcia się niemowlęciu pierwszego zęba, co będzie musiała sprawdzić komisja urzędowa, oczywiście palcem, zanim da forsę.

Ambitny program polityczny na całe lata. Można okazać troskę i dobroć za cudze pieniądze, a przy okazji wykonać wielką pracę państwowotwórczą. Uzależnić obywatela w każdej sytuacji życiowej od państwa, jego hojności i jego urzędników. Postkomunistyczna lewica ze swoją sprawiedliwością społeczną będzie przegrana, chyba że wymyśli zasiłek egzystencjalny, stałą pensję dla każdego za istnienie. Tylko kto będzie na ten zasiłek pracował? Do pracy trzeba będzie sprowadzić cudzoziemców.

Co jest dziwne, to fakt, że za powtarzanie błędów zachodnich systemów totalnej opieki, która doprowadziła do przejęcia przez państwo ról pełnionych wzajem wobec siebie przez rodziców, dzieci, dziadków, wnuków, ciotki i wujów, a w rezultacie do całkowitej degradacji rodziny, zabrała się u nas akurat partia mająca w nazwie rodzinę polską. Domyślam się, że chodzi o to, aby najbliższą rodziną każdego była LPR. No to ja nie chcę. Proszę mi zostawić moją tradycyjną rodzinę, której mogę pomagać i która mnie pomoże w potrzebie. Zamiast rozdawać zasiłki, zabierzcie się do tworzenia warunków, w których wszystkim będzie się opłacało gospodarować i pracować, a nie tylko dłubać palcem w zębie.

Niewykluczone, że obecne mrozy, które nas zaskoczyły zimą, są rezultatem zapowiadanego przez uczonych efektu cieplarnianego i globalnego ocieplenia klimatu, będącego z kolei skutkiem gospodarczej działalności człowieka. A może i nie. Ocena zależy od światopoglądu, przekonań, a niewykluczone, że i od orientacji politycznej.

I tak jest ze wszystkim. Z powstaniem kosmosu i nową ustawą o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Z teorią ewolucji od Adama i Ewy do Adama Bielana i Ewy Janik oraz z lustracją i jej szkodliwością bądź błogosławionymi skutkami. Wszystko iwszyscy podlegają nieustannym ocenom, ja też.

Ostatnio parę osób zatroskało się o moją kondycję umysłową, a także moralną po stwierdzeniu, że przeszedłem na stronę braci Kaczyńskich i popieram PiS. Zabrano się nawet do psychoanalizy. Jeden z czytelników stwierdził u mnie zespół zawiedzionej miłości. Ponieważ nie spełniłem się z PO, obiekt moich niedawnych uczuć zacząłem obdarzać nienawiścią. Inny konsyliarz duszny zdiagnozował u mnie syndrom sztokholmski, stan obserwowany u ofiar wziętych w niewolę przez terrorystów, gdy zaczynają się identyfikować ze swoimi opresorami.

Wszystko to być może, skoro tak twierdzą specjaliści. Jestem w stanie stwierdzić tylko, że nigdzie nie przechodziłem. Stoję w miejscu, co być może świadczy o mojej niedostatecznej elastyczności, ale w każdym razie tkwię w tym samym miejscu, co zawsze, w Polsce,tylko otoczenie dokoła wiruje. Nie popieram PiS, ale popieram rozmaite jego projekty, bo uznaję je za sensowne. Popierałbym je, nawet gdyby były autorstwa SLD albo Samoobrony. LPR ma na przykład świetny pomysł rodzinnych żłobków i przedszkoli. Czy mam z niego szydzić dlatego, że w innych sprawach pomysły Giertycha uważam za głupawe?

Ani jako obywatel, ani jako dziennikarz nie czuję się poddany opresji ze strony PiS. Ale to chyba dlatego, że nie jestem działaczem PO. W ogóle nie jestem działaczem. Jestem felietonistą i nie obowiązują mnie żadne konwenanse ani polityczne, ani towarzyskie.

Z naszą polityką jest jak z klimatem. Uczeni mężowie ustalili ocieplenie, światli ludzie orzekli dyktaturę i katastrofę. Do jednego orzeczenia nie chce się dostosować pogoda, do drugiego rzeczywistość. I ja też nie mam zamiaru.

Nasz główny nurt historyczny to klęska. Najwyraźniejszy rys charakteru narodowego – cierpienie. Najwięksi bohaterowie polskich dziejów to ci, którzy przegrali, zginęli, doznali krzywd i poniżeń. Współczesność utrzymuje się konsekwentnie w tym samym nurcie narodowego masochizmu.

Nie trzeba czytać w książkach historycznych o rozbiorach, przegranych powstaniach, straconych szansach, żeby poczuć się w pełni Polakiem. Nie trzeba wspominać Poniatowskiego, który się utopił, ani Wołodyjowskiego, który się wysadził.

My to mamy wszystko na co dzień. Wystarczy poczytać gazety, albo pooglądać telewizję, żeby się napatrzeć na galerię współczesnych męczenników i cierpiętników. Ludzi zdradzonych i oszukanych. Nieudaczników, którym nic się jeszcze nigdy nie udało, i którzy, zamiast to starannie ukrywać, a przynajmniej udawać, że taki był ich cel polityczny dla zmylenia przeciwnika i na końcu ich będzie zwycięstwo – mażą się i mazgają jak dzieci, które nie dostały złośliwie deseru.

Propagandę braku sukcesu, widocznie z kalkulacją, że wychowane w tradycji niedoli społeczeństwo, skłonne do współczucia, wynagrodzi krzywdy i brak politycznych umiejętności w następnych wyborach, uprawiają wszyscy. Co gorsza, wydaje się, że zwycięzcy ostatnich wyborów, naturalną koleją losu krzywdziciele przegranych, też nie czują się dobrze z sukcesem. Też pożądają cierpień i prześladowań. Też, zamiast do racjonalnej strony duszy polskiej, woleliby się odwoływać do emocji i doznawać współczucia. To dlatego gotowi są postawić swój sukces na szali i poddać jeszcze jednej próbie. Z nieuświadomioną być może nawet nadzieją, że zakończy się to wszystko kolejną klęską i będzie można w panteonie przegranych zabiegać o łzę sierocą.

Historia nauczyła nas fałszywie, że szlachetniej jest przegrać z honorem, a zwłaszcza z pozorami honoru, niż wyjść zwycięsko z dobrym interesem. Być może jestem egoistą, ale chciałbym żyć w kraju sukcesu, rządzonym przez ludzi zadowolonych z tego, co udało im się osiągnąć. Ale się pewnie nie doczekam.

Patriotyzm jest jeden, oznacza miłość do ojczyzny niezależnie od tego, czy rządzą nią akurat Kaczyńscy czy Miller z Oleksym albo Tusk z Rokitą.

Lektura tekstów Janusza Majcherka zawsze wpływa na mnie niesłychanie ożywczo. Przypominają się dawne czasy i dawne lektury. Tym razem („Rząd dusz i już” „Rzeczpospolita” z 17 stycznia) przypomniały mi się Haszkowe „Przygody dobrego wojaka Szwejka” i c.k. kadet Adolf Biegler, autor schematów wielkich i sławnych bitew, stoczonych przez wojska austro-węgierskie, a ułożonych przez wyruszającego na front kadeta na podstawie studiów historycznych.

„Schematy te – pisał Haszek – były straszliwie proste. (…) W każdym z nich kadet Biegler narysował pewną ilość kwadracików, przy czym po jednej stronie były puste, po drugiej posiatkowane. Posiatkowane ukazywały, gdzie się ma rzekomo znajdować nieprzyjaciel. Po obu stronach było lewe skrzydło, centrum i prawe skrzydło. Następnie w tyle stały rezerwy i strzałki zwrócone tu i tam”.

Dokładnie w ten sam sposób kadet Majcherek wyruszając na front wojny ideologicznej, naszkicował, ze wsparciem studiów historycznych, krajobraz bitwy o dusze Polaków. Plan wojny polsko-polskiej, o którym nie wiadomo nawet, czy istnieje gdziekolwiek, poza publicystyką, która go zwalcza. W Majcherkowym opisie tego planu uderzająca jest jego prostota, żeby nie powiedzieć prostactwo. Czarne kwadraciki przeciwko białym. Zupełnie jak u kadeta Bieglera. Wojenne skojarzenia wzmacnia wojenna retoryka. Przejmowanie narzędzi, strategiczne projekty, polityczne gry, zdobyte instytucje. Ja wiem, że to bolesne i głęboko niesprawiedliwe, ale instytucje państwa nie zostały zdobyte, tylko wygrane w wyborach, o czym zadecydowali Polacy. Bitwa pod Trutnovem nie powinna się była odbyć – zapisał kadet Biegler. Kadet Majcherek uważa chyba, że wybory z takim wynikiem też nie powinny.

Niepozbawiony mimowolnego komizmu jest fakt, że cały, prezentowany z oburzeniem i mający stwarzać poczucie zagrożenia, katalog działań braci Kaczyńskich w sferze politycznej wypełnia dokładnie zakres podstawowych definicji polityki, od Arystotelesa do Marksa. Jeśli budzi on zgrozę Majcherka, to dlatego, że uznawana za najdoskonalszą i najświatlejszą część polskiej elity politycznejprzyzwyczaiła go, jak wielu innych, do wiary w niestosowność okazywania, że celem polityki jest władza.

Nikt z zajmujących się u nas polityką nie chce i nie powinien chcieć władzy, bo u nas polityka musi być definiowana jako samoofiarowanie, poświęcenie i wyrzeczenie. To miłe, że mamy wśród czołowych polskich publicystów idealistów pierwszej wody, jak kadet Biegler, który przygotowywał się do śmierci za cesarza. Nie należy jednak ich produkcji udostępniać młodzieży, bo Polska nigdy nie stanie się krajem normalnej gry i walki politycznej, tylko wiecznym polem znęcania się sadystów politycznych nad politycznymi masochistami.

Cały artykuł, jak wiele publicystycznych i analitycznych dokonań ostatniej doby, nie jest poświęcony realnemu światu, tylko domniemaniom na temat celów i dążeń demonicznych bliźniaków Kaczyńskich. Od dnia ogłoszenia rezultatów wyborczych przypisuje się twórcom i przywódcom PiS najgorsze zamiary, po czym się je namiętnie i bohatersko zwalcza. Majcherek nie jest tu wyjątkiem, tyle tylko, że stworzył syntezę tego nurtu, podał wszystkie zagrożenia dla Polski i Polaków jak w pigułce i oczywiście się z nimi rozprawił.

Główny zarzut wobec piekielnych braci to organizowanie społecznego zaplecza dla rządu i własnej partii na fundamencie zasad, przekonań, a być może także złudzeń podzielanych przez znaczną część narodu. Jest to postępowanie dość normalne w polityce i całkowicie racjonalne. Model przeciwny – postmodernistyczne zwalczanie tradycji, jest potrzebny, ale jego uprawianie skazuje na marginalizację. Jeśli zresztą ktoś uważa się za liberała i głośno to deklaruje, musi uznawać i tolerować istnienie rozmaitych poglądów i interpretacji rzeczywistości i ich obecność w polityce. Katastrofą byłaby jednomyślność, także liberalna, a nie różnorodność i zmienność wpływów. To jest akurat błogosławieństwo.

Spora część artykułu Majcherka jest poświęcona relacjom między braćmi Kaczyńskimi i mediami. Cóż za chaos. Autor twierdzi najpierw, że rezultatem chęci zdobycia dostępu do „kanałów komunikowania społecznego” jest nowelizacja ustawy o KRRiT. Nie chce mi się grzebać w archiwum, ale jestem pewny, że Majcherek – tak jak większość publicystów i prawie wszyscy politycy – wypowiadał się o tej instytucji jako potworku, szkodliwym i zbędnym. A teraz nagle: skok na media.

Dalej Majcherek porównuje tę nowelizację z próbą stworzenia przez Kaczyńskich w 1992 roku własnego domu medialnego z własnym zapleczem finansowym. A cóż w tym złego? Szkoda, że się ani Kaczyńskim, ani nikomu innemu, poza Agorą, nie udało. Jeśli celem tej nowelizacji ma być – w co wierzę – publiczny charakter TVP i Polskiego Radia, to świetnie. Jeśli zaś rezultatem ma być zaczynanie każdego dziennika od komunikatu: „Dziś rano bracia Kaczyńscy zjedli śniadanie, a potem troszczyli się o los ojczyzny”, to przegrają następne wybory z kretesem. Wszędzie by przegrali, są na to setki dowodów, a my na dodatek jesteśmy w Polsce.

Radio Maryja nie jest moim ulubionymmedium. Prawdę mówiąc, jeszcze nigdy go nie słuchałem. Ale nie rozumiem powagi zarzutu, że politycy PiS w tej rozgłośni występują. To radio działa legalnie, ma swoich słuchaczy, którzy też są obywatelami RP i wyborcami. Nie jest rzeczą przesądzoną, czy wypowiedź któregoś z polityków PiS dla tego radia skołtuni jego samego i jego partię, czy też może oświeci i naprostuje słuchaczy. Radio i jego zaplecze jest faktem i nie ma powodu, aby się obrażać na fakt, ignorować go i hodować przez poczucie odrzucenia sektę. Kościół postępuje w tej sprawie z tradycyjną rozwagą i ostrożnością, co zalecane jest także politykom.

Pluralizm medialny, na który powołuje się Majcherek, nie polega ani na dążeniu do zamknięcia Radia Maryja, ani na udawaniu, że ono nie istnieje. Radio podobno jest – przynajmniej wedle Majcherka – siedliskiem katolicyzmu anachronicznego, przemijającego,ludowego i przedsoborowego. A skąd ta pogarda dla prostych ludzi i ich religijności? Czy naprawdę Majcherek wierzy w możliwość takich przemian pod wpływem postępowych mediów katolickich, żeby Koło Gospodyń Wiejskich we wsi popegeerowskiej organizowało wieczory egzegezy encyklik papieskich? Co to znaczy, że plebejski katolicyzm jest w III RP tolerowany, czyżby istniała możliwość jego zakazania, z której wielkodusznie nie skorzystano?

Najbardziej z całego tekstu Majcherka podobało mi się zdanie o polityce historycznej jako jednym z elementów ideologicznej ofensywy nowej władzy. Napisane zostało to po fragmencie własnej polityki historycznej Majcherka, który powspominał endecję, sanację i OZON, porównując ten cały pasztet z przeszłości nie tyle z działaniami, ile znów z zamiarami PiS. Otóż jeśli o politykę historyczną chodzi, to czas bieżący najbardziej przypomina mi z dziejów międzywojennych okres po wyborze Narutowicza na prezydenta. Ta sama histeria, ten sam wrzask o katastrofie, to samo kreślenie najczarniejszych scenariuszy, trwoga, zgroza i alarm. Tyle że w odwrotną stronę. Ze zmienionymi znakami kierunku politycznego. Teraz trzeba tylko, żeby jakiś niezrównoważony patriotycznie malarz wziął to wszystko na serio i kupił sobie browning.

Majcherek tak dalece się w tym wszystkim zatracił, że wziął w obronę odkłamywanie i demistyfikowanie polskiej rzeczywistości, dokonane po roku 1989. To chyba nie dotyczy okresu dziejów najnowszych, czyli PRL, których nie udało się, nie to, że odkłamać, ale wyjaśnić do dziś. Trudno uznać za odkłamywanie historii na przykład wypowiedź niedawnego senatora, że AK to była zbrodnicza organizacja, której członkowie strzelali w plecy milicjantom, pilnującym parcelacji majątków obszarniczych. Chyba nie był też wysiłkiem na rzecz odkłamywania wspólny artykuł Cimoszewicza i Michnika o konieczności ustalenia przez polityków obowiązującej wersji historii najnowszej.

Jedyny przykład osiągnięć podany przez Majcherka to Jedwabne, okraszone pytaniem, czy w TVP pod kierownictwem nominatów PiS film Agnieszki Arnold byłby wyemitowany. Nie wiem, myślę, że jednak tak. Natomiast na pewno nie mógłby być wyemitowany „Dramat w trzech aktach” ani parę innych, równie manipulanckich i nierzetelnych.

Na koniec mały wykład o patriotyzmie, który Majcherek był łaskaw skategoryzować, dzieląc na patriotyzm wyboru, namysłu i sporu oraz patriotyzm z góry ustalonego wzorca, do którego trzeba się dostosować. Otóż patriotyzm jest jeden, oznacza miłość ojczyzny niezależnie od tego, czy rządzą nią akurat Kaczyńscy czy Miller z Oleksym albo Tusk z Rokitą. Niezależnie od tego, czy ludzie słuchają Wolnej Europy, Radia Maryja czy radia Złote Przeboje. A nawet niezależnie od tego, czy czytają Majcherka czy Rybińskiego. Można być patriotą zawsze, w każdej sytuacji, tylko nie wtedy, gdy się tę Polskę całkowicie neguje z wyżyn intelektualnej wzgardy.

Sądząc po komentarzach do aktualnego zamieszania politycznego, konieczna będzie jeszcze jedna poprawka do konstytucji. Trzeba będzie do niej wpisać, że prawo pełnienia urzędu prezydenta mają tylko jedynacy.

Idealnym rozwiązaniem byłoby w ogóle dopuszczanie do prezydentury tylko sierot, i to podrzutków pozbawionych jakichkolwiek więzów rodzinnych. Można też spróbować rozwiązania kompromisowego, wzorowanego na dawnych obyczajach w rodzinach chłopskich, w których jeden syn szedł na księdza, drugi do terminu u kowala, trzeci na pisarczyka, a na gospodarstwie zostawał najstarszy. Po tym, czego się naczytałem o zagrożeniach dla demokracji płynących z rodzinnych więzów krwi, zaczynam naprawdę wierzyć, że ratunkiem dla Polski byłoby, gdyby tylko jeden z braci Kaczyńskich zajmował się polityką, a drugi przybijał fleki u szewca. Zresztą większość komentatorów do szewca odesłałaby obu braci. To na ogół są ci, którzy sami zajmują się flekowaniem na zmianę z polerowaniem cholewek, tylko o tym nie wiedzą. Widocznie nie mają rodzeństwa, które zwróciłoby im z braterskim uczuciem uwagę.

Konstytucję mamy niedoskonałą, za to inne przepisy są świetne. Czytelnik (dziękuję) przysłał mi informację, że radni Zabrza odrzucili wniosek o nadanie przebiegającego przez miasto odcinka drogi krajowej 88 imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Radni powołali się na rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych i administracji, zgodnie z którym nazwa ulicy może mieć tylko 30 znaków, łącznie z odstępami. Jan Nowak-Jeziorański ma o dwie litery za dużo. Pech dla Kuriera z Warszawy. Gdyby to przewidział, mógłby sobie skrócić nazwisko na Jeziorski.

Choć w sąsiednich Gliwicach złamano dobre prawo i nadano drodze 88 imię Jana Nowaka-Jeziorańskiego, władze Zabrza twierdzą, że kierowały się tylko przepisami, a nie niechęcią do twórcy Radia Wolna Europa.

No to mam radę. Sięgnijcie do dobrych wzorów. Sam widziałem tabliczkę z napisem „ul. K. Wielkiego”. Pomijając przepisy, to spora oszczędność. Skróćcie Jana, a jak to nie wystarczy, to i Nowaka. Wszystko poskracajcie, bo to będzie najtaniej i zgodnie z przepisami. Niech wam zostaną tylko cztery litery. Starczy.


  • RSS