Patriotyzm jest jeden, oznacza miłość do ojczyzny niezależnie od tego, czy rządzą nią akurat Kaczyńscy czy Miller z Oleksym albo Tusk z Rokitą.

Lektura tekstów Janusza Majcherka zawsze wpływa na mnie niesłychanie ożywczo. Przypominają się dawne czasy i dawne lektury. Tym razem („Rząd dusz i już” „Rzeczpospolita” z 17 stycznia) przypomniały mi się Haszkowe „Przygody dobrego wojaka Szwejka” i c.k. kadet Adolf Biegler, autor schematów wielkich i sławnych bitew, stoczonych przez wojska austro-węgierskie, a ułożonych przez wyruszającego na front kadeta na podstawie studiów historycznych.

„Schematy te – pisał Haszek – były straszliwie proste. (…) W każdym z nich kadet Biegler narysował pewną ilość kwadracików, przy czym po jednej stronie były puste, po drugiej posiatkowane. Posiatkowane ukazywały, gdzie się ma rzekomo znajdować nieprzyjaciel. Po obu stronach było lewe skrzydło, centrum i prawe skrzydło. Następnie w tyle stały rezerwy i strzałki zwrócone tu i tam”.

Dokładnie w ten sam sposób kadet Majcherek wyruszając na front wojny ideologicznej, naszkicował, ze wsparciem studiów historycznych, krajobraz bitwy o dusze Polaków. Plan wojny polsko-polskiej, o którym nie wiadomo nawet, czy istnieje gdziekolwiek, poza publicystyką, która go zwalcza. W Majcherkowym opisie tego planu uderzająca jest jego prostota, żeby nie powiedzieć prostactwo. Czarne kwadraciki przeciwko białym. Zupełnie jak u kadeta Bieglera. Wojenne skojarzenia wzmacnia wojenna retoryka. Przejmowanie narzędzi, strategiczne projekty, polityczne gry, zdobyte instytucje. Ja wiem, że to bolesne i głęboko niesprawiedliwe, ale instytucje państwa nie zostały zdobyte, tylko wygrane w wyborach, o czym zadecydowali Polacy. Bitwa pod Trutnovem nie powinna się była odbyć – zapisał kadet Biegler. Kadet Majcherek uważa chyba, że wybory z takim wynikiem też nie powinny.

Niepozbawiony mimowolnego komizmu jest fakt, że cały, prezentowany z oburzeniem i mający stwarzać poczucie zagrożenia, katalog działań braci Kaczyńskich w sferze politycznej wypełnia dokładnie zakres podstawowych definicji polityki, od Arystotelesa do Marksa. Jeśli budzi on zgrozę Majcherka, to dlatego, że uznawana za najdoskonalszą i najświatlejszą część polskiej elity politycznejprzyzwyczaiła go, jak wielu innych, do wiary w niestosowność okazywania, że celem polityki jest władza.

Nikt z zajmujących się u nas polityką nie chce i nie powinien chcieć władzy, bo u nas polityka musi być definiowana jako samoofiarowanie, poświęcenie i wyrzeczenie. To miłe, że mamy wśród czołowych polskich publicystów idealistów pierwszej wody, jak kadet Biegler, który przygotowywał się do śmierci za cesarza. Nie należy jednak ich produkcji udostępniać młodzieży, bo Polska nigdy nie stanie się krajem normalnej gry i walki politycznej, tylko wiecznym polem znęcania się sadystów politycznych nad politycznymi masochistami.

Cały artykuł, jak wiele publicystycznych i analitycznych dokonań ostatniej doby, nie jest poświęcony realnemu światu, tylko domniemaniom na temat celów i dążeń demonicznych bliźniaków Kaczyńskich. Od dnia ogłoszenia rezultatów wyborczych przypisuje się twórcom i przywódcom PiS najgorsze zamiary, po czym się je namiętnie i bohatersko zwalcza. Majcherek nie jest tu wyjątkiem, tyle tylko, że stworzył syntezę tego nurtu, podał wszystkie zagrożenia dla Polski i Polaków jak w pigułce i oczywiście się z nimi rozprawił.

Główny zarzut wobec piekielnych braci to organizowanie społecznego zaplecza dla rządu i własnej partii na fundamencie zasad, przekonań, a być może także złudzeń podzielanych przez znaczną część narodu. Jest to postępowanie dość normalne w polityce i całkowicie racjonalne. Model przeciwny – postmodernistyczne zwalczanie tradycji, jest potrzebny, ale jego uprawianie skazuje na marginalizację. Jeśli zresztą ktoś uważa się za liberała i głośno to deklaruje, musi uznawać i tolerować istnienie rozmaitych poglądów i interpretacji rzeczywistości i ich obecność w polityce. Katastrofą byłaby jednomyślność, także liberalna, a nie różnorodność i zmienność wpływów. To jest akurat błogosławieństwo.

Spora część artykułu Majcherka jest poświęcona relacjom między braćmi Kaczyńskimi i mediami. Cóż za chaos. Autor twierdzi najpierw, że rezultatem chęci zdobycia dostępu do „kanałów komunikowania społecznego” jest nowelizacja ustawy o KRRiT. Nie chce mi się grzebać w archiwum, ale jestem pewny, że Majcherek – tak jak większość publicystów i prawie wszyscy politycy – wypowiadał się o tej instytucji jako potworku, szkodliwym i zbędnym. A teraz nagle: skok na media.

Dalej Majcherek porównuje tę nowelizację z próbą stworzenia przez Kaczyńskich w 1992 roku własnego domu medialnego z własnym zapleczem finansowym. A cóż w tym złego? Szkoda, że się ani Kaczyńskim, ani nikomu innemu, poza Agorą, nie udało. Jeśli celem tej nowelizacji ma być – w co wierzę – publiczny charakter TVP i Polskiego Radia, to świetnie. Jeśli zaś rezultatem ma być zaczynanie każdego dziennika od komunikatu: „Dziś rano bracia Kaczyńscy zjedli śniadanie, a potem troszczyli się o los ojczyzny”, to przegrają następne wybory z kretesem. Wszędzie by przegrali, są na to setki dowodów, a my na dodatek jesteśmy w Polsce.

Radio Maryja nie jest moim ulubionymmedium. Prawdę mówiąc, jeszcze nigdy go nie słuchałem. Ale nie rozumiem powagi zarzutu, że politycy PiS w tej rozgłośni występują. To radio działa legalnie, ma swoich słuchaczy, którzy też są obywatelami RP i wyborcami. Nie jest rzeczą przesądzoną, czy wypowiedź któregoś z polityków PiS dla tego radia skołtuni jego samego i jego partię, czy też może oświeci i naprostuje słuchaczy. Radio i jego zaplecze jest faktem i nie ma powodu, aby się obrażać na fakt, ignorować go i hodować przez poczucie odrzucenia sektę. Kościół postępuje w tej sprawie z tradycyjną rozwagą i ostrożnością, co zalecane jest także politykom.

Pluralizm medialny, na który powołuje się Majcherek, nie polega ani na dążeniu do zamknięcia Radia Maryja, ani na udawaniu, że ono nie istnieje. Radio podobno jest – przynajmniej wedle Majcherka – siedliskiem katolicyzmu anachronicznego, przemijającego,ludowego i przedsoborowego. A skąd ta pogarda dla prostych ludzi i ich religijności? Czy naprawdę Majcherek wierzy w możliwość takich przemian pod wpływem postępowych mediów katolickich, żeby Koło Gospodyń Wiejskich we wsi popegeerowskiej organizowało wieczory egzegezy encyklik papieskich? Co to znaczy, że plebejski katolicyzm jest w III RP tolerowany, czyżby istniała możliwość jego zakazania, z której wielkodusznie nie skorzystano?

Najbardziej z całego tekstu Majcherka podobało mi się zdanie o polityce historycznej jako jednym z elementów ideologicznej ofensywy nowej władzy. Napisane zostało to po fragmencie własnej polityki historycznej Majcherka, który powspominał endecję, sanację i OZON, porównując ten cały pasztet z przeszłości nie tyle z działaniami, ile znów z zamiarami PiS. Otóż jeśli o politykę historyczną chodzi, to czas bieżący najbardziej przypomina mi z dziejów międzywojennych okres po wyborze Narutowicza na prezydenta. Ta sama histeria, ten sam wrzask o katastrofie, to samo kreślenie najczarniejszych scenariuszy, trwoga, zgroza i alarm. Tyle że w odwrotną stronę. Ze zmienionymi znakami kierunku politycznego. Teraz trzeba tylko, żeby jakiś niezrównoważony patriotycznie malarz wziął to wszystko na serio i kupił sobie browning.

Majcherek tak dalece się w tym wszystkim zatracił, że wziął w obronę odkłamywanie i demistyfikowanie polskiej rzeczywistości, dokonane po roku 1989. To chyba nie dotyczy okresu dziejów najnowszych, czyli PRL, których nie udało się, nie to, że odkłamać, ale wyjaśnić do dziś. Trudno uznać za odkłamywanie historii na przykład wypowiedź niedawnego senatora, że AK to była zbrodnicza organizacja, której członkowie strzelali w plecy milicjantom, pilnującym parcelacji majątków obszarniczych. Chyba nie był też wysiłkiem na rzecz odkłamywania wspólny artykuł Cimoszewicza i Michnika o konieczności ustalenia przez polityków obowiązującej wersji historii najnowszej.

Jedyny przykład osiągnięć podany przez Majcherka to Jedwabne, okraszone pytaniem, czy w TVP pod kierownictwem nominatów PiS film Agnieszki Arnold byłby wyemitowany. Nie wiem, myślę, że jednak tak. Natomiast na pewno nie mógłby być wyemitowany „Dramat w trzech aktach” ani parę innych, równie manipulanckich i nierzetelnych.

Na koniec mały wykład o patriotyzmie, który Majcherek był łaskaw skategoryzować, dzieląc na patriotyzm wyboru, namysłu i sporu oraz patriotyzm z góry ustalonego wzorca, do którego trzeba się dostosować. Otóż patriotyzm jest jeden, oznacza miłość ojczyzny niezależnie od tego, czy rządzą nią akurat Kaczyńscy czy Miller z Oleksym albo Tusk z Rokitą. Niezależnie od tego, czy ludzie słuchają Wolnej Europy, Radia Maryja czy radia Złote Przeboje. A nawet niezależnie od tego, czy czytają Majcherka czy Rybińskiego. Można być patriotą zawsze, w każdej sytuacji, tylko nie wtedy, gdy się tę Polskę całkowicie neguje z wyżyn intelektualnej wzgardy.