Nasz główny nurt historyczny to klęska. Najwyraźniejszy rys charakteru narodowego – cierpienie. Najwięksi bohaterowie polskich dziejów to ci, którzy przegrali, zginęli, doznali krzywd i poniżeń. Współczesność utrzymuje się konsekwentnie w tym samym nurcie narodowego masochizmu.

Nie trzeba czytać w książkach historycznych o rozbiorach, przegranych powstaniach, straconych szansach, żeby poczuć się w pełni Polakiem. Nie trzeba wspominać Poniatowskiego, który się utopił, ani Wołodyjowskiego, który się wysadził.

My to mamy wszystko na co dzień. Wystarczy poczytać gazety, albo pooglądać telewizję, żeby się napatrzeć na galerię współczesnych męczenników i cierpiętników. Ludzi zdradzonych i oszukanych. Nieudaczników, którym nic się jeszcze nigdy nie udało, i którzy, zamiast to starannie ukrywać, a przynajmniej udawać, że taki był ich cel polityczny dla zmylenia przeciwnika i na końcu ich będzie zwycięstwo – mażą się i mazgają jak dzieci, które nie dostały złośliwie deseru.

Propagandę braku sukcesu, widocznie z kalkulacją, że wychowane w tradycji niedoli społeczeństwo, skłonne do współczucia, wynagrodzi krzywdy i brak politycznych umiejętności w następnych wyborach, uprawiają wszyscy. Co gorsza, wydaje się, że zwycięzcy ostatnich wyborów, naturalną koleją losu krzywdziciele przegranych, też nie czują się dobrze z sukcesem. Też pożądają cierpień i prześladowań. Też, zamiast do racjonalnej strony duszy polskiej, woleliby się odwoływać do emocji i doznawać współczucia. To dlatego gotowi są postawić swój sukces na szali i poddać jeszcze jednej próbie. Z nieuświadomioną być może nawet nadzieją, że zakończy się to wszystko kolejną klęską i będzie można w panteonie przegranych zabiegać o łzę sierocą.

Historia nauczyła nas fałszywie, że szlachetniej jest przegrać z honorem, a zwłaszcza z pozorami honoru, niż wyjść zwycięsko z dobrym interesem. Być może jestem egoistą, ale chciałbym żyć w kraju sukcesu, rządzonym przez ludzi zadowolonych z tego, co udało im się osiągnąć. Ale się pewnie nie doczekam.