Takie wołanie usłyszałem, studiując opublikowane w piątkowej „Rz” rezultaty badań, z których wynika, że większość Polaków domaga się zwiększenia wpływu polityków i państwa na gospodarkę.

Jest to po prostu wołanie o socjalizm, i do tego realny. A także o oddanie gospodarki w pacht partyjnym machinacjom. W III Rzeczpospolitą wkroczyliśmy ze społeczeństwem składającym się z analfabetów ekonomicznych i przez szesnaście lat niewiele się zmieniło. Przeciwnie, wszystkie mity, legendy i złudzenia na temat gospodarki, celów działalności gospodarczej i roli państwa w gospodarce były przez te lata przez większość ugrupowań politycznych podtrzymywane. Także zwycięskie PiS nie jest bez winy, a nawet niewykluczone, że choć na razie nie spełnia swoich gróźb przedwyborczych, to im zawdzięcza sukces.

Polacy są przekonani, że głównym celem prywatnej działalności gospodarczej powinno być tworzenie dobrze płatnych miejsc pracy. Osiąganie zysku jest uznawane za występek taki jak kradzież. Najkorzystniejsze społecznie są przedsiębiorstwa państwowe, ponieważ nie mogą upaść. Zawsze politycy mogą je wesprzeć z budżetu, czyli z podatków. Polacy chcą zwiększonej kontroli nad gospodarką, większej ilości przepisów i rozbudowy biurokracji, która będzie to wszystko kontrolować. Ideałem byłoby powrotne upaństwowienie wszystkiego, co można, bezpieczne posady dla wszystkich i domiary dla prywaciarzy.

Nie mamy więc żadnej presji społecznej na polityków, aby konstytucyjnie zakazać państwu prowadzenia działalności gospodarczej i ograniczyć rolę polityki w gospodarce do określania ogólnych – i rozsądnych – ram prawnych gospodarowania. Smutne, ale mamy społeczeństwo niedostosowane umysłowo do poziomu i metod działania współczesnej gospodarki. Nic więc dziwnego, że taki jest poziom gospodarczych debat w Sejmie. W końcu politycy to kwiat naszego społeczeństwa.