rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2006

Zawsze, jak coś pójdzie nie tak, jak się ktoś wygłupi, gdy dojdzie do kompromitacji, rozlegają się wołania o zmianę zasad, przepisów, zapisów i procedur. Tak i tym razem, po konflikcie między konstytucyjnym organem władzy a drugą osobą w państwie, czyli marszałkiem Sejmu, a jego substytutem, czyli wicemarszałkiem, o prawo pierwszeństwa do stukania laską podniosły się żądania zmian w regulaminie Sejmu. No dobrze, a co się stanie, gdy marszałkiem zostanie pan Kotlinowski, a Marek Jurek wicemarszałkiem? Chyba znowu zajdzie potrzeba przywracania obecnego regulaminu.

Podobnie jest z konstytucją. PiS zapowiada zmiany w ustawie zasadniczej, więc politycy PO natychmiast orzekli, że Jarosław Kaczyński chce władzy absolutnej dla brata. Kiedy uchwalano obecny tekst konstytucji, prezydentem był Lech Wałęsa, napisano ją więc przeciwko niemu. Żeby miał władzę jak najmniejszą. Za chwilę głową państwa został Kwaśniewski i przez 10 lat żałował, razem z głównymi autorami tej ustawy, że wbrew logice wybierany w głosowaniu powszechnym prezydent ma prerogatywy takie, jakby był wybierany przez Zgromadzenie Narodowe.

Nie warto układać ani konstytucji, ani regulaminu Sejmu, ani żadnego innego prawa zgodnie z interesem chwili i aktualnymi układami personalnymi. Uniesiony powszechnym zapałem nowelizacyjnym też postanowiłem zaproponować zmiany, ale przynajmniej takie, które przyniosą pożytek wszystkim. Chodzi o ordynację wyborczą. Pod rządami obecnej nie udało się wyłonić właściwej większości i zapewne będą konieczne nowe wybory, aby to naprawić. A to koszty i mitręga dla wszystkich. Dlatego proponuję, aby od kolejnych wyborów każdy miał nie jeden, ale dwa głosy. Pierwszy aktualny, a drugi na zapas, na wypadek kryzysu. Liczymy pierwsze głosy, na kartach zielonych, a drugie, na czerwonych, zostają w sejfie.

Okazuje się, jak ostatnio, że PiS ma trochę więcej głosów od Platformy i nie można zbudować w Sejmie większości. Nie ma jednak przepychanek, skandali i nowych wyborów, bo liczymy głosy z rezerwy kryzysowej. Okazuje się, że PO ma dwa procent więcej niż PiS i koalicja powstaje bez problemu. Tanio i bezboleśnie. Oczywiście, może się okazać, że rezerwowe wybory wygrała LPR albo Samoobrona. Ale to już jest ryzyko demokracji. Jak się je podejmuje na jednej karcie do głosowania, można podjąć i na dwóch.

Jednak jest postęp. Chleb już nie wystarcza. Lud potrzebuje becika. Ledwie dostaliśmy becik, przyszła pora na igrzyska.

Przypuszczam, wbrew opiniom co do autorstwa, że te igrzyska zorganizował zespół do spraw przywrócenia autorytetu Sejmu. I udało się. Było pięknie. Kogo dzisiaj, poza posłami, stać na coś takiego. Nawet górnicy w porównaniu z posłami są niemrawi. Najpierw ogłoszono rotacyjne czuwanie w sali sejmowej. Spodziewałem się, że potem przyjdzie kolej na okupację, przykucie się posłów do foteli i głodówkę. Też rotacyjną. Widziałem oczyma duszy czołgi na Wiejskiej, koksowniki i rogatki przy wjeździe w Piękną i plac Trzech Krzyży. Zwłaszcza że zaczęto mówić o puczu, przewrocie i zamachu stanu.

Kiedy poseł Komorowski przypomniał patetycznie, że rewolucja francuska zaczęła się też od niewpuszczenia deputowanych na salę obrad, oderwałem się od telewizora i popędziłem do sklepu. Przed puczem, zamachem i rewolucją nie zawadzi zachomikować trochę puszek, świec, zapałek i mydła. Okazało się później, że mydło wziąłem niepotrzebnie, bo wszystko się i tak samo rozmydliło. Trzeba było wziąć flaszkę. A jeszcze lepiej dwie, bo nie wiadomo, co będzie dalej.

Teraz wszyscy szukają winnych całego zamieszania, każdy według potrzeb, a winni jesteśmy tylko i wyłącznie my, wyborcy. Widziały gały, co brały. Po odejściu od urny reklamacji się nie uwzględnia. Wszyscy wyrzekali na poprzedni Sejm, a to była po prostu oaza przyzwoitości, rozsądku i spokoju. Teraz mamy bandę histeryków. Kiedy w Sejmie jest jeden Rejtan, to przechodzi do historii. Kiedy mamy tłum Rejtanów, porozkładanych na podłodze przed kamerami TV, w podartej na okrytych bliznami piersiach odzieży, powinno przyjechać pogotowie.

Problemem tych kilkuset osób z Wiejskiej jest to, że żadna partia sejmowa nie jest zadowolona z rezultatów wyborów. Każda dostała za mało głosów. Ale jednocześnie większość panicznie boi się, że w kolejnych wyborach dostanie jeszcze mniej. Jest to pułapka, z której ucieczka wiedzie tylko w śmieszność. Ale ja nie na to płacę podatki, żeby mieć zabawną władzę ustawodawczą ku rozrywce. Chcecie nam robić igrzyska, to przeprowadźcie najpierw casting przy drzwiach zamkniętych. Może się okazać, że się nie nadajecie.

Ostatnio w integrującej się i skazanej podobno na denacjonalizację i uniformizację kulturową Europie dzieją się dziwne rzeczy. W Wielkiej Brytanii najpierw dyskutowano o istocie brytyjskości, a teraz wzięto się za poszukiwanie esencji angielskości. W wyniku ogólnokrajowej akcji wybrano 12 symboli kultury angielskiej. Na pierwszym miejscu znalazło się Stonehenge, przed figurami z ulicznego teatrzyku lalek Punch i Judy. Potem jest parowiec SS Empire Windrush, portret Henryka VIII pędzla Holbeina, filiżanka herbaty, puchar Anglii w piłce nożnej, „Alicja w Krainie Czarów”, piętrus Routemaster, Biblia króla Jakuba, „Anioł Północy” – rzeźba Antony’ego Gormleya z Tyneside – oraz „Jerusalem”, pieśń oparta na legendzie, że Jezus towarzyszył Józefowi z Arymatei w podróży do Glastonbury.

W sumie zgłoszono 108 symboli angielskości, poza pierwszą 12. znalazły się między innymi samochody mini, piwo Ale, czerwona budka telefoniczna, pogrzeb księżnej Diany i fajka Harolda Wilsona. Zgłoszenia przyjmowane są nadal, a rząd lewicowej Labour Party, który tę akcję zorganizował, ma nadzieję na ożywienie angielskiej tożsamości. Planuje się także rozszerzenie tej inicjatywy na Walię, Szkocję i być może Irlandię Północną, które także mają swoje narodowe dziedzictwo.

Pomyślałem sobie najpierw, że gdyby sporządzenie takiej listy symboli narodowej kultury było poprawne politycznie i nie stanowiło wybryku rozpasanego szowinizmu i pokazywania gęby Europie, można by coś takiego zrobić i u nas. Ale jak sobie wyobraziłem, co – według intelektualnej aury panującej w ostatnich latach – znalazłoby się na takiej liście, przeszedł mnie dreszcz zgrozy. Istotnie, moglibyśmy się wystawić na szyderstwo, prezentując światu moherowe berety, Jedwabne, ojca Rydzyka, listę Wildsteina, bigos i bełta, te według światłych publicystów ikony współczesnej tożsamości narodowej Polaków.

To już lepiej dać sobie spokój.

Pojawiło się znowu widmo PRL. Na szczęście, nie wszędzie, ale jak zwykle w „Trybunie”, gdzie pełni funkcję obrotową. Często jest widmem utraconej szczęśliwości powszechnej, a z rzadka upiorem. Pani Violetta Baran w komentarzu do projektu przyspieszonego karania przestępców zapytała dramatycznie: „Kto nam jednak zagwarantuje, że w takim samym trybie nie zostanie skazany ten, kto ośmieli się wypowiedzieć głośno kilka słów krytyki pod adresem obecnej władzy?”. Dobre pytanie. No kto to zagwarantuje Violetcie Baran i „Trybunie”? Aleprzede wszystkim, kto się ośmieli?

Przy okazji jest to wskazówka na przyszłość dla osób, które będą podlegać trybowi przyspieszonemu. Taki opryszek schwytany na biciu staruszki, włamaniu albo jeździe po pijanemu kradzionym samochodem zamiast się martwić adwokatem, dowodami i świadkami powinien natychmiast wykrzykiwać: „Precz z kaczyzmem! Niech żyje Senyszyn! Cała władza w ręce SLD! Rząd do dymisji, Ziobro do ula!”. W ten sposób stanie się ofiarą prześladowań politycznych oraz łamania praw człowieka i będzie mógł liczyć na to, że przed europejskim trybunałem w Strassburgu będzie go reprezentował prof. Marian Filar.

Chciałbym jednocześnie przestrzec polskich kibiców przed głośnym wyrażaniem krytyki pod adresem obecnych władz RP w czasie mistrzostw świata w RFN. Tam robią to samo, co Ziobro.Chuligani piłkarscy mają podlegać sądom doraźnym, szybszym nawet od planowanych u nas. Nie będzie potrzebny nawet pisemny akt oskarżenia.

Cała procedura ma się odbywać ustnie. Prawo przedstawiania dowodów ograniczono, świadkowie nie muszą być przesłuchiwani. Prokuratura generalna w Celle, nadzorująca region Hanoweru, wzmocniona zostanie prokuratorami z Poznania, którzy będą natychmiast sporządzać wnioski o ekstradycję.

Tak daleko sięgają okrutne ręce Ziobry. Polski kibic, który się ośmieli wznieść kilka okrzyków krytyki pod adresem władzy albo dołoży zwolennikowi rządu po łbie, zostanie z Niemiec bez litości odesłany do Polski. I nikt mu nie zagwarantuje bezkarności. Nawet niemieccy socjaldemokraci. Pozostanie mu napisanie listu do „Trybuny” w sprawie widma PRL, krążącego po Niemczech.

Wszystko się sprawdziło. Najgłupsze dowcipy drukuje się w gazetach jako poważną, problemową publicystykę społeczną. Przychodzi baba do lekarza i daje sto złotych. Przychodzi lekarz do baby i bierze sto złotych. Wesoły sanitariusz Zenek Andrzeja Mleczki przyjeżdża karawanem na sygnale i bierze tysiąc. Co pani jest? Krawcowa. Panie doktorze, syn połknął pióro. Niech pisze ołówkiem. Panie doktorze, zrobił mi się wrzód. Gdzie? W Radomiu.

Popatrzmy na sprawę zdrowia szeroko, a nie z wąskiego punktu widzenia indywidualnych hemoroidów, migreny czy innej rwy kulszowej. Pojedynczy osobnik, cierpiący na którąś z tych przypadłości powinien udać się do pojedynczego lekarza i nawiązać z nim pojedynczy, pierwszy kontakt. Po czym albo zostać wyleczonym, albo cierpieć dalej, albo zejść. W III RP, w każdym z tych przypadków, sam chory lub jego spadkobiercy mają pretensje i to wcale nie do lekarza, tylko do systemu służby zdrowia, rządu, Sejmu i ustroju III Rzeczypospolitej.

Wszystko dlatego, że pod światłymi rządami lewicy, natchnionej nieomylną myślą Mariusza Łapińskiego upaństwowiono nie tylko na powrót całą służbę zdrowia i składki, ale także pacjentów. Państwowy pacjent idzie dziś do państwowego lekarza za państwowe pieniądze i oboje są niezadowoleni z państwa.

Lekarze uchwalili postulat podniesienia nakładów na zdrowie do 6 proc. PKB, nie wdając się w szczegóły, czy mają być podniesione składki rzekomego ubezpieczenia, czy po prostu więcej ma płynąć z budżetu. Słusznie, bo teraz to jest wszystko jedno. W obecny system można wpakowaćnawet 60 proc. i nic to nie pomoże, dopóki państwowy lekarz będzie leczył państwowego pacjenta za państwowe pieniądze w państwowej placówce. Lekarze chcą, żeby im podnieść państwowe pensje, obywatele chcą, żeby obniżyć państwowe koszty.

Profesor Religa zastanawia się teraz, co zrobić z tym pasztetem. Najprościej byłoby uchwalić Kodeks Etyczny Pacjenta.

Rozporządzenie o przepisowym samopoczuciu i wyglądzie obywatela otoczonego troską i opieką państwa: obywatel ma być zdrowy, rumiany i zadowolony. Zabrania się chorób obłożnych, które powiększają koszta. Zamiast lekarzy trzeba brać w kamasze chorych, bo nic tak nie poprawia zdrowia jak ruch na świeżym powietrzu. Baba zamiast do lekarza, będzie chodzić do ministra i składać zobowiązanie, że wyzdrowieje do 1 lub 3 maja. Zależnie od orientacji.

Każdy, komu się uda przeżyć, będzie żył aż do śmierci. Czego wszystkim życzę.

Polityczna sensacja sezonu to powołanie pani prof. Zyty Gilowskiej na stanowisko ministra finansów i wicepremiera. Jedno z najważniejszych w kraju, decydujących o przyszłości. Bardzo byłem ciekaw, co będą mieli na ten temat do powiedzenia czołowi nasi politycy. W niedzielę włączyłem sobie nawet z tej ciekawości naraz dwa radioodbiorniki i słuchałem jednocześnie dwóch śniadań – w Zetce i w Trójce. No i się nasłuchałem. Dowiedziałem się, jakie ta nominacja będzie miała znaczenie dla PiS, dla Platformy, dla LPR i dla Samoobrony. A nawet, jakie ma znaczenie dla Moniki Olejnik. W sumie dla kilkuset osób, osiadłych w pobliżu Sejmu i okolicznych restauracji. Nie udało mi się dowiedzieć, jaki ta decyzja może mieć wpływ na Polskę i czy w ogóle ma jakikolwiek. Wszystko sprowadzono do rozgrywek partyjnych. Kto kogo. Kto komu.

Próbował coś o Polsce mówić minister Urbański, ale został szybko przywołany do porządku. Nie o Polskę tu chodzi, tylko o nogę. Tę podstawioną Platformie. Znam trochę poglądy gospodarcze Zyty Gilowskiej, nie tak dobrze jak J.M. Rokita, ale zawsze, i gdybym nie słuchał radia i nie oglądał telewizji, byłbym skłonny traktować tę nominację raczej jako sygnał, że rząd zamierza prowadzić poważną, dorosłą politykę finansową i gospodarczą zamiast uprawiania populistycznej propagandy, a nie jako prztyczek w nos Giertychaczy robienie na złość Lepperowi. Ale to może dlatego, że nie tylko nie jestem politykiem, lecz się też nie nadaję. Jestem natomiast obywatelem i podatnikiem. Wiem, że powinienem trzymać gębę na kłódkę i płacić, ale może byście, panowie politycy, pogadali czasem o moich sprawach. A nie tylko swoich. Jak już ktoś chciał przy tej okazji mówić o rozgrywkach, to trzeba było przypomnieć pogłoski o rzekomo prawdziwych powodach odejścia Gilowskiej z PO, rozpuszczane swego czasu przez osoby z kierownictwa tej partii. Na co ja też się dałem, przyznaję, nabrać. A to tylko była taka zabawa. Kto kogo.

Donald Tusk ocenił, że powołanie Gilowskiej do rządu jest świadectwem, iż PiS ma krótką ławkę. Sformułowanie piłkarskie. Chodzi o ławkę rezerwowych. Może to i prawda. Ale jak słychać, lista transferowa jest długa.

Marketing

15 komentarzy

Marketing to kiedyś była domena gospodarki. Oznaczał te wszystkie działania, które sprzyjały sprzedaży towaru. Piękny przykład marketingu najwyższych lotów: słyszę ostatnio w radiu reklamę. „Kupując teraz fiata oszczędzisz nawet 30 tysięcy złotych”.

Bardzo pięknie. Kupując dwa fiaty oszczędzisz 60 tysięcy. W ten sposób można dojść do majątku. Już 20 fiatów pozwoli na oszczędzenie 600 tysięcy, które można przeznaczyć na maybacha. Rząd, atakowany za plany kupowania aut, powinien nabywać tylko fiaty, a oszczędzone pieniądze przeznaczyć na becikowe dla wszystkich.

Teraz marketing jest także polityczny. Wspiera sprzedaż ludzi i idei, czyli zastąpił propagandę. Albo antypropagandę, kiedy chodzi o to, żeby ludzie i idee się nie sprzedawali. Ładny przykład z piątkowej „Gazety Wyborczej”. Obok siebie trzy tytuły notatek o nowych wojewodach: Ast, człowiek Kaczyńskiego. Banaś, człowiek Gosiewskiego. Dobrzyński, wojewoda na siłę. Oczywiście, gdyby Ast był człowiekiem Michnika, Banaś człowiekiem Geremka to nigdy byśmy się o tym z „Gazety” nie dowiedzieli. Dowiedzielibyśmy się tylko, że są właściwymi ludźmi. Dobrzyński, człowiek osierocony, byłby zapewne dobrym człowiekiem. Takim, do którego się mówi: mój dobry człowieku, skoczcie no po piwo.

Ciekawe, czy informację o zawarciu przez państwa Jolantę i Aleksandra Kwaśniewskich ślubu kościelnego tuż przed końcem kadencji zaliczyć można do marketingu politycznego, czy do antymarketingu. To pewnie zależy od adresata. Aktywiści SLD przyjęli pewnie tę wiadomość z zadowoleniem, jak przed wyborami informację o ślubie kościelnym państwa Tusków, natomiast na ojcu Rydzyku z pewnością nie wywołało to dobrego wrażenia. Najciekawszego na razie nie wiemy – kim byli świadkowie, czy byli wiarygodni i czy przysługuje im status świadków koronnych.

Z informacją o ślubie kościelnym Kwaśniewskiego dobrze koresponduje statystyka, wedle której w ubiegłym roku znów wzrosła liczba powołań kapłańskich w Polsce. Pan Bóg dobrze robi swój marketing, w odróżnieniu od Władysława Frasyniuka, bo liczba powołań do Pedecji spada.

Pewien znajomy, cierpiący na syndrom anankastyczny, czyli manię przymusów, powiedział mi, że w tygodniku „Przegląd” nazwano mnie byłym antykomunistą. A to dlaczego? Pod tym względem nic się u mnie nie zmieniło. Nie róbcie mi takiego marketingu, proszę. Natomiast Kwaśniewskiego możecie spokojnie już nazywać byłym poganinem. Pewnie się ucieszy.

Na szczęście nie każdej. Tylko według „Gazety Wyborczej”. Ten organ moralistów, omawiając dymisję ministra skarbu Andrzeja Mikosza, o artykule Bertolda Kittela z „Rzeczpospolitej”, który się do niej przyczynił, napisała tak: „W kuluarach rządowych od dawna mówiło się, że „Rzeczpospolita” szykuje artykuł atakujący ministra skarbu i że będzie to dobry pretekst do odwołania go”. To na pierwszej stronie. Na 22: „O tekście w „Rzeczpospolitej” w Ministerstwie Skarbu i w PiS mówiono od kilku tygodni jako o dobrym pretekście do dymisji Mikosza”. Razem z informacjami o niechęci wobec Mikosza braci Kaczyńskich i ich otoczenia (do którego najwyraźniej nie należy premier Marcinkiewicz) mamy wrażenie zmowy, w której „Rzeczpospolita” wystąpiła jako narzędzie. Spiskowa teoria dziejów. Na jej potwierdzenie „Gazeta” będzie musiała jednak poczekać do powstania V Rzeczypospolitej i na otwarcie dzisiaj zakładanych teczek, jeżeli oczywiście zmieni w tej kwestii zdanie. Co nie wydaje się bardzo prawdopodobne.

W tekście „Gazety” użyte zostało określenie „artykuł atakujący ministra skarbu”. Nie jest ono najszczęśliwsze. Artykuł nie atakował ministra, tylko wymieniał fakty, dotyczące jego samego, jego rodziny i przyjaciół, oraz związane z tymi faktami wątpliwości. Atak na ministra miałby miejsce, gdyby o Mikoszu Kittel napisał, że jest ksenofobem, fundamentalistą katolickim, zwolennikiem cenzury, ciemnogrodzianinem, homofobem, marionetką Rydzyka, facetem niedouczonym, ograniczonym i nienadającym się na stanowisko ze względów moralnych, a także przynoszącym Polsce wstyd przed Europą i pokazującym jej swarliwą, polską gębę. Tylko że wtedy ten artykuł nie mógłby się ukazać na łamach „Rzeczpospolitej”, raczej w „Gazecie Wyborczej”, i tam nie byłby atakiem na ministra, ale słusznym przejawem właściwej troski.

Tak trzymać, koledzy.

To straszne, czego dopuścił się szef PiS-owskiej dyplomacji Józef Wissarionowicz Meller. Jęk bólu wywołany skrajnym okrucieństwem przetoczył się wczoraj przez niektóre media. Wypróbowani bezpartyjni propaństwowcy klasy Siemiątkowskiego i Siwca mówili o czystkach, odwecie, politycznej zemście, nawet o dintojrze. Zwłaszcza to ostatnie określenie użyte zostało właściwie, bo dintojra w oryginale to sąd rabinacki, a w grypserze, lepiej znanej politykom lewicy niż hebrajski, to sąd złodziejski. A wszystko z powodu zapowiedzi odwołania z placówek grupy ambasadorów mianowanych na te stanowiska przez ekipy Millera i Belki. Swoją drogą Marek Siwiec miał wiele szczęścia, że nie został w nagrodę za wyjątkową zręczność w całowaniu ziemi kaliskiej ambasadorem w Watykanie, bo też byłby dziś odwołany i miał szczególne powody do biadania. Niektóre z tych pokrzywdzonych teraz dintojrą osób znam z bardzo dawnych czasów. Nie tylko zresztą osoby, ale i ich działalność. Nie wiedziałem, że w III Rzeczypospolitej trafiły do dyplomacji i wcale się ich tam nie spodziewałem.

Nad korpusem dyplomatycznym III RP ciąży zaraza, przywleczona jeszcze z PRL, gdzie ambasadorem zostawało się albo w nagrodę za położenie różnych rzeczy, niewykluczone że i zasług w zupełnie innych dziedzinach, albo gdy kogoś trzeba się było pozbyć z Warszawy w sposób elegancki i nieponiżający. Zamiast zespołu zawodowych dyplomatów mieliśmy zbieraninę, partyzantkę wyjazdową. Wtedy miało to jeszcze jakiś sens, bo wzięcie w ambasadory kojarzone było z osobistym i materialnym awansem, a nie służbą dla kraju i odpowiedzialnością. Ale dziś, kiedy złotówka jest silniejsza od większości walut, a w pierwszym lepszym markecie można kupić to samo, co w Nowym Jorku albo w Paryżu? A przyjęcia dyplomatyczne powodują zgagę i wrzody. Nie warto się pchać.

Dziś w dyplomacji są nam potrzebni zawodowcy, a nie odrzutki albo po prostu agenci. Najmniej potrzebni są koledzy. Wszystko jedno czyi. Siemiątkowskiego z Siwcem czy ich następców.

Bardzo się wszyscy, a jeśli nawet nie wszyscy, to wielu, oburzają na Rosję za zakręcenie kurka z gazem Ukrainie. Pisze się i mówi, że to polityczny odwet za pomarańczową rewolucję, sankcje za pokazanie Rosji tyłów i zwrot ku Zachodowi, zemsta za niewybranie Janukowycza. Pewnie to wszystko prawda, ale dlaczego się oburzać?

Przecież to jest wspaniała wiadomość, świadectwo postępu cywilizacyjnego i kultury politycznej, skoro za nieposłuszeństwo wobec imperium nawet jego najbliższa zagranica nie musi się już obawiać przysłania żołnierzy z bratnią pomocą. Juszczence nie grozi, że go wywiozą nocą do Moskwy, gdzie zostanie zmuszony do podpisania rezygnacji. Ukraińcy nie będą spędzani na wiece, na których podejmować będą rezolucje potępiające niewłaściwe wyniki demokratycznych wyborów i wyrażające wdzięczność za rosyjskie czołgi na ulicach Kijowa. Nic z tych rzeczy, tylko głupie zakręcenie kurka. Co za ulga.

Oczywiście, Rosja ma jeszcze długą drogę przed sobą, aby dojść do normalnych standardów polityki światowej. Najpierw do sytuacji, w której zamiast wykorzystywać sprzedaż gazu do osiągnięcia celów politycznych, będzie używać nacisków politycznych do skłonienia innych państw, aby kupowały rosyjskie towary.

Nam Rosja na razie gazu nie zakręciła, pogroziła tylko palcem, zakazując importu mięsa i innych towarów rolnych. Zastanawiałem się, jaki by wziąć odwet, żeby był zgodny z logiką Moskwy i dobrze zrozumiały na Kremlu, i doszedłem do wniosku, iż tylko wprowadzić w Polsce zakaz eksportu czegokolwiek do Rosji.

Aco będzie, jak nam też zakręcą? Trzeba zapytać Leszka Millera i jego ministrów, którzy uczestniczyli w zerwaniu kontraktu norweskiego. Oni się najlepiej znają na zakręcaniu i przekręcaniu, na zakrętach i przekrętach. Kilku ma też dogłębną znajomość gazowania. Nadają się na ekspertów.


  • RSS