rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2006

Są rzeczy, które się nie zmieniają pod wpływem polityki. Pory roku. Przypływy i odpływy morza. Kwadry księżyca. Poglądy.

Bo ludzie nie zmieniają poglądów politycznych pod wpływem polityki. Trzymają się swego do ostatka, chyba że zmieni się moda. Wtedy idą za modą, przyłączają się do większości, jakby szło o szerokość spodni albo kształt kołnierzyka. To dobrze. Mało mamy zaskoczeń. Wszyscy narzekają na zimę tegoroczną, ale wszyscy wiedzą, że przyjdzie wiosna. Każdy włącza rano radio albo telewizor, bierze gazetę i już wie, że jeszcze nie musi zmieniać poglądów. Jeszcze zima.

Do takich trwałych, odwiecznych i niezmiennych elementów życia, wyrastających z kultury, ale mających już status zjawisk przyrodniczych, należy karnawał. W karnawale trzeba się bawić. Nawet jak się człowiekowi nie chce. Brazylijczycy, a zwłaszcza Brazylijki, tak przynajmniej wynika z relacji TV, pokazują z tej okazjipiersi. Nadreńczycy – broń Boże powiedzieć Niemcy, bo się obrażą – wkładają mundury z epoki napoleońskiej i maszerują w nogę. A my, Polacy, pijemy, bo mamy okazję. Wydaje się, nic nowego. Ale cywilizacja sięga także karnawału. W ostatnią sobotę odbył się tradycyjnie tradycyjny Charytatywny Bal Dziennikarzy. Wszystko jak zawsze – ten sam karnawał, ten sam bal, ci sami ludzie, ten sam hałas, te same rozmowy.

Ale jednak była różnica. Postawiono bramki elektroniczne, ochroniarzy, trzeba było wypróżniać kieszenie. Na sali kręciło się sporo rosłych karnawalistów ze słuchawkami w uszach. Redaktor Jerzy Iwaszkiewicz, z laską ze srebrną rączką, skarżył się, że jest obiektem nieustannego zainteresowania, zwłaszcza gdy zbliżał się do stolików władzy.

A wszystko dlatego, że na sali był premier i kilku polityków. Na poprzednich balach bywali też politycy, ale nie było bramek i tak widocznej ochrony. Diabli wiedzą, co to znaczy. Może w ramach czystek w służbach specjalnych usunięto borowików dyskretnych, a może zaczęliśmy się w ramach integracji europejskiej zbliżać do Bizancjum. Ale coś się zmienia. Karnawał będzie nadal, lecz zdyscyplinowany i chroniony. Zupełnie jak poglądy.

Krajowa Rada Sądownictwa oraz środowiska prawnicze uważają, że orzeczeń sądowych krytykować nie wolno. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro sądzi natomiast, że jak najbardziej. Wolno, zwłaszcza kiedy rozstrzygnięcia sądów sprzeczne są ze zdrowym rozsądkiem w takim samym stopniu jak twierdzenie, że ziemia jest płaska. W tym sporze jestem po stronie ministra Ziobry. Tam, gdzie sądy rozmijają się nie tylko z poczuciem sprawiedliwości, ale i z rozumem, należy je chłostać bezlitośnie. W nadziei, oczywiście, że się poprawią.

Najświeższy przykład to decyzja sądu, zakazująca publikowania także wizerunku i nazwiska prezesa Prawa i Sprawiedliwości, występującego w charakterze świadka w procesie Pineiry. W ten sposób, w sobotę, każdy Polak mógłby sobie przeczytać we wszystkich gazetach i usłyszeć we wszystkich dziennikach radiowych i telewizyjnych, że prezesem PiS nie jest już Jarosław Kaczyński, tylko jakiś Jarosław K. Twarz zniekształcona elektronicznie. Gdyby świadkiem w tym procesie był prezydent RP, nakazem sądu dziennikarze musieliby informować opinię publiczną, że głową państwa jest w Polsce Lech K.

Jako dziennikarz, zarabiający w bólu i męce na kawałek chleba pisaniem o politykach, chciałbym wiedzieć, czy ta decyzja sądu jest jednorazowa, czy też tak już będzie zawsze. Czy będziemy musieli pisać, że w Sejmie przemawiał Jarosław K. albo że w spotkaniu rady paktu stabilizacyjnego uczestniczyli K., Giertych i Lepper. W przypadku tych ostatnich nie ma wprawdzie, na razie, jasnej decyzji sądowej, przynajmniej dopóki Pineiro nie wezwie ich na świadków, ale z punktu widzenia czystości form dziennikarskich ładniej by wyglądało, że spotkali się K., G. i L.

Stanowczo wymiar sprawiedliwości potrzebuje oczyszczenia. W przeciwnym razie, tak jak Józef K. z „Procesu” Kafki stał się symbolem ofiary bezdusznego systemu w c. i k. Austrii, tak Jarosław K. zostanie zabawnym symbolem absurdów sądownictwa w III Rzeczypospolitej. Po co to sądom, po co nam wszystkim?

Do tej pory wszyscy się martwili, że PiS zawłaszcza państwo. W tym wypadku jakoś nie wypada. Raczej wskazane jest westchnięcie ulgi, bo nareszcie to państwo coś zawłaszcza, mianowicie Wojskowe Służby Informacyjne. Oczywiście, o ile wszystko się uda, bo to operacja trudna jak ekstrakcja trzonowca przy zapaleniu okostnej. Problemem jest także, co zrobić, żeby tych odzyskanych służb ktoś znowu sobie nie przywłaszczył, a zwłaszcza, żeby się same służby nie wyemancypowały na suwerenność. Do czego, jak wszystkie tego rodzaju tajne instytucje, na pewno będą miały skłonność. Nie mówiąc już o skłonnościach polityków do włączenia służb w swoje własne instrumentarium.

Mało co wyrządziło chyba III Rzeczypospolitej tyle szkody, co zaniechanie opcji zerowej w roku 1990. Wszystkie służby specjalne, wykoślawione Peerelem, zdegenerowały się dodatkowo w nowym otoczeniu demokratycznej walki o władzę, gospodarki rynkowej, prywatyzacji, a także przez rozpad dawnych sojuszy i powstanie nowych. Jeszcze dziś uważam, że najskuteczniejsza byłaby opcja zerowa, zamiast kolejnej czystki, podpisywania lojalek, nowych nadzorców i innych zabiegów formalnych. Obawiam się, że kto się zetknął z WSI, najtrwalszą instytucją komunizmu, jest zdeprawowany na zawsze.

Spór o to, komu mają podlegać WSI, ministrowi obrony czy ministrowi koordynatorowi, obok wymiaru ambicjonalnego i personalnego ma też znaczenie ustrojowe. To znaczy, nie powinny być organem rządu, tylko państwa. Pomijając budżetową zależność od ministra obrony, powinny być kontrolowane, pilnowane, nadzorowane w statutowej działalności przez parlament. Przez istniejącą Komisję do spraw Służb Specjalnych, albo nową, poszerzoną z większymi kompetencjami. Po co stwarzać pokusy politykom, którzy będą mieli okazję do majdrowania przy WSI, albo, po co dawać przeciwnikom okazję do oskarżeń o majdrowanie. Trzeba zabezpieczyć służby przed służeniem polityce lub przed uprawianiem własnej.

Trzeba wreszcie odgwizdać koniec meczu Legia -Gwardia.

Była szefowa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Danuta Waniek zdradza objawy uzależnienia. Jest to uzależnienie od władzy nad mediami.

Waniek ogłosiła, że ma zamiar powołać pozarządową, apolityczną i całkowicie obiektywną instytucję zajmującą się monitorowaniem i oceną mediów. Pomocą Danucie Waniek mają służyć w tym zbożnym dziele inni przymusowi abstynenci, odstawieni wraz z nią od cycka KRRiT. Obiektywne działania apolitycznych fachowców klasy Włodzimierza Czarzastego miałyby być finansowane z budżetu Unii Europejskiej. Podobno, kiedy wieść o tym dotarła do Brukseli, Komisja Europejska nakazała zakopywanie pieniędzy w trudno dostępnych regionach Alp, tak żeby nawet Waniek nie mogła ich wydrapać.

Niewykluczone, że towarzysze obiektywnej ekspertki z apolitycznej partii SLD, którzy też stracili posady i wpływy, zachęceni jej przykładem pozakładają inne, niezależne, alternatywne instytucje państwowe. Widacki będzie monitorował prokuraturę, Kalisz policję, Cimoszewicz dyplomację, a Oleksy IPN. Oczywiście za pieniądze UE, która – niewykluczone – ostatecznie zainstaluje też w Polsce niezależny i apolityczny parlament i rząd.

Z nałogu trudno się wyleczyć. Ale poprawa nie jest całkiem beznadziejna. Przeczytałem w „Fakcie”, że sławny raper Liroy, który był uzależniony od seksu i pornografii, wyzbył się uzależnienia po leczeniu w specjalistycznej klinice w Szwajcarii. Można by tam posłać na odwyk także Danutę Waniek. Może ją także udałoby się wyprowadzić z uzależnienia. A przy okazji mogłaby się spotkać z Jolantą i Aleksandrem Kwaśniewskimi, którzy również w Szwajcarii odzwyczajają się od prezydentury. Widocznie klimat szwajcarski sprzyja odwykowi.

Gdyby jednak Unia Europejska nie chciała sfinansować kuracji Danuty Waniek ze względu na niską szkodliwość społeczną, polecam sposoby domowe. Podobno wyplatanie koszyków bardzo pomaga. Niezłe są też wycinanki łowickie albo haftowanie na tamborku. Waniek haftująca mogłaby być pokazywana na żywo przez telewizję publiczną, demonstrującą w ten sposób apolityczność i obiektywizm.

Dawno nie pamiętam, a szczerze mówiąc wcale, przemówienia polityka, które wzbudziłoby tyle negatywnych emocji i zostało poddane tak obfitej i szczegółowej egzegezie, jak ostatnie sejmowe wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego.

Przez parę dni, od śniadania z Olejnik przez obiad ze Skoworońskim po kolację z Miecugowem dokonywano analizy i rozbioru wystąpienia, które nikomu się nie podobało. Głównym zarzutem było to, że mowa Kaczyńskiego skierowana była przeciw. Przeciw układom, korupcji, złodziejstwu, panoszeniu się służb specjalnych, korporacjom i partiom opozycyjnym. Nawet zwolennicy PiS podkreślali, że przemówienie było niepotrzebnie agresywne i ostre.

Co można do tego wszystkiego dodać? Chyba tylko, że Kaczyński (Jarosław) nie jest politykiem z głównego nurtu polskiej szkoły moralnego niepokoju politycznego, ponieważ mówi o walce zamiast o trosce. Gdyby powiedział, że korupcja budzi troskę, dostałby brawa nawet od SLD. Kiedy mówi o walce, być może trzeba to traktować poważnie. W kwestii formy moją uwagę zwróciło, że Kaczyński mówił po polsku. To się w Sejmie nie zdarza często. Poza tym adresat przemówienia był inny niż zazwyczaj – był nim ogół obywateli, a nie własna frakcja, dziennikarze ani grupy interesów.

Przemówienie Kaczyński wygłosił w ramach debaty sejmowej, bez kartki. I nie znalazł się nikt, kto by na to przemówienie natychmiast odpowiedział, równie efektownie, ze swadą, przekonywająco nie dla kolegów partyjnych i komentatorów, tylko dla elektoratu. Cóż, większość mówców sejmowych to Demostenesi w trakcie nauki, jeszcze z kamykami w ustach. Ci bez kamyków mieli akurat inne zajęcia. W rezultacie niezgodę na polskopogląd (mój własny nowotwór na wzór światopoglądu) Kaczyńskiego zamiast w debacie, usłyszeliśmy w wywiadach błyskawicznych przez telefon i talk-show. W lekkiej i niewymuszonej formie towarzyskiej pogawędki.

Zasadniczy ton ten sam co zwykle – nadciąga katastrofa. Ale jak długo można straszyć Polaków katastrofą? Owszem, ludzie lubią się bać, ale nie bez przerwy. I nie wszystkiego – duchów, ptasiej grypy, tsunami na Bałtyku, owszem, ale nie własnego państwa i demokratycznie wybranych władz. Znajdźcie naprawdę inny sposób przekonywania Polaków do swoich racji, bo inaczej zaczniemy mieć koszmary i posiusiamy się wszyscy w nocy. Będzie powódź.

Mówi się, że myślenie ma kolosalną przyszłość. Być może, chociaż niewiele na to wskazuje. Wielkie perspektywy widzę raczej przed bezmyślnością.

Mało kto natomiast pamięta, że myślenie ma niezaprzeczalnie kolosalną przeszłość. Budzącą szacunek, nawet dla odległych naszych przodków. Oczywiście tych, którzy myśleli. Wszystko, co nas dziś otacza dobrego, jest rezultatem tego, co pomyślano w przeszłości, wszystko złe skutkiem ubiegłego braku myśli. Jednym z najbardziej przekonujących argumentów za istnieniem życia po życiu – a pośrednio za istnieniem Boga – jest fakt, że myśl, choć niematerialna, ma tak potężną siłę sprawczą. Kontrargumentem zaś, że bezmyślność dysponuje równie wielką mocą niszczącą.

W ostatni czwartek w Strasburgu odbyła się demonstracja przeciwko wprowadzeniu zasady swobody świadczenia usług w krajach Unii Europejskiej. Protestowali też, ramię w ramię, przedstawiciele obu polskich central związkowych, „Solidarności” i OPZZ. To niesamowite zdarzenie, kolejny rozdział dziejów głupoty w Polsce, przemknęło jakoś niezauważenie, może ze wstydu. A to przecież niesamowite jak koszmar senny. „Solidarność” protestuje przeciwko swobodzie. Polacy manifestują przeciwko dopuszczaniu polskich firm na rynki zagraniczne. Polski hydraulik, ramię w ramię z francuskim, domaga się zarządzenia UE, aby w Paryżu krany mógł reperować tylko naturalizowany Arab. Myślenie ma przyszłość i przeszłość, ale nie ma teraźniejszości, przynajmniej w Polsce. Tylko kretyn mógł wymyślić polski udział w tych protestach, a właściwie dwóch kretynów. Spodziewam się, że w przyszłości polscy związkowcy będą demonstrować w Berlinie przeciwko dopłatom bezpośrednim dla polskich rolników z pieniędzy niemieckich podatników, albo – gdyby do tego doszło – w Waszyngtonie przeciw zniesieniu wiz amerykańskich dla Polaków wraz z Meksykanami.

Zdaje się, że zmieniamy właśnie hasło „za waszą wolność i naszą” na nowe: za głupotę naszą i korzyść waszą.

PS Wobec licznych podejrzeń i propozycji wyjaśniam, że nie mam nic wspólnego z kontynuacją serialu „Alternatywy 4″, zapowiedzianą przez TVP. Współtworzyłem jedne „Alternatywy” i wystarczy.

Donoszę uprzejmie Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie, że pismo „Najwyższy czas” także przedrukowało karykatury Mahometa z duńskiej prasy. Szef tego tygodnika Janusz Korwin-Mikke opatrzył je komentarzem, w którym zwrócił uwagę, że skoro w islamie nie wolno sporządzać podobizn proroka, to jego wyznawcy nie mogą wiedzieć, że osobą przedstawioną w satyrycznych rysunkach jest właśnie Mahomet. Jest to uwaga słuszna, bo mnie bardziej przypomina twórcę Hamasu albo założyciela Al-Kaidy, znanego z listów gończych.

Nie chciałbym, aby wskazanie „Najwyższego czasu” było odebrane jako mój protest przeciwko uprzywilejowaniu przez organa ścigania Korwin-Mikkego. Przeciwnie, tak jak sprawy stoją, z punktu widzenia zasad, jakim hołduję, odbieram pominięcie go jako przejaw dyskryminacji. Korzystanie zarówno z wolności wypowiedzi, jak i z innych swobód konstytucyjnych powinno powodować jednakowe, choćby najbardziej surowe, konsekwencje dla wszystkich, którzy ośmielają się je brać na poważnie i konsumować. Nie powinno być dla Korwin-Mikkego okolicznością łagodzącą to, że skarb państwa nie jest zainteresowany przejęciem większości udziałów w „Najwyższym czasie”, a rząd wpływaniem na linię pisma. Jednakowe musi być dla wszystkich prawo i jednakowa sprawiedliwość.

Przy okazji, skoro już donoszę do prokuratury, to zwracam też uwagę, że przedmiotem szyderstw na inkryminowanych rysunkach nie jest sam Mahomet, tylko ci jego wyznawcy, którzy podkładają bomby i wysadzająsię w powietrze, licząc na 600 dziewic w raju. Ja rozumiem, że Prorok jest symbolem religijnym i podlega ochronie, ale nie wydaje mi się, aby – zwłaszcza w Polsce – urzędowo uznawać za obiekt czci religijnej Jego wyznawców, ze szczególnym uwzględnieniem morderców. Na zasadzie analogii każdy, kto wierzy w cokolwiek, musiałby być wzięty pod ochronę przed kpinami. Ja też, bo ciągle wierzę w dobrą wolę i dobre intencje tego rządu i jestem czasami ofiarą szyderstw jako dęty frajer.

Zresztą, na mnie też znalazłby się paragraf, bo, po pierwsze, nie zawiadomiłem o zamiarze popełnienia przez „Rzeczpospolitą” przestępstwa, jak to zrobił ktoś bardziej świadomy, a w dodatku popełniam występek ciągły ze szczególnie złą wolą, bo nadal uważam publikację karykatur za słuszną. Mimo strasznych czystek ministra Ziobry, prokuratorzy mogą nadal nie wiedzieć, jaka jest wartość wolności słowa. Ale przywódcy PiS powinni to jeszcze pamiętać.

99 Professoren, Vaterland, du bist verloren. 99 profesorów, Ojczyzno, jesteś zgubiona. To sławny bon mot Otto von Bismarcka. A u nas apel przeciwko zaostrzaniu przepisów prawa karnego podpisało aż stu profesorów. Sytuacja jest więc krytyczna, tylko nie wiadomo jeszcze, dla kogo. Dla profesorów czy dla reszty społeczeństwa.

Mimo przywoływania przez sygnatariuszy apelu groźby powrotu PRL, a nawet stanu wojennego, cała rzecz (pomijając kwestie personalne) sprowadza się do obrony oświeceniowej doktryny, że człowiek rodzi się dobrym, dopiero wadliwe stosunki społeczne czynią z niego przestępcę, dlatego celem prawa nie powinno być karanie, a resocjalizacja. Społeczeństwo nie powinno, skoro samo jest winne, brać odwetu na przestępcy, tylko przywrócić go na swoje łono. Pomijając już błąd logiczny takiego rozumowania, bo skoro zbrodnia jest dziełem społeczeństwa, to powrót do społeczeństwa nienaprawionego musi prowadzić do nowej zbrodni, wyznawcy tej idealistycznej doktryny trwają przy niej na ogół tylko do czasu, dopóki sami nie dostaną łomem po głowie w ciemnej ulicy. Wtedy na ogół przechodzą do drugiej grupy, wołających o surowe i bezwzględne kary. Rzeczywistość jest zazwyczaj różna od wykładów uniwersyteckich i uczonych teorii. Niemcy, którzy w imię szczytnych ideałów jako najwyższą karę mają w kodeksie 25 lat więzienia – czas wystarczający na resocjalizację najgorszego opryszka – w zetknięciu z realiami musieli wprowadzić instytucję internowania dożywotniego. Dla ochrony społeczeństwa przed osobnikami niepoddającymi się dobrotliwemu wpływowi systemu.

Skutki poczynań resocjalizacyjnych ładnie przewidział jeszcze przed wojną Antoni Słonimski, który po wydaniu przepisu zakazującego używania w więzieniach przekleństw wyobraził sobie, jak będzie mówił morderca do koniokrada: – Ty synu kobiety lekkich obyczajów, zechciej ucałować wylot mojej odbytnicy.

Państwo prawa musi być rozbieżne z potocznym poczuciem sprawiedliwości. To jest wpisane w system. Ale ta rozbieżność nie może być przepastna. Ludzie uczciwi nie mogą mieć przeświadczenia, że państwo prawa gorzej chroni ich zdrowie, życie i mienie, niż osobowość, cześć i dobro przestępcy. Poza doktrynami jest jeszcze życie. Jeśli ono się nie zmienia na lepsze pod wpływem doktryn, czas pomyśleć o zmianie doktryny.

Narzekamy na naszych polityków, a popatrzmy, co dzieje się gdzie indziej. Silvio Berlusconi najpierw porównał się z Napoleonem, a potem z Chrystusem. Nikt z naszych polityków nie jest aż tak szczery – najdalej ośmielają się sięgać do Piłsudskiego, Witosa albo Gierka. Gdyby ktoś się porównał z Napoleonem, już by krzyczano, że to sytuacja podobna jak na moście Arcole i że jesteśmy o krok od instalacji cesarstwa.

Wiceprezydent Cheney postrzelił kolegę, bo wziął go za przepiórkę. U nas rozdarto by go na strzępy. A w USA nic, spokój.Chociaż Cheney może następnym razem pomylić przepiórkę z rakietą i nacisnąć guzik.

Stanowczo, sfera polityki jest u nas bardziej emocjonalna niż nawet u namiętnych Włochów. Może dlatego, że inne narody mają coś jeszcze do roboty, oprócz kibicowania tym paru tuzinom rozpalonych do białości, rozdygotanych posłów i liderów partyjnych oraz żyjących z ich ekstrawertywności sprawozdawców i recenzentów. Widocznie Polacy odrabiają zaległości z czasów, kiedy polityka była domeną tajnej loży, uprawianą za żółtymi firankami i to niekoniecznie w Warszawie. Nie było wtedy jawności ani działań politycznych, ani życia intymnego gwiazd. Dlatego, na razie, podniecają nas Giertych z Lepperem rzuceni na kolana oraz Mandaryna odsunięta od stołu i łoża Wiśniewskiego.

Nie jestem poważnym komentatorem, dlatego mało mnie jakośekscytują te wszystkie gry i zabawy w wąskim gronie grupy ludzi znających się jak łyse konie, w których próbują się ciągle nawzajem zrobić. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie ani oburzenia, ani zachwytu. Mnie to nudzi. Chciałbym wreszcie żyć, i być może nie jestem w tym całkiem odosobniony, w relatywnie choćby normalnym kraju, ze stabilnym rządem i rozsądnym parlamentem. Dlatego nie uważam za ważne paragrafu 4a i sposobu, w jaki do niego doprowadzono, tylko co z niego wynika.

A obawiam się, że znów nic dobrego. Że dalej będziemy mieli igrzyska, wrzaski, bijatyki. I to wszystko adresowane do nas, do społeczeństwa, żebyśmy nie przestali traktować ani na chwilę tego jarmarku poważnie. Na to jest jeden sposób. Wyluzujmy się. Zajmijmy się czymś innym. Jak stracimy zainteresowanie, może politycy też oprzytomnieją.

Wczorajsza „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Wojciecha Czuchnowskiego „IPN oczernia Jacka Kuronia” i do tego komentarz Seweryna Blumsztajna „Gontarczyk czy Gontarz”.

Rzecz idzie o tekst historyka z IPN, Piotra Gontarczyka na temat Marca 1968, napisany na podstawie raportu SB z relacji Lesława Maleszki, czyli „Ketmana” o rozmowie z Jackiem Kuroniem w roku 1977. Gontarczyk wyciągnął z tego dokumentu wnioski, że Marzec był zorganizowany przez komunistycznych komandosów z Kuroniem na czele w ramach walki partyjnych rewizjonistów z frakcją nacjonalistyczną moczarowców.

Zabieram głos na ten temat jako zwykły, szeregowy uczestnik tamtych wydarzeń, żeby powiedzieć, iż jak tysiące innych kolegów nie brałem udziału w żadnej walce frakcyjnej w PZPR. Brałem udział w demonstrowaniu niezgody na ówczesną rzeczywistość polską, szczególnie w sferze kultury. W naszych oczach zagrożeniem dla Polski i jej narodowych interesów byli jednakowo „partyzanci” Moczara, jak i biurokraci Gomułki. Dla żadnej z tych frakcjinie wyszlibyśmy na ulicę. Nie mogę też uznać, że byliśmy tylko ślepym, bezwolnym narzędziem w rękach demonicznego Kuronia. Znając ówczesne realia nie wierzę też, aby był on głównym rozgrywającym w konflikcie wewnątrzpartyjnym. To nonsens.

To są wszystko ahistoryczne spekulacje. Niedawno wspominaliśmy z koleżanką z tych czasów, Agnieszką Arnold, jakąś awanturniczą historię z ucieczką przez okno przed hordami SB. Zważywszy fakt, że Agnieszka jest autorką filmu o Jedwabnem, jakież wspaniałe pole do spekulacyjnych popisów dla młodych historyków. A co można wycisnąć z faktu, że jednym z najaktywniejszych uczestników Marca na UW był Janusz Korwin-Mikke, dziś monument liberalizmu.

Równocześnie użycie przez „GW” tekstu Gontarczyka do zdezawuowania archiwów IPN i poddania w wątpliwość sensu ich badania jest nadużyciem. Nie można też odbierać badaczom prawa do interpretacji. Z absurdalnymi trzeba się kłócić. Skoro mamy swobodę poglądów na teraźniejszość, musimy mieć też wolność oceniania przeszłości. To niesie ze sobą ryzyko błędu.

I wreszcie, źródłem tego wszystkiego jest Lesław Maleszka, pracownik redakcji „GW”. Można by go zapytać, co wtedy mówił Kuroń, a co on sam mówił agentowi SB. Bardzo liczę na Maleszkę. Może nie jest aż tak niewiarygodny, jak cała reszta SB.


  • RSS