Wczorajsza „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Wojciecha Czuchnowskiego „IPN oczernia Jacka Kuronia” i do tego komentarz Seweryna Blumsztajna „Gontarczyk czy Gontarz”.

Rzecz idzie o tekst historyka z IPN, Piotra Gontarczyka na temat Marca 1968, napisany na podstawie raportu SB z relacji Lesława Maleszki, czyli „Ketmana” o rozmowie z Jackiem Kuroniem w roku 1977. Gontarczyk wyciągnął z tego dokumentu wnioski, że Marzec był zorganizowany przez komunistycznych komandosów z Kuroniem na czele w ramach walki partyjnych rewizjonistów z frakcją nacjonalistyczną moczarowców.

Zabieram głos na ten temat jako zwykły, szeregowy uczestnik tamtych wydarzeń, żeby powiedzieć, iż jak tysiące innych kolegów nie brałem udziału w żadnej walce frakcyjnej w PZPR. Brałem udział w demonstrowaniu niezgody na ówczesną rzeczywistość polską, szczególnie w sferze kultury. W naszych oczach zagrożeniem dla Polski i jej narodowych interesów byli jednakowo „partyzanci” Moczara, jak i biurokraci Gomułki. Dla żadnej z tych frakcjinie wyszlibyśmy na ulicę. Nie mogę też uznać, że byliśmy tylko ślepym, bezwolnym narzędziem w rękach demonicznego Kuronia. Znając ówczesne realia nie wierzę też, aby był on głównym rozgrywającym w konflikcie wewnątrzpartyjnym. To nonsens.

To są wszystko ahistoryczne spekulacje. Niedawno wspominaliśmy z koleżanką z tych czasów, Agnieszką Arnold, jakąś awanturniczą historię z ucieczką przez okno przed hordami SB. Zważywszy fakt, że Agnieszka jest autorką filmu o Jedwabnem, jakież wspaniałe pole do spekulacyjnych popisów dla młodych historyków. A co można wycisnąć z faktu, że jednym z najaktywniejszych uczestników Marca na UW był Janusz Korwin-Mikke, dziś monument liberalizmu.

Równocześnie użycie przez „GW” tekstu Gontarczyka do zdezawuowania archiwów IPN i poddania w wątpliwość sensu ich badania jest nadużyciem. Nie można też odbierać badaczom prawa do interpretacji. Z absurdalnymi trzeba się kłócić. Skoro mamy swobodę poglądów na teraźniejszość, musimy mieć też wolność oceniania przeszłości. To niesie ze sobą ryzyko błędu.

I wreszcie, źródłem tego wszystkiego jest Lesław Maleszka, pracownik redakcji „GW”. Można by go zapytać, co wtedy mówił Kuroń, a co on sam mówił agentowi SB. Bardzo liczę na Maleszkę. Może nie jest aż tak niewiarygodny, jak cała reszta SB.