Dawno nie pamiętam, a szczerze mówiąc wcale, przemówienia polityka, które wzbudziłoby tyle negatywnych emocji i zostało poddane tak obfitej i szczegółowej egzegezie, jak ostatnie sejmowe wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego.

Przez parę dni, od śniadania z Olejnik przez obiad ze Skoworońskim po kolację z Miecugowem dokonywano analizy i rozbioru wystąpienia, które nikomu się nie podobało. Głównym zarzutem było to, że mowa Kaczyńskiego skierowana była przeciw. Przeciw układom, korupcji, złodziejstwu, panoszeniu się służb specjalnych, korporacjom i partiom opozycyjnym. Nawet zwolennicy PiS podkreślali, że przemówienie było niepotrzebnie agresywne i ostre.

Co można do tego wszystkiego dodać? Chyba tylko, że Kaczyński (Jarosław) nie jest politykiem z głównego nurtu polskiej szkoły moralnego niepokoju politycznego, ponieważ mówi o walce zamiast o trosce. Gdyby powiedział, że korupcja budzi troskę, dostałby brawa nawet od SLD. Kiedy mówi o walce, być może trzeba to traktować poważnie. W kwestii formy moją uwagę zwróciło, że Kaczyński mówił po polsku. To się w Sejmie nie zdarza często. Poza tym adresat przemówienia był inny niż zazwyczaj – był nim ogół obywateli, a nie własna frakcja, dziennikarze ani grupy interesów.

Przemówienie Kaczyński wygłosił w ramach debaty sejmowej, bez kartki. I nie znalazł się nikt, kto by na to przemówienie natychmiast odpowiedział, równie efektownie, ze swadą, przekonywająco nie dla kolegów partyjnych i komentatorów, tylko dla elektoratu. Cóż, większość mówców sejmowych to Demostenesi w trakcie nauki, jeszcze z kamykami w ustach. Ci bez kamyków mieli akurat inne zajęcia. W rezultacie niezgodę na polskopogląd (mój własny nowotwór na wzór światopoglądu) Kaczyńskiego zamiast w debacie, usłyszeliśmy w wywiadach błyskawicznych przez telefon i talk-show. W lekkiej i niewymuszonej formie towarzyskiej pogawędki.

Zasadniczy ton ten sam co zwykle – nadciąga katastrofa. Ale jak długo można straszyć Polaków katastrofą? Owszem, ludzie lubią się bać, ale nie bez przerwy. I nie wszystkiego – duchów, ptasiej grypy, tsunami na Bałtyku, owszem, ale nie własnego państwa i demokratycznie wybranych władz. Znajdźcie naprawdę inny sposób przekonywania Polaków do swoich racji, bo inaczej zaczniemy mieć koszmary i posiusiamy się wszyscy w nocy. Będzie powódź.