Krajowa Rada Sądownictwa oraz środowiska prawnicze uważają, że orzeczeń sądowych krytykować nie wolno. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro sądzi natomiast, że jak najbardziej. Wolno, zwłaszcza kiedy rozstrzygnięcia sądów sprzeczne są ze zdrowym rozsądkiem w takim samym stopniu jak twierdzenie, że ziemia jest płaska. W tym sporze jestem po stronie ministra Ziobry. Tam, gdzie sądy rozmijają się nie tylko z poczuciem sprawiedliwości, ale i z rozumem, należy je chłostać bezlitośnie. W nadziei, oczywiście, że się poprawią.

Najświeższy przykład to decyzja sądu, zakazująca publikowania także wizerunku i nazwiska prezesa Prawa i Sprawiedliwości, występującego w charakterze świadka w procesie Pineiry. W ten sposób, w sobotę, każdy Polak mógłby sobie przeczytać we wszystkich gazetach i usłyszeć we wszystkich dziennikach radiowych i telewizyjnych, że prezesem PiS nie jest już Jarosław Kaczyński, tylko jakiś Jarosław K. Twarz zniekształcona elektronicznie. Gdyby świadkiem w tym procesie był prezydent RP, nakazem sądu dziennikarze musieliby informować opinię publiczną, że głową państwa jest w Polsce Lech K.

Jako dziennikarz, zarabiający w bólu i męce na kawałek chleba pisaniem o politykach, chciałbym wiedzieć, czy ta decyzja sądu jest jednorazowa, czy też tak już będzie zawsze. Czy będziemy musieli pisać, że w Sejmie przemawiał Jarosław K. albo że w spotkaniu rady paktu stabilizacyjnego uczestniczyli K., Giertych i Lepper. W przypadku tych ostatnich nie ma wprawdzie, na razie, jasnej decyzji sądowej, przynajmniej dopóki Pineiro nie wezwie ich na świadków, ale z punktu widzenia czystości form dziennikarskich ładniej by wyglądało, że spotkali się K., G. i L.

Stanowczo wymiar sprawiedliwości potrzebuje oczyszczenia. W przeciwnym razie, tak jak Józef K. z „Procesu” Kafki stał się symbolem ofiary bezdusznego systemu w c. i k. Austrii, tak Jarosław K. zostanie zabawnym symbolem absurdów sądownictwa w III Rzeczypospolitej. Po co to sądom, po co nam wszystkim?