Do tej pory wszyscy się martwili, że PiS zawłaszcza państwo. W tym wypadku jakoś nie wypada. Raczej wskazane jest westchnięcie ulgi, bo nareszcie to państwo coś zawłaszcza, mianowicie Wojskowe Służby Informacyjne. Oczywiście, o ile wszystko się uda, bo to operacja trudna jak ekstrakcja trzonowca przy zapaleniu okostnej. Problemem jest także, co zrobić, żeby tych odzyskanych służb ktoś znowu sobie nie przywłaszczył, a zwłaszcza, żeby się same służby nie wyemancypowały na suwerenność. Do czego, jak wszystkie tego rodzaju tajne instytucje, na pewno będą miały skłonność. Nie mówiąc już o skłonnościach polityków do włączenia służb w swoje własne instrumentarium.

Mało co wyrządziło chyba III Rzeczypospolitej tyle szkody, co zaniechanie opcji zerowej w roku 1990. Wszystkie służby specjalne, wykoślawione Peerelem, zdegenerowały się dodatkowo w nowym otoczeniu demokratycznej walki o władzę, gospodarki rynkowej, prywatyzacji, a także przez rozpad dawnych sojuszy i powstanie nowych. Jeszcze dziś uważam, że najskuteczniejsza byłaby opcja zerowa, zamiast kolejnej czystki, podpisywania lojalek, nowych nadzorców i innych zabiegów formalnych. Obawiam się, że kto się zetknął z WSI, najtrwalszą instytucją komunizmu, jest zdeprawowany na zawsze.

Spór o to, komu mają podlegać WSI, ministrowi obrony czy ministrowi koordynatorowi, obok wymiaru ambicjonalnego i personalnego ma też znaczenie ustrojowe. To znaczy, nie powinny być organem rządu, tylko państwa. Pomijając budżetową zależność od ministra obrony, powinny być kontrolowane, pilnowane, nadzorowane w statutowej działalności przez parlament. Przez istniejącą Komisję do spraw Służb Specjalnych, albo nową, poszerzoną z większymi kompetencjami. Po co stwarzać pokusy politykom, którzy będą mieli okazję do majdrowania przy WSI, albo, po co dawać przeciwnikom okazję do oskarżeń o majdrowanie. Trzeba zabezpieczyć służby przed służeniem polityce lub przed uprawianiem własnej.

Trzeba wreszcie odgwizdać koniec meczu Legia -Gwardia.