rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

To już mój kolejny ostatni felieton. W „Rzeczpospolitej”, ale nie w życiu. Bo życie istnieje także poza tą gazetą. Zresztą, brzmi to bardzo ostatecznie, ale życie jest wielce skomplikowane, już kilka razy pisałem ostatnie teksty do „Rzepy”.

Mówiąc w tym temacie językiem polityków, na obecnym etapie i w danych warunkach na dzień dzisiejszy jest ostatni. Co do przyczyn rozstania, są dosyć proste i wynikają bezpośrednio z ustroju, w jakim żyjemy, a przede wszystkim pracujemy. Z liberalnej gospodarki rynkowej, w której felieton jest takim samym towarem jak wszystko inne i ma swoją, dyktowaną przez prawo popytu i podaży, cenę. Są felietony tańsze i droższe. Jak buty. W przypadku moich okazało się, że popyt przewyższa podaż, to znaczy, że jako producent towaru deficytowego mogę dyktować cenę. „Rzeczpospolita”nie mogła czy nie chciała jej płacić. Rzuciłem się więc na rynek. I tyle.

Dziękuję wszystkim moim Czytelnikom za okazywaną mi życzliwość, ciepłe słowa i obfitą korespondencję. Dziękuję także tym, którzy nie szczędzili mi, czasem zjadliwej, krytyki. Chronili mnie skutecznie od popadnięcia w samozachwyt i zatracenia miary. Równocześnie przepraszam wszystkich, którym nie odpowiedziałem na listy i e-maile. Przy obfitości korespondencji nie byłem w stanie. Ale czytałem wszystko bardzo uważnie.

Dziękuję także wszystkim Koleżankom i Kolegom z „Rzeczpospolitej” za pomoc, współpracę i okazywaną przyjaźń. Jesteście fajni, zostańcie sobą. Kierownictwu „Rzepy” dziękuję za cierpliwość i łagodne tolerowanie moich przywar i zamiłowań.

Byłem i pisałem. Będę, tak długo, jak Bóg pozwoli, i będę pisał. Tyle tylko, że gdzie indziej. A jeśli ten tekst wypadł kabotyńsko, to też przepraszam. Sentymenty nie są dobrym doradcą przy pisaniu felietonów. Lepszy byłby cynizm, ale jakoś mnie w tym felietonie na niego nie stać.

Kilka osób wyraziło po moim wczorajszym felietonie o klubie Le Madame zdziwienie, że wziąłem ten lokal i jego bywalców w obronę. Ich zdaniem, przy moich poglądach, wyrażanych uprzednio nie tylko o tak zwanej kulturze gejowskiej, ale i o wtórnym, epigońskim charakterze oraz wątpliwej wartości artystycznej rozmaitych performances, powinienem się cieszyć, że władze miasta chcą klub zlikwidować.

Mój pogląd na sposób życia i rodzaj sztuki uprawiane w Le Madame się nie zmienił. Ale nie zmieniło się także odrzucanie regulowania wszystkich przejawów życia za pomocą zakazów i nakazów urzędowych.

Ostatnio czytelnicy mają kłopot ze mną, a ja z nimi, bo jestem zasypywany e-mailami wyrażającymi zdziwienie tym, co piszę.Podobno za Millera byłem jasno i wyraźnie antyrządowy i był to okres błogosławiony. Potem, mówiąc wykwintnym językiem niezależnych publicystów „Polityki”, stałem się dziennikarzem reżimowym. Podejrzewano mnie nawet, iż chcę wejść do rządu albo zostać naczelnym „Rzeczpospolitej”, co mi nigdy nie przyszło do głowy, między innymi dlatego, że się na takie stanowisko nie nadaję. Cała różnica między mną a wieloma innymi polega na tym, że ja mam tego świadomość. Od czasu do czasu jednak odchylam się od linii zwolennika PiS i przechodzę na pozycje antyreżimowe. Czyli coś kręcę i kombinuję.

Nie użalam się tutaj, jest to tylko ilustracja dość smutnego zjawiska, które dotyka większości Polaków. Bezwładności myślenia w polityce. Albo akceptowania bezkrytycznie wszystkiego, albo odrzucania en bloc. Bez zastanowienia. Niesamodzielnie. Albo rząd, partia, program są doskonałe, albo parszywe. Trzeba albo wszystko popierać, albo wszystko odrzucać. W życiu tak dobrze i tak łatwo nie ma. Trzeba wpierw pomyśleć.

Mały oddech od partyjnych konferencji prasowych, ale nie od polityki: TVN 24 transmitowała na żywo obronę zagrożonego eksmisją warszawskiego klubu alternatywnej kultury Le Madame przed komornikiem. W pierwszym szeregu obrońców przewodniczący SLD Wojciech Olejniczak, znany bojownik o swobody obywatelskie i inne, któremu zapewne tylko brak czasu albo roztargnienie nie pozwoliło zamanifestować solidarności z „Naszością” i Piotrem Lisiewiczem, kiedy ciągano go po bezwzględnych polskich sądach za zakłóceniezjazdu SLD Leninem i jego sarkofagiem.

Eksmisja Le Madame jest wykonaniem prawomocnego wyroku sądowego. Mimo to uważam ją za błąd, a nawet głupotę. Przy odrobienie dobrej woli ze strony stołecznych władz można było uniknąć całej tej, niepotrzebnej, awantury. Oddać obecny lokal, zaproponować inny. Ten rodzaj kultury, jaki propaguje Le Madame, może się urzędnikom miejskim nie podobać, ale jest on przecież także częścią kultury narodowej. Urzędnicy zaś nie są od tego, aby danej im władzy używać dla schlebiania własnym gustom. Taka praktyka może się skończyć galeriami, w których kiczowate portrety Jana Pawła II będą sąsiadować z jeleniem na rykowisku i nowym wcieleniem klubokawiarni. Różnorodność jest bogactwem, a walka z różnorodnością metodami administracyjnymi musi się skończyć klęską.

Jeśli te argumenty nie trafiają, to przecież nawet z pragmatycznego punktu widzenia ludzi, którzy czują się zagrożeni działalnością klubu i sposobem myślenia ludzi, którzy go odwiedzają, lepiej by było, gdyby Le Madame pozostała. Wszystkie tajne służby świata, gdy odkryją miejsce, w którym schodzą się wywrotowcy, chronią je, chuchają i dmuchają. Bo to zawsze lepsze, niż gdyby się rozleźli po mieście albo organizowali podziemie. Żadna władza nie powinna też produkować męczenników sprawy, którą uważa za wrogą. Politycy odwołujący się do etosu „Solidarności” powinni pamiętać, jak kreowanie męczenników skończyło się dla PRL.

Jestem za Le Madame, bo jestem za tym, aby Polska nie była nudna.

„Czy normalnie zdrowy ptak może z rybą? Ależ tak”.

Parę dni temu nawiedziła mnie jedna pani z telewizji, aby zadać fundamentalne pytanie w związku z karą za nieobyczajność, nałożoną na Radio Tok FM: czy ta cenzura obyczajowa nie przypomina mi PRL? No więc nie przypomina. Owszem, realny socjalizm, jak każdy system drobnomieszczański, był bardzo pruderyjny. Nie to jednak było jego największą zbrodnią. Cenzurowanie prawdy było znacznie bardziej dotkliwe niż cenzurowanie rozporka. Natomiast to, co mamy teraz, najbardziej mi się kojarzy z II Rzecząpospolitą, gdzie podobne dylematy znalazły odzwierciedlenie nawet w poezji. I to wybitnej.

W roku 1930 Tadeusz Boy-Żeleński wydrukował w felietonie na łamach „Wiadomości Literackich” słowo dupa. Cenzura prewencyjna i sanacyjna puściła. Rozpętała się jednak burza społeczna. Racje stron opisują dwa wiersze z tego czasu.

Najpierw Janusz Minkiewicz:
„Że być można masochistą
Lub – bezkarnie – pederastą,
Że żyć można z tamtą i z tą,
Potem znowu raz z tą, raz z tą…
Że rym straszny: – do biskupa! –
Śmią drukować wprost, w całości,
Że wśród tego bezwstydu pa-
Noszą się tak „Wiadomości”… …Boya wina, Boya wina,
Boya bardzo wielka wina!”.

Teraz Jerzy Paczkowski:
„Trzy wieki naród wzdychał,
W parafii kisnął trupiej,
I rosła gędźba cicha:
„Cała nadzieja w dupie!”
I nagle: Grom! Heureka!
Król Duch! 44!
Oto się kraj doczekał;
Cztery jak wół litery”.

Niczego nie wymyśliliśmy teraz, bo wszystko już było, nawet Szczuka, która się wtedy nazywała Krzywicka. Światopełk Karpiński, z którego wiersza zaczerpnąłem początek felietonu, pisał:
„Były sobie świnki trzy, co pisały wciąż o płci (…)
Jeśli chodzi już o seks, to na mózgu mamy kleks”.

A Julian Tuwim, który nie był wszak Sodalis Marianus, pisząc o zdjęciach ówczesnych gwiazd, napominał:
„Czego się migdalisz, chłopie,
Że dziwka kawę żłopie?
Że w wannie niby? To o to,
Tak się wygłupiasz, idioto?
Sam lepiej idź do łaźni,
I już się więcej nie błaźnij”.

Jak z tego widać, nie ma u nas walki postępu z zacofaniem. Jest samo zacofanie.

Nikt nie jest zadowolony z jakości tego Sejmu – zresztą poprzednich też – i zasiadających w nim posłów. Nawet sami posłowie. Przynajmniej tak wynika z tego, co mówią o sobie nawzajem.

Przy kolejnych wyborach wszyscy liczymy za każdym razem na cud. Że nastąpi iluminacja zbiorowa i wybierzemy wreszcie, zamiast jak dotąd dość reprezentatywne przedstawicielstwo narodu, ozdobną girlandę, złożoną z najlepszych, najszlachetniejszych i najczcigodniejszych jednostek, obdarzonych rozumem i przenikliwością. Ostatnio szerzy się wiara, że cud nad urną sprowadzić może zmiana ordynacji wyborczej. Skoro z proporcjonalnej wyłania się niedojdy, krzykaczy, małostkowych palantów albo zwykłych durniów, to z większościowej wziąć się mają podobno tytani myśli, mężowie stanu i drogowskazy moralne.

Akurat. Poseł Misztal, czy zostanie wybrany proporcjonalnie, czy mniejszościowo, będzie dalej Misztalem. Małżonkowie Łyżwińscy wybrani w rygorze ordynacji mieszanej będą tak samo tankować samochód, którego nie posiadają, jak pod rządami ordynacji proporcjonalnej. Nikt nie zmądrzeje ani się nie polepszy od doskonalszej ordynacji, ani Wierzejski, ani Gadzinowski, ani nawet Tusk czy Gosiewski. Wszystko zostanie, jak było, bo kandydować będą ci sami co dotychczas, ta sama grupa żyjąca z polityki rozumianej jako nieustająca bijatyka. Wybierać będą też ci sami, to znaczy kibice tej bijatyki.

Jestem zwolennikiem jednomandatowych okręgów wyborczych, ale przed głośnym domaganiem się ich wprowadzenia powstrzymuje mnie dyktowany doświadczeniem lęk, że moglibyśmy doczekać się Sejmu złożonego z 460 partii. I niech wtedy ktoś spróbuje zrobić koalicję albo chociaż pakt stabilizacyjny.

Uważam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zastąpienie wyborów i ordynacji powszechną loterią parlamentarną. Sierotka, może być nawet Senyszyn, wyciąga przy okazji telewizyjnej gali z bębna 460 nazwisk pełnoletnich obywateli. Myślę, że Sejm wylosowany nie byłby gorszy od Sejmu wybranego, bo średni poziom społeczeństwa odbija korzystnie od średniej polityków. Oczywiście, wylosowany mandat musiałby być przymusowy. Inaczej zostalibyśmy bez parlamentu.

Tytuł zapożyczyłem od Władysława Łozińskiego, opisującego życie szlachty na Rusi Czerwonej w XVII wieku, bo wydaje mi się bardzo aktualny. Mamy system prawa, który wszyscy szanują, przynajmniej na pokaz, oraz ludzi stojących ponad prawem, poza prawem, obok prawa, a że stosunki społeczne od czasów I Rzeczypospolitej mocno się pokomplikowały, także osoby na lewo i na prawo od prawa. Nawet prawników mamy lewych i prawych.

W naszych debatach publicznych o czymkolwiek argumenty prawne latają w powietrzu jak chrząszcze w czerwcu i trzeba być samemu prawnikiem albo mieć na podorędziu prawą prawniczkę, żeby się zorientować, co jest lex, a co dura. Poseł Wojciech Wierzejski z LPR został oskarżony przez „Gazetę Wyborczą” o złamanie prawa, bo wzywał Polaków do jej nieczytania. Zastanawiam się, czy to prawo, które złamał Wierzejski, działa w obie strony. To znaczy, czy popełniłby też występek, gdyby wzywał do starannej lektury „Gazety” i to codziennie. Czy „Wyborcza” oburzyłaby się także, w obronie prawa,gdyby Wierzejski nawoływał do czytelniczego bojkotu „Naszego Dziennika” i wzywał do niesłuchania Radia Maryja. Być może istnieje prawo, które chroni tylko „Wyborczą”, ale możliwe, że prawo chroni wszystkie towary rynkowe przed antyreklamą i wtedy producenci smalcu ze skwarkami powinni zaskarżyć lekarzy, stanowczo odradzających taką dietę.

Są jednak problemy, w których prawo w ogóle nie ma zastosowania, musi być pomijane w argumentacji. Minister Ziobro wszczął śledztwo w sprawie wyjaśnienia postawionych przez „Gazetę Polską” zarzutów o nadużycia w Komitecie Młodzieży i Sportu w czasach, gdy tą instytucją kierował Aleksander Kwaśniewski. Z punktu widzenia prawa, nie ma innego sposobu oczyszczenia Kwaśniewskiego jak śledztwo. Są jednak i inne punkty widzenia. Poseł Ryszard Kalisz jest przeciw, bo obawia się zniszczenia jednej z ostatnich ikon III RP. A niszczenie ikon, nawet niekoniecznie Rublowa, o ile wiem, samo jest przestępstwem. Poseł Komorowski z PO radzi ministrowi sprawiedliwości, aby się dobrze zastanowił, czy stosować zasady prawa, zwłaszcza że już upłynęło 20 lat, i że rzecz dotyczy byłego prezydenta.

Jak widać, stosowanie prawa jest dobre na wszystko, ale niestosowanie jeszcze lepsze. Czego wszystkim zainteresowanym życzę.

Namnożyło nam się doradców światopoglądowych. Heroldów jedynie słusznego sposobu myślenia. Domokrążnych propagatorów kolektywizacji ducha, usiłujących spędzić nas wszystkich w stado pastuchów myśli. Lepper uczy parlamentaryzmu, wybitny arabista moralności i dobrego obyczaju.

Fryderyk Nietzsche w książce „Wiedza radosna” zauważył, że nie istnieje filozofia bez tego, który filozofuje. I że nie ma filozofa bez ciała. Ludzie są wątli lub muskularni, przygarbieni lub wyprostowani, cieszący się życiem lub ponurzy. Ciała, które wrą jak wulkany, tryskają witalnością, płoną, są zdolne do zachwytu i namiętności. I ciała, naznaczone śmiercią, pokryte szlamem i porostami, zanurzające się powoli w oparzelisku, cierpiące i niechciane.

Ciało jest matrycą, w której odbijają się obrazy i perspektywy świata. A jeśli ciało jest specyficznym miejscem, w którym odbijają się elementy świata, skatalogowane jako duch, słuszne i uprawnione jest pytanie o naturę materii, która myśli. Cóż to jest Ja – które myśli. Nietzsche wskazuje, jak ważne jest, aby określając swój stosunek do świata, mówić w pierwszej osobie. Ja. Nie ma bowiem myślenia bez odysei jego podmiotu. System myślenia jest sublimacją, formą bólu lub radości, kapitulacją przed własnymi niemożnościami lub triumfem zdolności. Kolektywizm poprawnej myśli jest bezmyślnością.

Dlatego nie ma wyborów kolektywnych. Każdy, kto podejmuje decyzje, jest sam na sam ze sobą. Każde rozstrzygnięcie jest zgodne z tym, co niesiemy w sobie i co chcielibyśmy donieść do kresu, aby nie stanąć nad nim z pustymi rękoma. Nie wierzcie nigdy tym, którzy mówią – my. Którzy wymuszają na was decyzję, tłumacząc, że jest wspólna. Albo gorzej jeszcze – że oni ją podjęli dla pospólnego lub tylko waszego dobra.

A przede wszystkim strzeżcie się ludzi naznaczonych śmiertelną powagą, cierpiętników samozwańczych misji, którzy chcą wam wyrwać wasz własny wybór, aby dokonać swojego. I wreszcie strzeżcie się usypiaczy, ich monotonnego mamrotania wzniosłymi słowami, pamiętając, że bóg snu Hypnos jest bratem bliźniaczym boga śmierci Tanatosa. Obaj są wrogami życia, radości i swobody. I śmiechu.

Równo ćwierć wieku temu, w marcu 1981 roku, 364 najwybitniejszych ekonomistów brytyjskich, samych luminarzy nauki, z aktualnymi i przyszłymi laureatami Nobla na czele opublikowało na łamach „The Times” list otwarty, protestujący przeciwko polityce finansowej rządu Margaret Thatcher. Wielka Brytania przeżywała wtedy kryzys: masowe bezrobocie, galopującą inflację, rosnące zadłużenie publiczne, wysokie odsetki. Dyscyplina fiskalna i monetarna leżały w gruzach. Wiarygodność brytyjskiej gospodarki była zachwiana. Pani Thatcher i jej kanclerz skarbu Goeffrey Howe podjęli dramatyczną, zwłaszcza jak na rząd, który doszedł do władzy pod hasłem obniżki podatków, decyzję: zwiększenia wpływów podatkowych o 4 miliardy funtów, sumę na owe czasy gigantyczną, aby zapobiec wzrostowi zadłużenia, drukowaniu pieniędzy bez pokrycia i zredukowaniu stóp procentowych.

364 profesorów napisało w liście, iż posunięcie rządu nie ma podstaw ani w teorii ekonomicznej, ani we wspierających ją faktach, że nowa polityka wstrząśnie socjalną i polityczną stabilnością Wielkiej Brytanii i że trzeba natychmiast przywrócić dawny kurs. Tymczasem w chwili opublikowania protestu już było widać pierwsze, pozytywne skutki. Jedynie bezrobocie nadal rosło, lecz jego przyczyny leżały gdzie indziej – w nadmiernej regulacji rynku pracy i wpływie związków zawodowych. Ale thatcherowski cud już się zaczął. Najwybitniejsi ekonomiści mylili się. Dlaczego?

Wyjaśnił to w artykule na łamach „The Daily Telegraph” prof. Philip Booth, dyrektor londyńskiego Instytutu Spraw Ekonomicznych, pisząc: „Tych 364 myliło się, ponieważ wierzyli oni w keynesowski konsensus swoich czasów. Uczyli go wszystkich studentów w kraju. Podręczniki akademickie nie uwzględniały alternatywy. Było tak, jakby teoria ekonomiczna zaczynała się i kończyła na naiwnym keynesizmie…”.

Warto przypomnieć panią Thatcher i ten manifest keynesowski akurat teraz, kiedy wyznawcy Keynesa wydają się mieć wpływ na kierownictwo PiS. I zadedykować jednym i drugim ładne zdanie prof. Bootha: „Bardziej niż kiedykolwiek Brytania potrzebuje polityków gotowych stanąć przeciw ekspertom, gdy chodzi o realizację trudnej polityki”. Polska też.

Jednym z najpiękniejszych wynalazków intelektualnych w demokracji są apele o zaniechanie albo o podjęcie. W satrapii i zamordyzmie apele mają jeszcze jakiś zdrowy sens. Odwołują się do resztek przyzwoitości i ludzkich uczuć dyktatora z nadzieją, że się zawstydzi, złagodnieje, karę rozrywania końmi zastąpi łamaniem kołem, a stos – humanitarną szubienicą. Ale w demokracji przedstawicielskiej i państwie prawa apele ich autorzy kierują w praktyce sami do siebie. Intelektualiści, z trudem i po wielu latach wolności, zrezygnowali jakośostatnio z apelowania w listach otwartych do polityków, których sami wybierali, o zmianę polityki, na którą oddali głosy sami albo ich rodziny – na taką, którą realizowaliby z pewnością, gdyby nie byli intelektualistami, tylko politykami. I gdyby zostali wybrani.

Teraz apelacyjną rolę intelektualistów przejęli sami politycy, indywidualnie i grupowo. Co chwila z któregoś zakamarka sceny politycznej dobiega apel o zaprzestanie sporów i podjęcie konstruktywnej dyskusji. O położenie kresu inwektywom i wszczęcie kroków w kierunku poprawy. O spokój, rozsądek i odpowiedzialność, czyli o wszystkie te cnoty, których Polacy mają pod dostatkiem, a których deficyt najwyraźniej widać właśnie w gronie apelantów. Wystarczy posłuchać któregoś z niedzielnych śniadań radiowych, naładowanych emocjonalnie jak transformatorwysokiego napięcia. Tego się nie rozładuje apelami, zwłaszcza gdy apele są tak naprawdę elementem agresji. Zadziwiające, ale najrozsądniejszy, najbardziej umiarkowany i pełny poczucia odpowiedzialności wydał mi się wczoraj Waldemar Pawlak, lider partii, która nie ma szans na reelekcję. Pawlak nie wydaje apeli, Pawlak zachowuje się tak, jak postulują apelujący. Pewnie dlatego nikt go nie słucha.

Panie i panowie politycy, przestańcie apelować do siebie nawzajem, bo to jest apel do ślepej kiszki. Kompletnie nieskuteczny. Przestańcie też apelować do naszych uczuć i do naszej naiwności, bo po tych lekcjach, jakie dostajemy, robimy się coraz bardziej szczwani i w końcu zauważymy, że te wszystkie apele tylko pokrywają śmieszność. A ośmieszonym politykom nic już nie pomoże. Ani apel, ani apelacja.

Znowu, jak 38 lat temu w 1968 roku, studenci paryscy demonstrują, okupują, protestują i biją się z policją. Oczywiście, są pewne różnice.

Jean Paul Sartre nie żyje. Herbert Marcuse też. Daniel Cohn Bendit jest zażywnym posłem do Parlamentu Europejskiego. Jeszcze ma zęby, ale pewnie sztuczne. Nie ma już Związku Radzieckiego i walk narodowowyzwoleńczych w świecie, jeśli nie liczyć Iraku. Imperializm amerykański zwalcza się dziś w Paryżu demolowaniem McDonaldówi nie trzeba już w tym celu studiować nauk politycznych. Studentom nie chodzi w ogóle o ideologię ani o ideały, tylko o zatrudnienie, najlepiej na państwowej posadzie i dożywotnio. Studencka rewolta jest dziś burżuazyjna. Syci studenci chcą być w przyszłości po prostu dostatnio żyjącymi absolwentami.

Symboliczną dla tego buntu okolicznością wydaje mi się fakt, że opanowawszy budynek starej Sorbony anarchiści i alterglobaliści najpierw splądrowali zapasy wina w kantynie, a potem, obok mebli, powyrzucali na dziedziniec zasoby biblioteczne. Na stosie, który podpalono, obok XVIII-wiecznych woluminów znalazły się też manuskrypty Karola Marksa.

My też mamy kolejną rocznicę studenckich protestów, a nasi studenci siedzą cicho, przygotowują się grzecznie do sesji i nie protestują, jeśli nie liczyć stu gejów i 50 lesbijek na Dzień Kobiet. Zawsze miałem trudności z wytłumaczeniem obcokrajowcom różnicy między rozruchami studenckimi w 1968 r. w Paryżu i w Warszawie. Teraz natomiast zacząłem się zastanawiać, czy studenci w Polsce się nie buntują, bo im się nie chce, czy też nie wierzą w opis polskiej rzeczywistości, jaki dostają w mediach. Przecież podobno jest przeciw czemu protestować. Myślę, że aby zachować różnicę między Francją i Polską, uwzględniając równocześnie upływ czasu i wszelkie zmiany, do wywołania studenckiej rewolty w Polsce potrzebny jest taki scenariusz: Teatr Narodowy wystawia „Jak hartowała się stal” Ostrowskiego, ewentualnie „Brygadę Karhana”, a bracia Kaczyńscy zakazują sztuki i wyrzucają z Uniwersytetu Warszawskiego Marię Szyszkowską za zbieranie podpisów pod protestem. Studenci wychodzą na dziedziniec, a przywiezione autobusami z Torunia bojówki moherowych beretów rozpędzają ich przemocą.

Takie są warunki konieczne, aby było u nas jak w Paryżu. Tout proportions gardeé. Na pytanie, czy to jest postęp, czy uwstecznienie, każdy musi odpowiedzieć sobie sam.


  • RSS