Zastanawiam się, czytając uczone rozważania przed wizytą prezydenta w Berlinie, do czego właściwie, zdaniem autorów, służy polityka zagraniczna. Wygląda na to, i nie jest to jakieś nowe odkrycie dla uczczenia rządów braci Kaczyńskich, ale dogmat obowiązujący w III RP, że do przypodobania się wszystkim. Ponieważ kiedyś polityka zagraniczna była – trawestując formułę Clausewitza – przedłużeniem wojny innymi metodami, teraz powinna być kontynuacją kapitulacji wojennej metodą potakiwania, zgody bezwarunkowej, w najlepszym przypadku przemilczania kontrowersji. A nawet istnienia kontrowersji.

Jakiś piekielny kompleks niższości i gorszości sprawia, iż od lat grono zacnych publicystów tłumaczy nam, że powinniśmy w stosunkach z partnerami zagranicznymi zabiegać o sympatię, miłe wrażenie i poklepanie po plecach, a broń Boże nie o własne interesy, bo to jest podobno źle widziane. Przez dwa stulecia, od rozbiorów, Polacy nie akceptowali amoralnego prawa silniejszego właśnie jako słabsi, a teraz powinni je przyjąć dobrowolnie, jako partnerzy. Z lęku, co o nas napiszą w jakiejś zagranicznej gazecie, albo co powie anonimowy urzędnik z Brukseli, główny punkt odniesienia polskiej polityki. Czytając niektóre artykuły, mam nieodparte wrażenie, że autor za chwilę zaproponuje, aby Polska sfinansowała rurę pod Bałtykiem. W geście dobrej woli.

W stosunkach z Niemcami nie potrafimy się dodatkowo wyzbyć stereotypowego myślenia z przeszłości. Ciągle ktoś mówi o pojednaniu i oczekuje gestów na miarę Krzyżowej. Pojednanie już było. Teraz jest normalność. Pani Steinbach jest napędzana przez media jak potwór z Loch Ness w okresie kanikuły. Miliony Polaków wyjeżdżających do Niemiec i miliony Niemców przyjeżdżających do Polski już się pojednały. Normalność to niemieckie inwestycje w Polsce i miejsca pracy. Normalność to Polacy pracujący w Niemczech. Reszta to interesy państw i gospodarek. Na dziś – otwarcie rynku usług, bezpieczeństwo energetyczne, w perspektywie nowy traktat konstytucyjny.

Nie należy po tej wizycie oczekiwać przełomu, bo żaden przełom nie jest potrzebny. Trzeba się dogadywać. Rozmowy mogą być miłe lub nie, ale treść wszystkich rozstrzygnięć przygotowują specjaliści, w języku dyplomacji zwani szerpami. I tego nie wiem, czy idą górą, czy doliną.